01.06.2024, 01:12 ✶
Nieopodal wejścia do sali bankietowej. Za moimi plecami pojawia się nagle gang Dolohova: Lyssa, Peregrinus, Annaleigh i, oczywiście, sam wielki Vakel Dolohov, zaś u mojego boku materializuje się Eden Malfoy Lestrange. Rozmawiamy. Kulturalnie. Krótko. Przy najbliżej okazji odciągam na bok Eden – gdzie, to już ona sobie wybierze – byle z dala od reszty towarzystwa.
Obiecał sztuczkę, to zrobi sztuczkę. Mulciberowi zrobiło się szkoda jąkatego gówniarza. Jego palce poruszały się szybko, w dobrze znanych, wyuczonych ruchach: przekładał karty w efekciarski sposób, na kuglarską modłę. Do sztuczek z kartami nie potrzebował jasnowidzenia. Nie było w tym ani krzty magii. Wystarczyła zwykła pamięć mięśniowa. Dłonie Alexandra pieściły wysłużoną talię w hipnotycznym skupieniu, z pewnością, która przydawała jego ruchom, przywodzącym zwykle na myśl zatwardziałego ćpuna – bo raz to przepełnionych swoistą powolnością, a raz to tchnących frenetyczną nerwowością – zadziwiającej gracji.
Zamarł, kiedy wykonywał ostatnie przełożenie. Pan Dolohov nie pija kawy z mlekiem, powiedział ktoś za jego plecami. Prychnął leciutko pod nosem.
Odwrócił się, spodziewając się, kogo będzie miał przyjemność ujrzeć za swoimi plecami.
Zignorował komentarz córki Dolohova – tak, już pamiętał, że Dolohov ma córkę, przypomniał sobie nawet, że nosiła nazwisko Mulciber, co czyniło ich w sumie jakąś tam rodziną – kiedy już opadły emocje i przeszło mu to fatalne zamroczenie w związku z pojedynkiem o honor Loretty, przeczytał relację z Proroka Codziennego o tej farsie, i zwrócił wtedy uwagę na to nieznajome dziewczę, które chowając się za szkłami ciemnych okularów, tkwiło u boku ojca; o ile dobrze kojarzył, była córką jakiejś tam dalszej kuzynki, o której wiedział w sumie tylko tyle, że dłuższy czas mieszkała we Francji. Nie wnikał, kiedy i jak jego krewna – której zapewne w życiu nie widział – puściła się z Dolohovem, ani dlaczego dziewucha nie nosiła nazwiska ojca, tak samo, jak nie zagłębiał się zanadto w sens jej sprytnych przytyków. Miała ładny uśmiech, i jeszcze ładniejsze nogi, a on miał słabość do takich młodych kokietek, więc tylko bezczelnie powiódł wzrokiem po jej twarzy, o wiele dłużej skupiając spojrzenie na dziewczynie aniżeli na towarzyszącym jej młodym mężczyźnie w garniturze – jeżeli to był prawdziwy asystent Dolohova, to nawet mu współczuł, wyglądał na równie chorego, co i on – oraz żonie Vakela, w osobie Annaleigh Dolohov – idealnej siostrze Loretty, która zawsze wydawała się znudzona swym równie idealnym otoczeniem, tak jak i Alexander był znudzony jej idealną pozą damy, niczym nie różniącą się od innych idealnych dam z salonów.
Dokończył sztuczkę. Wyciągnął kartę.
– Siódemka trefl, prawda? – rzucił do trzęsącego się ze strachu dzieciaka, który był odpowiedzialny za sprawdzanie listy gości. Oczywiście, że tak. Zobaczył to w jego oczach.
(jeżeli ktoś jest ciekawy, to znalazłam specjalnie na tę okazję filmik z dojebaną sztuczką karcianą)
Odwrócił się w tym samym momencie, w którym Vakel zagwizdał w jego stronę, jak na psa. Nawet go to rozbawiło. Nie spodziewał się, że Dolohov może mieć poczucie humoru, nie, więcej: nie spodziewał się, że Dolohov schodzi kiedykolwiek z piedestału natchnionego wieszcza. Schował karty do kieszeni, najpierw obracając je jeszcze chwilę w dłoniach. Skupił wzrok na Vakelu. Dolohov miał w sobie coś z nieboszczyka. Nie chodziło o jego chorobliwą wręcz chudość: Alexander dobrze wiedział, że jego własne ciało nosiło o wiele bardziej zaawansowane ślady narkotykowego wyniszczenia. To było coś w perfekcyjnym wymuskaniu jego fryzury, coś ostatecznego było w sposobie, jaki przycinał paznokcie, i w ogólnej schludności jego osoby, jak gdyby był trupem, świeżo obmytym na stole sekcyjnym. Kiedy patrzył na tę arystokratyczną twarz o wyrazistych rysach, myślał o woskowych figurach sławnych ludzi – ich nieruchome oblicza wydawały się dziwnie karykaturalne, tak samo, jak karykaturalna była wizja Vakela Dolohova w głowie Alexandra – Dolohov był oryginałem i imitacją zarazem, wypaczonym przez własną sławę.
Nie zdążył odpowiedzieć na żadne z pytań jasnowidza, bo nagle, u jego prawicy pojawiła się ostatnia osoba, której spodziewał się ujrzeć w roli wybawicielki.
Eden, co ty odpierdalasz.
Brakowało jeszcze, żeby zaczęła wciskać Vakelowi kit, że nie kto inny jak jej mąż, William Lestrange wyszedł z piwnicy, i poddał się operacji plastycznej, która przypadkiem upodobniła go do dziedzica Mulciberów. Alexander po prostu na nią patrzył: uważnie, lekko ściągnąwszy brwi, w absolutnym milczeniu. Czy to była ta sama Eden Malfoy, która z lubością deklarowała mu, że wypruje mu flaki, i zrzuci go z wieży astronomicznej, żeby w swoich ostatnich chwilach mógł pobujać jelicie cienkim jak na bungee? Tak, z pełną premedytacją obrażali się przy każdej nadarzającej się ku temu okazji. Tak, była mu bliska, bliższa niż wielu ludzi: ta bliskość w niczym nie przypominała relacji, którą miał z Dianą, a tym bardziej – broń Merlinie – z Ambrosią. W pewnym sensie, on i Eden byli do siebie bardzo podobni, choć prezentowali się światu na skrajnie różny sposób: ich przyjaźń dla wielu mogła wydawać się czymś dziwnym, ale oni zawsze potrafili się ze sobą dogadać, nieważne, jak wiele ostrych słów padło między nimi – a może właśnie dlatego, że potrafili być ze sobą zaskakująco bezpośredni i nie unieść się tak od razu dumą, ta przyjaźń w ogóle trwała – bo Mulciber, który znakomitą większość atrakcyjnych kobiet traktował jak ładne ozdóbki na ramię (a brzydkie pomijał w ewidencji pamięci), nie dość, że cenił sobie punkt widzenia Eden i słuchał jej rad, to jeszcze zmuszał się w obecności kobiety do zachowania względnego decorum.
Nie przerywał Eden jej tyrady. Po prawdzie, poczuł się niemalże rozczulony jej troską. Przeniósł spojrzenie na Vakela.
na odczytanie intencji Vakela, bo czemu nie, chcę potem słyszeć, jak obrażasz mnie w myślach :gnije:
– To nic osobistego, Vakel. – Byłeś pierwszym… Celebrytą?, którego nazwisko wpadło mi do głowy. Uśmiechnął się lekko – jego montonna ekspresja była dzisiaj jeszcze bardziej zredukowana niż zazwyczaj, bo Rodolphus musiał za pomocą transmutacji zamaskować obrażenia na jego twarzy, a Alex bał się, że jak wykrzywi się za mocno, to zaklęcie osłabnie, zresztą: wciąż był obolały – pogarda w jego spojrzeniu mieszała się ze szczerą ciekawością. Z uprzejmym zainteresowaniem wysłuchał zarzutów na temat wycierania sobie gęby nazwiskiem Dolohova. Ostatnio rzeczywiście musiał ją często wycierać, choć nie dlatego, że pocił się z wrażenia na widok wymuskanej buźki Dolohova: ostatnio częściej niż potem ociekał bowiem krwią. Na przestrzeni ostatniego tygodnia zdołał się wpakować w dwie bójki, a dzisiaj przyszedł się prosić o kolejną. Wytrzeć, to mógłbym sobie co najwyżej dupę tym twoim ostatnim pseudonaukowym artykułem o “anam cara”. Spodziewałem się czegoś lepszego, chociażby uwzględnienia multidyscyplinarnego spojrzenia na sprawę aurowidzów oraz niciowidzów… Naprawdę wolisz pisywać ogólnikowe horoskopy dla zdesperowanych fanek niż pracować naukowo?
Po co chce tam wejść? Och, ochoczo pospieszył z wyjaśnieniem. Eden niepotrzebnie się za nim wstawiała, Alexander zamierzał być szczery. Czy miał jakieś inne wyjście? Był jasnowidzem, tak samo jak Dolohov, większość swojego życia spędzał w otoczeniu jasnowidzów: ludzie nieposiadający trzeciego oka nie czuli się do końca komfortowo będąc świadkami pofragmentowanych rozmów osób mających dar prekognicji, bo część dyskusji zawsze toczyła się w ich głowach, a czasem tylko w przestrzeni wyobraźni. To nie był przerażony ochroniarz w przydużej marynarce: naraziłby się na śmieszność próbując wcisnąć Vakelowi mu kit, bo nawet mało utalentowany jasnowidz zazwyczaj nie miał problemu z interpretacją intencji rozmówcy.
– Chciałem tylko zrobić niespodziankę bratu mojej żony. – Moja żona. Dwa słowa, rzucone jakby mimochodem – niedbałe jak wzruszenie ramion – a jednak tak wymowne, tak szokujące w jego ustach. Czy Loretta w ogóle powiedziała o ich ślubie rodzinie? Wątpił. Czy powiedziała Vakelowi? Może. Z tego, co wiedział, ta dwójka utrzymywała przyjazne stosunki. Nawet inwektywy mieli podobne. Dolohova zagwizdał na niego jak na psa – och, to była ulubiona obelga Loretty, zaraz obok “tchórz” i “zdrajca” – a Alex przyjął to z protekcjonalnym uśmiechem i zadziwiającą cierpliwością: przecież nie był na tyle głupi, by publicznie obrażać Vakela Dolohova. Gdyby zaczął toczyć nagle pianę z ust, niczym wściekły pies, ten wyciągnąłby w jego stronę te swoje pająkowate palce, pachnące płynem do dezynfekcji, i uśpiłby go, z kliniczną precyzją naciskając tłok z trucizną… To jest, po prostu przywołałby ochroniarzy i kazałby wyrzucić go z przyjęcia. Zresztą, Alexander – jakkolwiek dziki by nie był – nie potrafił już wykrzesać z siebie tej wściekłości, która niegdyś napędzała jego poczynania. Nie był groźnym psem szarpiącym łańcuch, był wygłodniałym kundlem ze zmierzwioną sierścią, który gryzł tylko w ostateczności, na co dzień woląc po prostu unikać ludzi.
Och, Vakel był od niego lepszy, nieskończenie lepszy, i na pewno nie musiał wysłuchiwać obelg na temat swojego pochodzenia: miał charyzmę, odpowiednią prezencję, nieposzlakowaną reputację, głośną karierę naukową, wierną żonę, i potrafił rozmawiać z Lorettą, potrafił odkryć w niej pokłady jakiejś wewnętrznej magii, do której Alexander nigdy nie miał dostępu. Ale czy chciał mieć? Tak, był zazdrosny, chociaż nie było w nim zawiści, która kazałaby źle życzyć Vakelowi. Nie chciał mieć jego życia. Chciał odzyskać swoje. Wolał być kundlem niż wydelikaconym salonowym pieskiem, choć przypuszczał, że właśnie w taki sposób był postrzegany przez ludzi, którzy widzieli, jak ugania się za Lorettą. Wcześniej bez emocji przyglądał się, jak Dolohov odstawia swą pantomimę z klepaniem się po nodze, jakby wzywał psa. Nie tak, pomyślał Alex, nie dlatego latam za Lorettą. Ciekawe, czy Dolohov słyszał o swoim rodaku, Pawlowie. Ten to znał się na psach. Wykształcał w nich programowane odruchy: tak jak Alex wykształcił w sobie odruch kochania Loretty, kiedy walił po kablach heroinę.
Moja żona. Dwa słowa, rzucone jak tłusty ochłap dla wygłodniałej sfory psów, które zaraz pochwycą go, i zaczną wyrywać sobie nawzajem stare mięso z pysków. Mówiąc to, nie ściszył głosu. Dobrze wiedział, o czym najchętniej plotkowano na salonach. Niech gadają, pomyślał Alexander. Jego reputacji nie dało się zepsuć już bardziej. Plotka rzucona w eter salonu była jak ochłap rzucony dla psów.
Co mu bowiem zostało? Może rzeczywiście chciał sprowadzić wszystkich do swojego poziomu. Może chciał pokazać Vakelowi, że na niego nawet nie trzeba gwizdać, by ten posłuchał komendy.
Żałosny cel, ale jaki zabawny.
– …A teraz pozwól Eden wyświadczyć sobie przysługę, i ocalić od kryzysu wizerunkowego, bo, widzisz, głosy w mojej schizofrenicznej głowie zaczynają ujadać coraz to wścieklej. Pozdrowię od ciebie Lorettę. Żałuje, że nie może dzisiaj być tu z nami, zachorowała. – Poddał się pod naporem wwiercającego się w jego czaszkę spojrzenia Eden, i ujął ją za łokieć, żeby nie zgubić kobiety w nadchodzącej właśnie, większej grupie gości: zamierzał uciec, i wcale się tego nie wstydził. – Na raka sromu. – wymruczał pod nosem, bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego, szybko ciągnąc Lestrange w stronę ogrodów, jak najdalej od reszty towarzystwa.
Obiecał sztuczkę, to zrobi sztuczkę. Mulciberowi zrobiło się szkoda jąkatego gówniarza. Jego palce poruszały się szybko, w dobrze znanych, wyuczonych ruchach: przekładał karty w efekciarski sposób, na kuglarską modłę. Do sztuczek z kartami nie potrzebował jasnowidzenia. Nie było w tym ani krzty magii. Wystarczyła zwykła pamięć mięśniowa. Dłonie Alexandra pieściły wysłużoną talię w hipnotycznym skupieniu, z pewnością, która przydawała jego ruchom, przywodzącym zwykle na myśl zatwardziałego ćpuna – bo raz to przepełnionych swoistą powolnością, a raz to tchnących frenetyczną nerwowością – zadziwiającej gracji.
Zamarł, kiedy wykonywał ostatnie przełożenie. Pan Dolohov nie pija kawy z mlekiem, powiedział ktoś za jego plecami. Prychnął leciutko pod nosem.
Odwrócił się, spodziewając się, kogo będzie miał przyjemność ujrzeć za swoimi plecami.
Zignorował komentarz córki Dolohova – tak, już pamiętał, że Dolohov ma córkę, przypomniał sobie nawet, że nosiła nazwisko Mulciber, co czyniło ich w sumie jakąś tam rodziną – kiedy już opadły emocje i przeszło mu to fatalne zamroczenie w związku z pojedynkiem o honor Loretty, przeczytał relację z Proroka Codziennego o tej farsie, i zwrócił wtedy uwagę na to nieznajome dziewczę, które chowając się za szkłami ciemnych okularów, tkwiło u boku ojca; o ile dobrze kojarzył, była córką jakiejś tam dalszej kuzynki, o której wiedział w sumie tylko tyle, że dłuższy czas mieszkała we Francji. Nie wnikał, kiedy i jak jego krewna – której zapewne w życiu nie widział – puściła się z Dolohovem, ani dlaczego dziewucha nie nosiła nazwiska ojca, tak samo, jak nie zagłębiał się zanadto w sens jej sprytnych przytyków. Miała ładny uśmiech, i jeszcze ładniejsze nogi, a on miał słabość do takich młodych kokietek, więc tylko bezczelnie powiódł wzrokiem po jej twarzy, o wiele dłużej skupiając spojrzenie na dziewczynie aniżeli na towarzyszącym jej młodym mężczyźnie w garniturze – jeżeli to był prawdziwy asystent Dolohova, to nawet mu współczuł, wyglądał na równie chorego, co i on – oraz żonie Vakela, w osobie Annaleigh Dolohov – idealnej siostrze Loretty, która zawsze wydawała się znudzona swym równie idealnym otoczeniem, tak jak i Alexander był znudzony jej idealną pozą damy, niczym nie różniącą się od innych idealnych dam z salonów.
Dokończył sztuczkę. Wyciągnął kartę.
– Siódemka trefl, prawda? – rzucił do trzęsącego się ze strachu dzieciaka, który był odpowiedzialny za sprawdzanie listy gości. Oczywiście, że tak. Zobaczył to w jego oczach.
(jeżeli ktoś jest ciekawy, to znalazłam specjalnie na tę okazję filmik z dojebaną sztuczką karcianą)
Odwrócił się w tym samym momencie, w którym Vakel zagwizdał w jego stronę, jak na psa. Nawet go to rozbawiło. Nie spodziewał się, że Dolohov może mieć poczucie humoru, nie, więcej: nie spodziewał się, że Dolohov schodzi kiedykolwiek z piedestału natchnionego wieszcza. Schował karty do kieszeni, najpierw obracając je jeszcze chwilę w dłoniach. Skupił wzrok na Vakelu. Dolohov miał w sobie coś z nieboszczyka. Nie chodziło o jego chorobliwą wręcz chudość: Alexander dobrze wiedział, że jego własne ciało nosiło o wiele bardziej zaawansowane ślady narkotykowego wyniszczenia. To było coś w perfekcyjnym wymuskaniu jego fryzury, coś ostatecznego było w sposobie, jaki przycinał paznokcie, i w ogólnej schludności jego osoby, jak gdyby był trupem, świeżo obmytym na stole sekcyjnym. Kiedy patrzył na tę arystokratyczną twarz o wyrazistych rysach, myślał o woskowych figurach sławnych ludzi – ich nieruchome oblicza wydawały się dziwnie karykaturalne, tak samo, jak karykaturalna była wizja Vakela Dolohova w głowie Alexandra – Dolohov był oryginałem i imitacją zarazem, wypaczonym przez własną sławę.
Nie zdążył odpowiedzieć na żadne z pytań jasnowidza, bo nagle, u jego prawicy pojawiła się ostatnia osoba, której spodziewał się ujrzeć w roli wybawicielki.
Eden, co ty odpierdalasz.
Brakowało jeszcze, żeby zaczęła wciskać Vakelowi kit, że nie kto inny jak jej mąż, William Lestrange wyszedł z piwnicy, i poddał się operacji plastycznej, która przypadkiem upodobniła go do dziedzica Mulciberów. Alexander po prostu na nią patrzył: uważnie, lekko ściągnąwszy brwi, w absolutnym milczeniu. Czy to była ta sama Eden Malfoy, która z lubością deklarowała mu, że wypruje mu flaki, i zrzuci go z wieży astronomicznej, żeby w swoich ostatnich chwilach mógł pobujać jelicie cienkim jak na bungee? Tak, z pełną premedytacją obrażali się przy każdej nadarzającej się ku temu okazji. Tak, była mu bliska, bliższa niż wielu ludzi: ta bliskość w niczym nie przypominała relacji, którą miał z Dianą, a tym bardziej – broń Merlinie – z Ambrosią. W pewnym sensie, on i Eden byli do siebie bardzo podobni, choć prezentowali się światu na skrajnie różny sposób: ich przyjaźń dla wielu mogła wydawać się czymś dziwnym, ale oni zawsze potrafili się ze sobą dogadać, nieważne, jak wiele ostrych słów padło między nimi – a może właśnie dlatego, że potrafili być ze sobą zaskakująco bezpośredni i nie unieść się tak od razu dumą, ta przyjaźń w ogóle trwała – bo Mulciber, który znakomitą większość atrakcyjnych kobiet traktował jak ładne ozdóbki na ramię (a brzydkie pomijał w ewidencji pamięci), nie dość, że cenił sobie punkt widzenia Eden i słuchał jej rad, to jeszcze zmuszał się w obecności kobiety do zachowania względnego decorum.
Nie przerywał Eden jej tyrady. Po prawdzie, poczuł się niemalże rozczulony jej troską. Przeniósł spojrzenie na Vakela.
na odczytanie intencji Vakela, bo czemu nie, chcę potem słyszeć, jak obrażasz mnie w myślach :gnije:
Rzut PO 1d100 - 40
Slaby sukces...
Slaby sukces...
– To nic osobistego, Vakel. – Byłeś pierwszym… Celebrytą?, którego nazwisko wpadło mi do głowy. Uśmiechnął się lekko – jego montonna ekspresja była dzisiaj jeszcze bardziej zredukowana niż zazwyczaj, bo Rodolphus musiał za pomocą transmutacji zamaskować obrażenia na jego twarzy, a Alex bał się, że jak wykrzywi się za mocno, to zaklęcie osłabnie, zresztą: wciąż był obolały – pogarda w jego spojrzeniu mieszała się ze szczerą ciekawością. Z uprzejmym zainteresowaniem wysłuchał zarzutów na temat wycierania sobie gęby nazwiskiem Dolohova. Ostatnio rzeczywiście musiał ją często wycierać, choć nie dlatego, że pocił się z wrażenia na widok wymuskanej buźki Dolohova: ostatnio częściej niż potem ociekał bowiem krwią. Na przestrzeni ostatniego tygodnia zdołał się wpakować w dwie bójki, a dzisiaj przyszedł się prosić o kolejną. Wytrzeć, to mógłbym sobie co najwyżej dupę tym twoim ostatnim pseudonaukowym artykułem o “anam cara”. Spodziewałem się czegoś lepszego, chociażby uwzględnienia multidyscyplinarnego spojrzenia na sprawę aurowidzów oraz niciowidzów… Naprawdę wolisz pisywać ogólnikowe horoskopy dla zdesperowanych fanek niż pracować naukowo?
Po co chce tam wejść? Och, ochoczo pospieszył z wyjaśnieniem. Eden niepotrzebnie się za nim wstawiała, Alexander zamierzał być szczery. Czy miał jakieś inne wyjście? Był jasnowidzem, tak samo jak Dolohov, większość swojego życia spędzał w otoczeniu jasnowidzów: ludzie nieposiadający trzeciego oka nie czuli się do końca komfortowo będąc świadkami pofragmentowanych rozmów osób mających dar prekognicji, bo część dyskusji zawsze toczyła się w ich głowach, a czasem tylko w przestrzeni wyobraźni. To nie był przerażony ochroniarz w przydużej marynarce: naraziłby się na śmieszność próbując wcisnąć Vakelowi mu kit, bo nawet mało utalentowany jasnowidz zazwyczaj nie miał problemu z interpretacją intencji rozmówcy.
– Chciałem tylko zrobić niespodziankę bratu mojej żony. – Moja żona. Dwa słowa, rzucone jakby mimochodem – niedbałe jak wzruszenie ramion – a jednak tak wymowne, tak szokujące w jego ustach. Czy Loretta w ogóle powiedziała o ich ślubie rodzinie? Wątpił. Czy powiedziała Vakelowi? Może. Z tego, co wiedział, ta dwójka utrzymywała przyjazne stosunki. Nawet inwektywy mieli podobne. Dolohova zagwizdał na niego jak na psa – och, to była ulubiona obelga Loretty, zaraz obok “tchórz” i “zdrajca” – a Alex przyjął to z protekcjonalnym uśmiechem i zadziwiającą cierpliwością: przecież nie był na tyle głupi, by publicznie obrażać Vakela Dolohova. Gdyby zaczął toczyć nagle pianę z ust, niczym wściekły pies, ten wyciągnąłby w jego stronę te swoje pająkowate palce, pachnące płynem do dezynfekcji, i uśpiłby go, z kliniczną precyzją naciskając tłok z trucizną… To jest, po prostu przywołałby ochroniarzy i kazałby wyrzucić go z przyjęcia. Zresztą, Alexander – jakkolwiek dziki by nie był – nie potrafił już wykrzesać z siebie tej wściekłości, która niegdyś napędzała jego poczynania. Nie był groźnym psem szarpiącym łańcuch, był wygłodniałym kundlem ze zmierzwioną sierścią, który gryzł tylko w ostateczności, na co dzień woląc po prostu unikać ludzi.
Och, Vakel był od niego lepszy, nieskończenie lepszy, i na pewno nie musiał wysłuchiwać obelg na temat swojego pochodzenia: miał charyzmę, odpowiednią prezencję, nieposzlakowaną reputację, głośną karierę naukową, wierną żonę, i potrafił rozmawiać z Lorettą, potrafił odkryć w niej pokłady jakiejś wewnętrznej magii, do której Alexander nigdy nie miał dostępu. Ale czy chciał mieć? Tak, był zazdrosny, chociaż nie było w nim zawiści, która kazałaby źle życzyć Vakelowi. Nie chciał mieć jego życia. Chciał odzyskać swoje. Wolał być kundlem niż wydelikaconym salonowym pieskiem, choć przypuszczał, że właśnie w taki sposób był postrzegany przez ludzi, którzy widzieli, jak ugania się za Lorettą. Wcześniej bez emocji przyglądał się, jak Dolohov odstawia swą pantomimę z klepaniem się po nodze, jakby wzywał psa. Nie tak, pomyślał Alex, nie dlatego latam za Lorettą. Ciekawe, czy Dolohov słyszał o swoim rodaku, Pawlowie. Ten to znał się na psach. Wykształcał w nich programowane odruchy: tak jak Alex wykształcił w sobie odruch kochania Loretty, kiedy walił po kablach heroinę.
Moja żona. Dwa słowa, rzucone jak tłusty ochłap dla wygłodniałej sfory psów, które zaraz pochwycą go, i zaczną wyrywać sobie nawzajem stare mięso z pysków. Mówiąc to, nie ściszył głosu. Dobrze wiedział, o czym najchętniej plotkowano na salonach. Niech gadają, pomyślał Alexander. Jego reputacji nie dało się zepsuć już bardziej. Plotka rzucona w eter salonu była jak ochłap rzucony dla psów.
Co mu bowiem zostało? Może rzeczywiście chciał sprowadzić wszystkich do swojego poziomu. Może chciał pokazać Vakelowi, że na niego nawet nie trzeba gwizdać, by ten posłuchał komendy.
Żałosny cel, ale jaki zabawny.
– …A teraz pozwól Eden wyświadczyć sobie przysługę, i ocalić od kryzysu wizerunkowego, bo, widzisz, głosy w mojej schizofrenicznej głowie zaczynają ujadać coraz to wścieklej. Pozdrowię od ciebie Lorettę. Żałuje, że nie może dzisiaj być tu z nami, zachorowała. – Poddał się pod naporem wwiercającego się w jego czaszkę spojrzenia Eden, i ujął ją za łokieć, żeby nie zgubić kobiety w nadchodzącej właśnie, większej grupie gości: zamierzał uciec, i wcale się tego nie wstydził. – Na raka sromu. – wymruczał pod nosem, bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego, szybko ciągnąc Lestrange w stronę ogrodów, jak najdalej od reszty towarzystwa.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat