31.05.2024, 22:13 ✶
Okolice drinków
– No cóż, nie mamy wyjścia. Musimy ożenić Morpheusa, aby urządzić mu wesele w klimatach baśni Barda Beedle’a – westchnęła tylko Charlotte na jego wywody. – Chociaż jemu pewnie lepiej spodobałyby się motywy związane z tarotem albo gwiazdami.
Gdzieś w pobliżu trwały różne tragedie. Tu ktoś zamienił się w kapibarę, tu grożono sobie nawzajem kutasami, tam obstawiano, jak długo pożyje pan młody, podszywano się pod asystentów Dołohowa i Williamów Lestrangów i bito na środku parkietu.
Charlotte jednak jak zawsze była skupiona na tym wątku, którego główną bohaterką była ona i niezbyt dbała o resztę świata.
Posłała Selwynowi prawdziwie zakochane spojrzenie, kiedy ten pocałował ją w czoło, wyobrażając sobie, że Jonathan jest wielką porcją lodów czekoladowo – orzechowych z posypką, syropem klonowym oraz dużą porcją bitej śmietany. Och tak, każdy mężczyzna chciałby, aby jakaś kobieta patrzyła na niego tak, jak Charlotte umiała spojrzeć na taki deser. Ani trochę nie spłoszona jego zachowaniem, bo i ktoś taki jak ona, kto chyba znał zasady przyzwoitości tylko po to by wybierać, które z nich ma ochotę złamać, nie mógł się spłoszyć dotykiem i pocałunkiem w czoło. A matka Charlotte robiła coraz bardziej i bardziej skwaszoną minę…
– Wolałam wrzesień, ale pomyśleliśmy, że październik będzie piękną tradycją – powiedziała obłudnie, bo ostatnio też mieli się żenić w październiku i tak, chciała przypomnieć o tym matce. Ale nagle coś w minie Jonathana się jej nie spodobało. Naprawdę ciężko było popłynąć tak, by Charlotte czymkolwiek się przejęła, gdy jednak wspomniał o ciąży (na litość boską, jakby nie przechodziła tego trzykrotnie i nie twierdziła, że to tylko po to, by nie narzekali, że tylko jeden z nich może być chrzestnym!), wbiła mu paznokcie w ramię, które wciąż trzymała.
Ale taki drobiazg nie sprawił, że wyszła z roli. O nie, nie dałaby matce takiej satysfakcji.
– Jeśli to będzie dziewczynka, nazwiemy ją po tobie – stwierdziła, po czym pociągnęła Jonathana na bok, ignorując słowa matki, wspominającej coś o braku wstydu. Pani Crouch zresztą ruszyła zaraz ku wyjściu z sali, nie mogąc widać znieść przebywania w tej samej przestrzeni, co wyrodna córka. – Jonathanie, za ten ostatni fragment jesteś mi winny najmniej złotą kolię. No naprawdę, odwołanie ślubu po raz drugi byłoby całkiem zabawne, ale teraz będę musiała tłumaczyć wszystkim, że mają mi nie odmawiać wina! Potrzebuję się napić. Teraz. Chociaż… nie wiem czy kątem oka nie widziałam, jak ktoś po tym drinku zamienił się w świnię…
– No cóż, nie mamy wyjścia. Musimy ożenić Morpheusa, aby urządzić mu wesele w klimatach baśni Barda Beedle’a – westchnęła tylko Charlotte na jego wywody. – Chociaż jemu pewnie lepiej spodobałyby się motywy związane z tarotem albo gwiazdami.
Gdzieś w pobliżu trwały różne tragedie. Tu ktoś zamienił się w kapibarę, tu grożono sobie nawzajem kutasami, tam obstawiano, jak długo pożyje pan młody, podszywano się pod asystentów Dołohowa i Williamów Lestrangów i bito na środku parkietu.
Charlotte jednak jak zawsze była skupiona na tym wątku, którego główną bohaterką była ona i niezbyt dbała o resztę świata.
Posłała Selwynowi prawdziwie zakochane spojrzenie, kiedy ten pocałował ją w czoło, wyobrażając sobie, że Jonathan jest wielką porcją lodów czekoladowo – orzechowych z posypką, syropem klonowym oraz dużą porcją bitej śmietany. Och tak, każdy mężczyzna chciałby, aby jakaś kobieta patrzyła na niego tak, jak Charlotte umiała spojrzeć na taki deser. Ani trochę nie spłoszona jego zachowaniem, bo i ktoś taki jak ona, kto chyba znał zasady przyzwoitości tylko po to by wybierać, które z nich ma ochotę złamać, nie mógł się spłoszyć dotykiem i pocałunkiem w czoło. A matka Charlotte robiła coraz bardziej i bardziej skwaszoną minę…
– Wolałam wrzesień, ale pomyśleliśmy, że październik będzie piękną tradycją – powiedziała obłudnie, bo ostatnio też mieli się żenić w październiku i tak, chciała przypomnieć o tym matce. Ale nagle coś w minie Jonathana się jej nie spodobało. Naprawdę ciężko było popłynąć tak, by Charlotte czymkolwiek się przejęła, gdy jednak wspomniał o ciąży (na litość boską, jakby nie przechodziła tego trzykrotnie i nie twierdziła, że to tylko po to, by nie narzekali, że tylko jeden z nich może być chrzestnym!), wbiła mu paznokcie w ramię, które wciąż trzymała.
Ale taki drobiazg nie sprawił, że wyszła z roli. O nie, nie dałaby matce takiej satysfakcji.
– Jeśli to będzie dziewczynka, nazwiemy ją po tobie – stwierdziła, po czym pociągnęła Jonathana na bok, ignorując słowa matki, wspominającej coś o braku wstydu. Pani Crouch zresztą ruszyła zaraz ku wyjściu z sali, nie mogąc widać znieść przebywania w tej samej przestrzeni, co wyrodna córka. – Jonathanie, za ten ostatni fragment jesteś mi winny najmniej złotą kolię. No naprawdę, odwołanie ślubu po raz drugi byłoby całkiem zabawne, ale teraz będę musiała tłumaczyć wszystkim, że mają mi nie odmawiać wina! Potrzebuję się napić. Teraz. Chociaż… nie wiem czy kątem oka nie widziałam, jak ktoś po tym drinku zamienił się w świnię…