Na przykład... teraz. Kiedy te oczy nabierały błysku i chociaż nadal były tymi samymi oczami psa, którego ktoś wystawił na zewnątrz w deszczowy dzień z bagażnika samochodu i odjechał w ciemną noc. Pies przez chwilę biegł za tymi czerwonymi światłami, ale w końcu zgubił trop. Lub biegnąc zgubił samego siebie. W jednym i drugim przypadku zagubienie nie pozwoliło mu dotrzeć do domu, a widząc to, jaki był, to chyba nawet musiały być oba na raz i jeszcze kilka jakichś kleszczy zarobionych na tyłek, które mu się wbiły, kiedy biegł szosą przez las. Nieszczęścia, choroby, wliczcie w to boreliozę, jasne. Teraz temu psiakowi chyba niewiele brakowało do szczęścia? Może burzy za oknem, bo ta się chyba skończyła. Już tylko deszcz uderzał o szybę w tych półcieniach rozjaśnianych świecami i światłem gwiazd nad nimi. Laurent zapalił tutaj blade światło lampki nocnej, żeby cokolwiek było widać w tym notatniku, a które rzucało łunę na prawie nagie ciało Flynna. Szczególnie teraz, kiedy wykopał się z tego koca, powiercił, a szlafroka nawet dobrze nie wciągnął na siebie wcześniej.
- Na przykład w takim dziwnym momencie, jak robisz taką minę jakbyś był bardzo, bardzo głodny. - Otworzył nieco szerzej jasne oczy przy podkreśleniu tego strategicznego słowa i robiąc całkiem udawaną minę, że naprawdę nie rozumie, cóż to mógł być za głód. No kto by na to wpadł? - Właśnie. Skoro mam ustalony grafik tego, jak życzyłbym sobie swoje własne występowanie, przy tragicznym przyjmowaniu własnych niedoskonałości, to dobrowolne pozwolenie sobie na odchodzenie od niego jest sprawą do przemyślenia. - Albo całkowitego odrzucenia, tak jak tutaj. - Wystarczy, że czasami puszcza mi fantazja. Jeśli zrobię jeden krok każdy kolejny byłby łatwiejszy. Gdzie bym potem skończył? Wciągając ludzi do kultu, żeby padali przede mną na kolana i wykrwawiali się dla mnie? - Wyciągnął lekko kącik ust, mówiąc o tym niby żartem, niby krytycznie... ale czasami uciekała mu tam fantazja, szczególnie, kiedy pojawiały się jednostki, które autentycznie były do tego zdolne. Irracjonalne, bo przecież nie chciał tak naprawdę niczyjej krzywdy.
- Jeszcze nie wiem, kim dla mnie dokładnie jesteś. Jeszcze zostało przynajmniej 957 pytań do zadania z tamtego tysiąca, żeby do tego dotrzeć. - Odpowiedział to takim spokojnym głosem, bez zastanowienia i zająknięcia, jakby naprawdę te pytania liczył i jakby ta odpowiedź była oczywista. Nie liczył. Ale zaczął mówić dopiero, kiedy pierwszy dreszcz ciepłej w końcu dłoni przesunęła się po jego piersi, bo na tę jedną sekundę wstrzymał oddech. - Realnie czy nierealnie? - Bo to była bardzo duża różnica. W fantazjach w końcu można mieć różne wyobrażenia. - To bardzo trudne pytanie. Jeszcze nie wiem, ile chcesz i możesz mi dać. Jeszcze tyle muszę się dowiedzieć, zbadać, nauczyć się. Żeby człowiek był w pełni szczęśliwy i obecny trzeba mu w końcu przygotować odpowiednie miejsce w swoim życiu. - To wydawało się prostym pytaniem - dla Laurenta to była cała pierdolona matematyka. Wyliczenia, obliczenia, całki i pitagoras. - Chciałbym... - Oderwał dopiero teraz wzrok od tego drżącego notatnika (przez jego dłonie), żeby zerknąć na wciśniętego w jego szyję Flynna. - żebyś był moim Dumą. - Uśmiechnął się do mężczyzny. To była trochę gra słowna, a trochę o wiele większa deklaracja, niż mogła brzmieć na pierwszy rzut... ucha. Bo to właśnie ta istota była z nim prawie cały czas. Jemu ufał, że go ochroni. On go ogrzewał. Leżał obok niego, kiedy łóżko było puste i groził szczękami osobom, które czyniły krzywdę. Ale to było tylko zwierzę, nawet jeśli magiczne. Spoglądał teraz więc z tymi lekkimi iskrami na Flynna, całkowicie łagodnie.