Wróciła do Londynu chwilę po południu. Jakimś cudem udało jej się tutaj dotrzeć po tej nocy pełnej wrażeń. Pamiętała, jak przez mgłę powrót z Erikiem do babci, nie mogła zrozumieć, co ich skłoniło do tego, że wybrali taczkę, jako środek transportu. Noc była ciężka, bardzo długo pili ten dziwny bimber, najprawdopodobniej twór skrzatki, która stworzyła coś strasznego. Zamroczyło i ją i Longbottomów, miała wrażenie, że więcej nie pamięta, niż pamięta z tego, co się wydarzyło. Niemiłosiernie bolała ją głowa, pojawił się kac, ogromny, nie tylko fizyczny, bo też moralny przez to, że napisała list, którego nigdy w życiu nie powinna była wysyłać. Odebrało jej rozum, całkowicie.
Jakimś cudem znalazła w sobie odrobinę siły, żeby pracować, chociaż najchętniej to położyłaby się w łóżku i w nim gniła do wieczora, jednak nie mogła sobie pozwolić na takie wyskoki. Nie wyglądała najlepiej, była blada, miała fioletowe sińce pod oczami, ale walczyła, to było najważniejsze.
Siedziała na krześle i odpoczywała, kiedy usłyszała swoje imię, bardzo głośno. Skrzywiła się zupełnie nieświadomie, bo naprawdę był to jeden z tych dni, kiedy słońce potrafiło świecić zbyt głośno.
Znała ten głos, czekała, aż jej wspaniały brat wejdzie do środka. Ciekawa była, co tym razem wymyślił, bo dosyć często miewał takie momenty, więc pewna była, że i tym razem ma jakiś sprytny plan.
Zmierzyła go wzrokiem, gdy wszedł na zaplecze z tą skrzynką w rękach. - Proszę cię, nie drzyj się. - Zaczęła jakże sympatycznie. - Głowa mnie boli. - Wolała nie tłumaczyć mu dlaczego.
- Coś wymyślił tym razem? - Skrzynka, sadzonki, dodała dwa do dwóch, że też wybrał najgorszy z możliwych momentów.