Czy to było możliwe, żeby jutro obudzić się z przynajmniej minimalnie lżejszym sercem? Takim, które nie ciągnęło go w dół jak kamień, jak głaz, jak coś ciężkiego osuwającego się w dół, obijającego o inne skały tworząc hałas, wstrząs... Oh on był głodny. Uzależnienie nie było czymś, co dało się nasycić, choćby i miało go to ostatecznie zabić. Jak na złość jego to nie zabijało - sprawiało mu jedynie cierpienie. Czasami świat zdawał się zwalniać i o tym zapominał, ale jak miałby zapomnieć o tym teraz? Kiedy on to wszystko mówił i był przy tym tak pewny siebie?
Fala trudnych słów, których nie rozumiał. Nie załapał przynajmniej połowy jego wypowiedzi - własne co, czego on sobie życzył? Grafik? Skończenie jako przywódca kultu - to już łapał, może nie tak łatwo jak kiedy mówiło się do niego prostym językiem, ale łapał. Gdyby miał kult i dopuszczał do siebie więcej takich jak on, to byłby już zupełnie jak Fontaine. Ze szczura stać się psem... Powiedziałby ktoś, że to społeczny awans, ale szczury były mądrzejsze. Psy były lojalne. I jak się nad tym zastanowił, o ile z przećpaną głową jakiekolwiek owocne myśli miały szanse przejść przez ten umysł, to wysunął taki wniosek, że to jednak do niego nie pasowało - wierność. Ta pozycja, w której się teraz znajdowali, była pozycją, w jakiej przytulał go do siebie zawsze Alexander. Wrócił nawet wspomnieniem do tego, jak wczoraj tak siedzieli i tak go szarpał za tę wzorzystą koszulę, tak panikował, że powyrywał z niej guziki. Teraz nie panikował, wszystko wydawało mu się takie oczywiste. Ciekawe czy gdyby znowu odwalił im numer ze zniknięciem i przyszedł tutaj, zatykając uszy i zabijając w sobie myśli, jak bardzo musieli cierpieć i nie rozumieć co się stało, to potrafiłby jeszcze patrzeć w lustro. Chyba... chyba jednak nie. Coś się w to lato zmieniło. Wydawało mu się, że naprawdę by tęsknił, ale jemu się bardzo dużo rzeczy wydawało, a potem życie weryfikowało to w sekundę. Na niekorzyść jego rozważań.
- Naprawdę myślisz, że mógłbym być przy tobie szczęśliwy? - To było szczere pytanie z dna serca. Takie, którego człowiek wstydził się zadać, póki sobie nie dodał w jakiś sposób do tego odwagi. - Kiedy śpiewałeś tę piosenkę - wydał się przy tym bardzo nieobecny - to wydawało mi się, że to, że tu siedzę, jest ostatecznym dowodem na to, że szczęście, którego zawsze tak uporczywie szukałem, nigdy nie było mi pisane.
Zadarł głowę, żeby spojrzeć w to nocne niebo. Nie potrafił go dobrze odtworzyć, ale wiedział, że astrologowie rozpisywali się o wpływie gwiazd na charakter, nastrój, przyszłość... Jeżeli to była prawda, to jemu musiały zapisać życie w czyimś blasku. Jak księżycowi. Księżyc nie świecił sam, tylko odbijał cudze światło. Bez słońca był niczym. Skąpany w ciemności, skuty lodem, dryfowałby w Kosmosie samotnie, szukając czegokolwiek, do czego mógłby się przyczepić i zaznać odrobiny cudzego ciepła.
Kiedy to spojrzenie opuścił, utkwiło w Laurencie. Nie w jego oczach, nie w całej twarzy, tylko konkretnie w ustach. Wbrew temu co mówił, chciałby być pocałowany. Chciałby poczuć jego język pomiędzy swoimi wargami. Pociągnąć go za koszulę, kiedy kładłby się na plecach, wpuszczając go pomiędzy swoje nogi. Chciałby poczuć to ciepło, ale... Ten opatrunek wciąż znajdował się na okaleczonej nodze i gorzko przypominał cenę, jaką by za to zapłacił. A jednak dudniło mu w głowie to pytanie. To samo, które Laurent zadał mu wcześniej, to które doprowadziło go do tego stanu.
Nie odezwał się.
Fala trudnych słów, których nie rozumiał. Nie załapał przynajmniej połowy jego wypowiedzi - własne co, czego on sobie życzył? Grafik? Skończenie jako przywódca kultu - to już łapał, może nie tak łatwo jak kiedy mówiło się do niego prostym językiem, ale łapał. Gdyby miał kult i dopuszczał do siebie więcej takich jak on, to byłby już zupełnie jak Fontaine. Ze szczura stać się psem... Powiedziałby ktoś, że to społeczny awans, ale szczury były mądrzejsze. Psy były lojalne. I jak się nad tym zastanowił, o ile z przećpaną głową jakiekolwiek owocne myśli miały szanse przejść przez ten umysł, to wysunął taki wniosek, że to jednak do niego nie pasowało - wierność. Ta pozycja, w której się teraz znajdowali, była pozycją, w jakiej przytulał go do siebie zawsze Alexander. Wrócił nawet wspomnieniem do tego, jak wczoraj tak siedzieli i tak go szarpał za tę wzorzystą koszulę, tak panikował, że powyrywał z niej guziki. Teraz nie panikował, wszystko wydawało mu się takie oczywiste. Ciekawe czy gdyby znowu odwalił im numer ze zniknięciem i przyszedł tutaj, zatykając uszy i zabijając w sobie myśli, jak bardzo musieli cierpieć i nie rozumieć co się stało, to potrafiłby jeszcze patrzeć w lustro. Chyba... chyba jednak nie. Coś się w to lato zmieniło. Wydawało mu się, że naprawdę by tęsknił, ale jemu się bardzo dużo rzeczy wydawało, a potem życie weryfikowało to w sekundę. Na niekorzyść jego rozważań.
- Naprawdę myślisz, że mógłbym być przy tobie szczęśliwy? - To było szczere pytanie z dna serca. Takie, którego człowiek wstydził się zadać, póki sobie nie dodał w jakiś sposób do tego odwagi. - Kiedy śpiewałeś tę piosenkę - wydał się przy tym bardzo nieobecny - to wydawało mi się, że to, że tu siedzę, jest ostatecznym dowodem na to, że szczęście, którego zawsze tak uporczywie szukałem, nigdy nie było mi pisane.
Zadarł głowę, żeby spojrzeć w to nocne niebo. Nie potrafił go dobrze odtworzyć, ale wiedział, że astrologowie rozpisywali się o wpływie gwiazd na charakter, nastrój, przyszłość... Jeżeli to była prawda, to jemu musiały zapisać życie w czyimś blasku. Jak księżycowi. Księżyc nie świecił sam, tylko odbijał cudze światło. Bez słońca był niczym. Skąpany w ciemności, skuty lodem, dryfowałby w Kosmosie samotnie, szukając czegokolwiek, do czego mógłby się przyczepić i zaznać odrobiny cudzego ciepła.
Kiedy to spojrzenie opuścił, utkwiło w Laurencie. Nie w jego oczach, nie w całej twarzy, tylko konkretnie w ustach. Wbrew temu co mówił, chciałby być pocałowany. Chciałby poczuć jego język pomiędzy swoimi wargami. Pociągnąć go za koszulę, kiedy kładłby się na plecach, wpuszczając go pomiędzy swoje nogi. Chciałby poczuć to ciepło, ale... Ten opatrunek wciąż znajdował się na okaleczonej nodze i gorzko przypominał cenę, jaką by za to zapłacił. A jednak dudniło mu w głowie to pytanie. To samo, które Laurent zadał mu wcześniej, to które doprowadziło go do tego stanu.
Nie odezwał się.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.