31.05.2024, 21:59 ✶
Brenna rozejrzała się uważnie po kajucie, zwracając uwagę na każdy wyciągnięty z bagaży drobiazg, na rozmiar walizek, na ich stan. Wszystko mogło być ważne. Potem bardzo dokładnie, jeszcze raz, przyjrzała się Fleur, na razie nie wtrącając się w rozmowę, która toczyła się między nią a Victorią.
Jej nie niepokoiło to, że uważała, że do zgonu doszło jakieś pół godziny temu – chociaż Brenna wstępnie szacowałaby niespełna godzinę, to ostatecznie kobieta będąc w szoku mogła stracić poczucie czasu. Natomiast biorąc pod uwagę rozbryzgi krwi, sukienka zdawała się jej zbyt czysta. Chyba że kobieta uderzyła zaklęciem, stojąc daleko od męża, to niby też wchodziło w grę…
– Wiem, że utrzymywał kochankę w Paryżu – odparła Fleur, wciąż tym samym, dziwnie wyzutym z emocji tonem. – Spotykał się też z innymi kobietami, ale nie znam ich nazwisk i chyba żadna nie była stałą. Czy ta rozmowa naprawdę jest konieczna?
– Niestety, trzeba dopełnić formalności – powiedziała Brenna łagodnie, chociaż de facto nie miały prawdziwej jurysdykcji. – Jak daleko stała pani od męża w chwili jego śmierci?
– Tuż przy nim.
– Rozumiem… – mruknęła Brenna i zerknęła na Victorię, chcąc pochwycić jej spojrzenie, a potem samymi oczami wskazać na kobietę.
Jej suknia nie nosiła śladów krwi.
Nic więcej nie zdążyły jednak powiedzieć, bo oto ponownie rozległo się pukanie. Brenna podniosła się i ruszyła do drzwi jako pierwsza.
– Za moment wracam – rzuciła, kiedy okazało się, że za progiem stoi jakaś młoda kobieta, odziana dość skromnie. Bardzo blada, trzęsła się cała i gdyby nie była ubrana tak mało elegancko, Brenna pomyślałaby, że to córka zmarłego, której kapitan właśnie przekazał wiadomość po tym, jak wspomniał o wszystkim żonie. Zamknęła drzwi, wychodząc na zewnątrz. – Pani…
– Henriette – powiedziała dziewczyna i objęła się ramionami, a potem rzuciła Brennie nieco spanikowane spojrzenie. Była wyraźnie spanikowana. – Chcę się przyznać.
– Do czego chce się pani przyznać…?
– Zabiłam pana Beauharnaisa! – zawołała, podnosząc głos, a Brenna odruchowo rozejrzała się, ale w pobliżu był tylko zakłopotany zastępca kapitana, wciąż pilnujący wejścia do kajuty. – To byłam ja. Nie muszą panie rozmawiać z panią Beauharnais.
– Dlaczego dźgnęła go pani nożem?
– On… on… – Dziewczyna urwała i spuściła wzrok, trzęsąc się tylko coraz bardziej. – Próbował mnie skrzywdzić, a ja…
– Spokojnie – szepnęła Brenna, odruchowo wyciągając ku niej dłoń i zaraz ją opuszczając, bo Brygadzista nie powinien dotykać podejrzanych czy świadków: za łatwo mogli zostać o coś oskarżeni. A chociaż doskonale wiedziała, że pan Beauharnais nie został dźgnięty nożem, i że Henriette mogła zmyślać i to skrzywdzenie, szarpnęło nią współczucie wobec przerażonej dziewczyny. – Poczekaj chwilkę, proszę.
Uchyliła drzwi i zajrzała do pokoju.
– Pani Beauharnais, proszę chwilę poczekać. Victorio, możesz? – poprosiła, czekając aż Lestrange wyjdzie na korytarz, by wskazać jej Henriette. – To Henriette. Jak sądzę służąca pana Beauharnais. Właśnie spytałam, dlaczego dźgnęła swojego pracodawcę nożem, bo przyznaje się do jego zabójstwa – powiedziała, bardzo spokojnym tonem, chcąc przekazać informację „tu się kurwa dzieje coś dziwnego” w taki sposób, by dziewczyna nie zorientowała się, że Brenna nie wierzy jej ani za knuta. Bo przecież ona nie wiedziała tego, co wiedziała Vika: głowę zmarłego rozbito, na pewno nie użyto do tego żadnego noża…
Jej nie niepokoiło to, że uważała, że do zgonu doszło jakieś pół godziny temu – chociaż Brenna wstępnie szacowałaby niespełna godzinę, to ostatecznie kobieta będąc w szoku mogła stracić poczucie czasu. Natomiast biorąc pod uwagę rozbryzgi krwi, sukienka zdawała się jej zbyt czysta. Chyba że kobieta uderzyła zaklęciem, stojąc daleko od męża, to niby też wchodziło w grę…
– Wiem, że utrzymywał kochankę w Paryżu – odparła Fleur, wciąż tym samym, dziwnie wyzutym z emocji tonem. – Spotykał się też z innymi kobietami, ale nie znam ich nazwisk i chyba żadna nie była stałą. Czy ta rozmowa naprawdę jest konieczna?
– Niestety, trzeba dopełnić formalności – powiedziała Brenna łagodnie, chociaż de facto nie miały prawdziwej jurysdykcji. – Jak daleko stała pani od męża w chwili jego śmierci?
– Tuż przy nim.
– Rozumiem… – mruknęła Brenna i zerknęła na Victorię, chcąc pochwycić jej spojrzenie, a potem samymi oczami wskazać na kobietę.
Jej suknia nie nosiła śladów krwi.
Nic więcej nie zdążyły jednak powiedzieć, bo oto ponownie rozległo się pukanie. Brenna podniosła się i ruszyła do drzwi jako pierwsza.
– Za moment wracam – rzuciła, kiedy okazało się, że za progiem stoi jakaś młoda kobieta, odziana dość skromnie. Bardzo blada, trzęsła się cała i gdyby nie była ubrana tak mało elegancko, Brenna pomyślałaby, że to córka zmarłego, której kapitan właśnie przekazał wiadomość po tym, jak wspomniał o wszystkim żonie. Zamknęła drzwi, wychodząc na zewnątrz. – Pani…
– Henriette – powiedziała dziewczyna i objęła się ramionami, a potem rzuciła Brennie nieco spanikowane spojrzenie. Była wyraźnie spanikowana. – Chcę się przyznać.
– Do czego chce się pani przyznać…?
– Zabiłam pana Beauharnaisa! – zawołała, podnosząc głos, a Brenna odruchowo rozejrzała się, ale w pobliżu był tylko zakłopotany zastępca kapitana, wciąż pilnujący wejścia do kajuty. – To byłam ja. Nie muszą panie rozmawiać z panią Beauharnais.
– Dlaczego dźgnęła go pani nożem?
– On… on… – Dziewczyna urwała i spuściła wzrok, trzęsąc się tylko coraz bardziej. – Próbował mnie skrzywdzić, a ja…
– Spokojnie – szepnęła Brenna, odruchowo wyciągając ku niej dłoń i zaraz ją opuszczając, bo Brygadzista nie powinien dotykać podejrzanych czy świadków: za łatwo mogli zostać o coś oskarżeni. A chociaż doskonale wiedziała, że pan Beauharnais nie został dźgnięty nożem, i że Henriette mogła zmyślać i to skrzywdzenie, szarpnęło nią współczucie wobec przerażonej dziewczyny. – Poczekaj chwilkę, proszę.
Uchyliła drzwi i zajrzała do pokoju.
– Pani Beauharnais, proszę chwilę poczekać. Victorio, możesz? – poprosiła, czekając aż Lestrange wyjdzie na korytarz, by wskazać jej Henriette. – To Henriette. Jak sądzę służąca pana Beauharnais. Właśnie spytałam, dlaczego dźgnęła swojego pracodawcę nożem, bo przyznaje się do jego zabójstwa – powiedziała, bardzo spokojnym tonem, chcąc przekazać informację „tu się kurwa dzieje coś dziwnego” w taki sposób, by dziewczyna nie zorientowała się, że Brenna nie wierzy jej ani za knuta. Bo przecież ona nie wiedziała tego, co wiedziała Vika: głowę zmarłego rozbito, na pewno nie użyto do tego żadnego noża…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.