01.06.2024, 13:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.06.2024, 13:46 przez Florence Bulstrode.)
Parkiet, z Morpheusem.
Florence lubiła Morpheusa, a gdyby powiedział, że musząc się żenić pomyślałby o niej, pewnie roześmiałaby się i powiedziała, że jeżeli potrzebowałaby męża, też najpierw rozważałaby jego kandydaturę – bo prawdopodobnie dogadaliby się, a przecież najbliższy jej mężczyzna od zawsze kochał inną. Ale i dotąd nie potrzebowała małżeństwa z rozsądku, a nie sądziłaby, że Longbottom mógłby ją prawdziwie pokochać: zdawał się jej człowiekiem, który potrzebuje pasji i ognia, kogoś, kto prawdziwie go zafascynuje, a Florence Bulstrode nie była płomieniem. Była wodą, która umiała może i niepostrzeżenie drążyć skałę, lecz jawiła się raczej jako chłód i spokój, nie tak fascynujące jak ogień, spalający i dający ciepło zarazem czy powietrze, niezbędne do oddychania, a przynoszące ze sobą huragany.
Znała jednak te momenty, gdy w głowie rozbrzmiewały cudze głosy i przesuwały się obrazy, uśmiechnęła się więc tylko, gdy Morpheus najwyraźniej doświadczył drobnej wizji.
– Trudno mi tu wyrokować, choć i trudno mi uwierzyć w prawdziwą miłość i wierność, gdy cztery miesiące temu był mężem innej – powiedziała dyplomatycznie, bo ostatecznie nie chciała obrażać państwa młodych na ich własnym weselu, gdy żadne z nich nie wyrządziło jej osobistej krzywdy i nic nie wiedziała o jego dawnych podbojach. Ale i popisałaby się nie pasującą do niej zupełnie naiwnością, zakładając z góry, że będą razem przez całe lata, w wiecznej miłości, gdy sytuacja obojga zdawała się odrobinę skomplikowana. – Życzę im oczywiście jak najlepiej – dodała, i to nawet szczerze, bo czemu miałaby życzyć mu źle? Za słabo też znała Rookwoodów, aby móc odpowiedzieć, że tu kwestią godną zakładów byłoby chyba to, który z nich w razie jakiegoś wyskoku dopadnie Blacka jako pierwszy…
O ile nie zwróciła większej uwagi na kapibarę, bo byli nieco dalej, o tyle gdy zaczęła się bójka, odwróciła głowę w tamtą stronę i słysząc uwagę o Atreusie, zmyliła krok, potykając się na parkiecie. Zwolniła, na moment gubiąc rytm, i całe szczęście, że i Morpheus zwolnił taniec, bo mogłaby – o wstydzie – przewrócić się na środku parkietu. Przez ułamek sekundy chciała natychmiast ruszyć w tamtą stronę, by zażegnać bójkę, ale ochroniarz zareagował szybko, a ona po chwili wewnętrznego miotania się uznała, że jeżeli ruszy za nimi, tylko zwróci na to większą uwagę.
– Nie mam pojęcia, kim jest ta dziewczyna – wykrztusiła. Atreus nie zdawał się jej nigdy kimś chętnym do bicia się o kobiety, a raczej inaczej: był chętny do różnych bójek, zapewne dziewczyna też mogłaby być pretekstem do takiej, ale nie sądziła, by jakaś może poza własną narzeczoną, Elaine, mogła sprawić, że pójdzie uderzyć kogoś na początkach eleganckiego wesela. Blade policzki zaczerwieniły się i zapiekły ją nieco ze wstydu, bo chociaż ani przez moment nie wstydziła się za brata na Lammas (sama go nie powstrzymała, nawet jeżeli wiedziała, że powinni to załatwić dyskretniej), to jednak niemożliwe, aby tutaj poszedł bić kolejnego człowieka, który złamał Laurentowi serce, prawda? I to jednak było wesele Blacków, mógł chociaż wyciągnąć go do ogrodu! A Florence reputacja rodziny nie była przecież obojętna. – Atreus… – zawahała się, bo nie mogła ani go usprawiedliwiać, ani nie chciała pozostawić tego tak bez komentarza. – Nie wiem, o co poszło – przyznała w końcu. – Na jego usprawiedliwienie mogę powiedzieć jedynie tyle, że gdy ostatnio wdał się w bójkę z Philipem Nottem, to sama chętnie złamałabym mu nos, a nigdy na nikogo nie podniosłam ręki.
Może tym razem też miał jakiś powód.
Ale na pewno nie dość dobry, by urządzać takie przedstawienie tutaj.
Florence lubiła Morpheusa, a gdyby powiedział, że musząc się żenić pomyślałby o niej, pewnie roześmiałaby się i powiedziała, że jeżeli potrzebowałaby męża, też najpierw rozważałaby jego kandydaturę – bo prawdopodobnie dogadaliby się, a przecież najbliższy jej mężczyzna od zawsze kochał inną. Ale i dotąd nie potrzebowała małżeństwa z rozsądku, a nie sądziłaby, że Longbottom mógłby ją prawdziwie pokochać: zdawał się jej człowiekiem, który potrzebuje pasji i ognia, kogoś, kto prawdziwie go zafascynuje, a Florence Bulstrode nie była płomieniem. Była wodą, która umiała może i niepostrzeżenie drążyć skałę, lecz jawiła się raczej jako chłód i spokój, nie tak fascynujące jak ogień, spalający i dający ciepło zarazem czy powietrze, niezbędne do oddychania, a przynoszące ze sobą huragany.
Znała jednak te momenty, gdy w głowie rozbrzmiewały cudze głosy i przesuwały się obrazy, uśmiechnęła się więc tylko, gdy Morpheus najwyraźniej doświadczył drobnej wizji.
– Trudno mi tu wyrokować, choć i trudno mi uwierzyć w prawdziwą miłość i wierność, gdy cztery miesiące temu był mężem innej – powiedziała dyplomatycznie, bo ostatecznie nie chciała obrażać państwa młodych na ich własnym weselu, gdy żadne z nich nie wyrządziło jej osobistej krzywdy i nic nie wiedziała o jego dawnych podbojach. Ale i popisałaby się nie pasującą do niej zupełnie naiwnością, zakładając z góry, że będą razem przez całe lata, w wiecznej miłości, gdy sytuacja obojga zdawała się odrobinę skomplikowana. – Życzę im oczywiście jak najlepiej – dodała, i to nawet szczerze, bo czemu miałaby życzyć mu źle? Za słabo też znała Rookwoodów, aby móc odpowiedzieć, że tu kwestią godną zakładów byłoby chyba to, który z nich w razie jakiegoś wyskoku dopadnie Blacka jako pierwszy…
O ile nie zwróciła większej uwagi na kapibarę, bo byli nieco dalej, o tyle gdy zaczęła się bójka, odwróciła głowę w tamtą stronę i słysząc uwagę o Atreusie, zmyliła krok, potykając się na parkiecie. Zwolniła, na moment gubiąc rytm, i całe szczęście, że i Morpheus zwolnił taniec, bo mogłaby – o wstydzie – przewrócić się na środku parkietu. Przez ułamek sekundy chciała natychmiast ruszyć w tamtą stronę, by zażegnać bójkę, ale ochroniarz zareagował szybko, a ona po chwili wewnętrznego miotania się uznała, że jeżeli ruszy za nimi, tylko zwróci na to większą uwagę.
– Nie mam pojęcia, kim jest ta dziewczyna – wykrztusiła. Atreus nie zdawał się jej nigdy kimś chętnym do bicia się o kobiety, a raczej inaczej: był chętny do różnych bójek, zapewne dziewczyna też mogłaby być pretekstem do takiej, ale nie sądziła, by jakaś może poza własną narzeczoną, Elaine, mogła sprawić, że pójdzie uderzyć kogoś na początkach eleganckiego wesela. Blade policzki zaczerwieniły się i zapiekły ją nieco ze wstydu, bo chociaż ani przez moment nie wstydziła się za brata na Lammas (sama go nie powstrzymała, nawet jeżeli wiedziała, że powinni to załatwić dyskretniej), to jednak niemożliwe, aby tutaj poszedł bić kolejnego człowieka, który złamał Laurentowi serce, prawda? I to jednak było wesele Blacków, mógł chociaż wyciągnąć go do ogrodu! A Florence reputacja rodziny nie była przecież obojętna. – Atreus… – zawahała się, bo nie mogła ani go usprawiedliwiać, ani nie chciała pozostawić tego tak bez komentarza. – Nie wiem, o co poszło – przyznała w końcu. – Na jego usprawiedliwienie mogę powiedzieć jedynie tyle, że gdy ostatnio wdał się w bójkę z Philipem Nottem, to sama chętnie złamałabym mu nos, a nigdy na nikogo nie podniosłam ręki.
Może tym razem też miał jakiś powód.
Ale na pewno nie dość dobry, by urządzać takie przedstawienie tutaj.