Zero-jeden. Nic pomiędzy, żadnych cyfr po przecinku, a próby wyliczeń kończyły się jakimiś bzdurami napisanymi przez pieciolatkę. Flynn rozpędzał się od zera do jednego w dwie sekundy. Najszybsze przeskoki emocjonalne, bo wystarczy jeden bodziec, żeby jego delikatna muzyka przerodziła się w crescendo. Nie było tam więc miejsca na sensowne rozwiązania, które nakazywałyby zmierzyć się ze swoimi słabościami i w końcu poukładać swoje zwichrowane myśli. Mógł tylko puścić się z tej górki licząc na to, że saneczki poniosą go na sam dół stoku i wcale nie trafi po drodze na głaz, na którym się rozbije. Co najwyżej podrapią go gałęzie drzew, prawda? Wszystko po to, żeby czerpać jak najwięcej emocji. Ta jedna chwila była tego warta - serce waliło młotem, krew tak szybko krążyła w żyłach. Więc czy Flynn mógł być tutaj szczęśliwy? Nie. Nie mógł, bo przecież kochał kogoś innego. Laurent nie wierzył nawet w to, że ta część, jaką tutaj pokazywał i dawał to była miłość. Nie ta czysta, pełna romantyzmu, kiedy motyle tańczą w brzuchu i chcesz, żeby oczy tej osoby były tylko twoje. Tę miłość zostawił poza granicami tego miejsca, u nienazwanego mężczyzny i jeszcze tajemniczego kogoś, albo paru ktosi, bo przecież mówił wcześniej w liczbie mnogiej. Czy on sam mógł być szczęśliwy przy Edgu? Nie. Nie mógł, bo przeciż Flynn kochał kogoś innego. Tam, gdzie istniała alternatywna rzeczywistość dla tego wszystkiego - tak i tak. Lecz tu? Przy oczywistych wyborach, jakie zawsze padały, a kiedy nie padały to ta relacja była wykręcona, chora i niezdrowa?
- Nie. Ponieważ jest ktoś, komu chcesz poświęcić swoje bycie. Gdybyś kogoś takiego nie miał - tak. Ale przecież ty ciągle będziesz przy mnie wracał myślami do tamtej osoby, więc jak mógłbyś być szczęśliwy... Flynn. - W świecie, w którym nie kochałbyś kogoś innego - tak. W tym samym świecie, który tutaj im przecież nigdy nie powstanie. Samo zadawanie takich pytań było ciężkie. Bolesne. Obarczało duszę, bo nie istniała na nie jedna odpowiedź. To, co sądzisz, co byś chciał, a jak wygląda świat - Laurent miał w tym zbyt duży, świadomy rozjazd. Nie rozumiał, dlaczego Flynn nie jest szczęśliwy i co się dzieje w jego relacjach. I czemu jednocześnie chce do nich wracać? Żeby nie skończyć o tak - w pustym domu? Laurent wolał to niż kogoś, kto by go ograniczał, kto by... ha... nie wypełnił jego potrzeb. Zaś jak na czasy, w których żyli, były to potrzeby prawdziwej księżniczki z bajki. - Jakie to szczęście. Opowiedz mi. - Powoli zamknął ten notatnik, powoli odłożył go na bok, powoli obrócił się do niego i położył dłoń na jego policzku. Musnął kciukiem jego rozchylone wargi, czekając na swoją odpowiedź. Dopiero wtedy pochylił się, żeby pocałować te zapraszające usta. Powoli, bez pośpiechu, wymieniając jego oddech na swój. W namiętności miał jednak opanowanie. Bardzo dużo opanowania myśląc o tej ranie. Odsunął się od niego kawałek, żeby na niego spojrzeć. To było nieznośne - hamowanie się, kiedy czuło się pulsowanie w lędźwiach, ale co miał zrobić, kiedy ten mężczyzna znów potem będzie samego siebie zjadał poczuciem winy? - Bardzo chciałbym ci zrobić dobrze, ale ty się za to karzesz. - Patrzył na niego i dopiero teraz pomyślał, że coś jest nie tak. Że to zachowanie odbiegało od normy tego, co działo się ostatnim razem. Tego jak się trząsł, albo z jakim trudem przychodziło mu mówienie takich rzeczy. Ale to nie jego zachowanie zwróciło uwagę na problem, a problem zwrócił uwagę na zachowanie. Te jego oczy jak pięciozłotówki. Spojrzenie niby utkwione w jego ustach, ale czy obecne w ogóle?