01.06.2024, 14:58 ✶
- Oh gwarantuję ci, że potrafię kochać więcej niż jedną osobę i to wcale nie ja mam z tym problem. - To był kurwa problem wszystkich wokół. - Moje szczęście? Jak coś takiego się kurwa opisuje? - Opowiedział mu już scenę, którą uważał za szczęśliwą, ale on powiedział, że była kurwa smutna. - Lubię kiedy jest mi ciepło. - I kiedy nie musiał o to błagać. Kiedy proszę... było tylko grą, a nie przykazaniem.
Flynn nie pozwolił na to, żeby ten pocałunek był krótki, przyciągnął go do siebie dosyć gwałtownie, odchylając się przy tym do tyłu.
- Ciągle mnie za wszystko przepraszasz, ale jeszcze nigdy za to, że o tobie też będę myślał. - Powiedział, obejmując go rękoma wokół szyi i uwieszając się na nim i nie pozwalając na powrót do pozycji, w której mógłby się opierać i wpatrywać w to sztuczne niebo, albo tkwić z zamkniętymi oczami. Miał się gapić na niego. - Jeżeli czegoś chcesz, to nie mów tak, jakbyś nie chciał niczego, a jeżeli niczego ode mnie nie chcesz, to przestań prosić o coś i mieszać mi w głowie. - Tak naprawdę to sam sobie w tej głowie mieszał. I odpływał częściowo, zwężone źrenice miały problem ze skupieniem się na jego twarzy. Rozbiegane myśli wędrowały do najbardziej absurdalnych skojarzeń. Kładł się więc na tej sofie, ciągnąc Laurenta w dół, na siebie, a mówił... - Wiesz, że Ruscy wystrzelili psa w Kosmos? - Sapnął. - Bardzo łatwo użyć trudnych słów, które tak lubisz, żeby posnuć takie farmazony, ja tak cholernie tego nie lubię... - Jakaś gorycz drzemała w nim wciąż, coś nie pozwalało mu na zbyt szeroki uśmiech, ale uśmiechnął się. Przejechał ręką wzdłuż sklepienia nad nimi, jak Alexander zapowiadający następne przedstawienie, ale nie mówił tak pięknie jak on. - O tym jak ten pies dryfował po spokojnych wodach oceanu, pomiędzy iskrzącymi się klejnotami gwiazd rozrzuconych po aksamitnym niebie. Opuściła ziemski dom, aby doświadczyć nieskończonej przestrzeni. Była częścią czegoś większego, Kosmos pełen był obietnic i tajemnic, wszyscy szeptali do niej z dalekich zakątków wszechświata, bo oto stała się, tu i teraz symbolem ludzkiej tęsknoty za przekraczaniem granic i okrywaniem nieznanego. - Chciał to mówić teatralnym tonem i wyszło mu nawet, ale nie przebijał się on mocno nad to, że czuć było przyćpanie. - Łajka się wabiła. - Dodał już normalniej. - Wiesz, jaka jest prawda? - Zniżył głos do szeptu. - Była tam w cholernie małej, ciasnej kapsule, w której zamknęły ją ścierwa, którym ufała. W ostatnich chwilach jej życia było ciemno i zimno, gówno widziała z tej łuski, pewnie nawet nie słyszała dźwięków aparatury podtrzymującej jej życie, a na końcu spłonęła tam żywcem. Samotna, przerażona, pełna strachu i mam wrażenie, że chuja ją obchodziło stanie się „legendą zapisaną na zawsze na annałach kosmicznych podróży”. Zdechła tam ze strachu i przegrzania, a oni produkują z nią znaczki pocztowe i się cieszą, że ją mieli i była taka dzielna. Coś mi kurwa mówi, że wolałaby zostać na ziemi i bawić się z innymi pieskami. - Zaśmiał się znów, nienaturalnie. I nie pozwalał mu podnieść się do góry. Poluzował ten uścisk dopiero po tym, jak pochylił się nad jego uchem i wyjaśnił, po co mu o tym wszystkim opowiadał. - Teraz ty też będziesz musiał o mnie myśleć. - Ale to była tylko połowa prawdy. On lubił takie pojebane historie. Dostrzegał w nich najbardziej dramatyczne elementy. Normalnie by to sobie darował, jak przy Cainie, kto by chciał analizować relacje przez takie historie, ale ten dzień nie był normalny. - Bo zawsze kiedy będziesz patrzył na niebo inne niż to, które stworzyłem, będziesz sobie przypominał, że gdzieś tam jest zdechły pies. - Nie trzymał go już, ale przejechał dłonią wzdłuż tej delikatnej twarzy. - Nie chcesz mnie... - Jakoś już nie pamiętał, jakie to były dokładnie słowa. Wypadły gdzieś bokiem, tak jak myśl, że już nie miał dzisiaj niczego opowiadać. - No weź, weź mnie, przecież to może być ostatni raz kiedy mnie takim widzisz.
Flynn nie pozwolił na to, żeby ten pocałunek był krótki, przyciągnął go do siebie dosyć gwałtownie, odchylając się przy tym do tyłu.
- Ciągle mnie za wszystko przepraszasz, ale jeszcze nigdy za to, że o tobie też będę myślał. - Powiedział, obejmując go rękoma wokół szyi i uwieszając się na nim i nie pozwalając na powrót do pozycji, w której mógłby się opierać i wpatrywać w to sztuczne niebo, albo tkwić z zamkniętymi oczami. Miał się gapić na niego. - Jeżeli czegoś chcesz, to nie mów tak, jakbyś nie chciał niczego, a jeżeli niczego ode mnie nie chcesz, to przestań prosić o coś i mieszać mi w głowie. - Tak naprawdę to sam sobie w tej głowie mieszał. I odpływał częściowo, zwężone źrenice miały problem ze skupieniem się na jego twarzy. Rozbiegane myśli wędrowały do najbardziej absurdalnych skojarzeń. Kładł się więc na tej sofie, ciągnąc Laurenta w dół, na siebie, a mówił... - Wiesz, że Ruscy wystrzelili psa w Kosmos? - Sapnął. - Bardzo łatwo użyć trudnych słów, które tak lubisz, żeby posnuć takie farmazony, ja tak cholernie tego nie lubię... - Jakaś gorycz drzemała w nim wciąż, coś nie pozwalało mu na zbyt szeroki uśmiech, ale uśmiechnął się. Przejechał ręką wzdłuż sklepienia nad nimi, jak Alexander zapowiadający następne przedstawienie, ale nie mówił tak pięknie jak on. - O tym jak ten pies dryfował po spokojnych wodach oceanu, pomiędzy iskrzącymi się klejnotami gwiazd rozrzuconych po aksamitnym niebie. Opuściła ziemski dom, aby doświadczyć nieskończonej przestrzeni. Była częścią czegoś większego, Kosmos pełen był obietnic i tajemnic, wszyscy szeptali do niej z dalekich zakątków wszechświata, bo oto stała się, tu i teraz symbolem ludzkiej tęsknoty za przekraczaniem granic i okrywaniem nieznanego. - Chciał to mówić teatralnym tonem i wyszło mu nawet, ale nie przebijał się on mocno nad to, że czuć było przyćpanie. - Łajka się wabiła. - Dodał już normalniej. - Wiesz, jaka jest prawda? - Zniżył głos do szeptu. - Była tam w cholernie małej, ciasnej kapsule, w której zamknęły ją ścierwa, którym ufała. W ostatnich chwilach jej życia było ciemno i zimno, gówno widziała z tej łuski, pewnie nawet nie słyszała dźwięków aparatury podtrzymującej jej życie, a na końcu spłonęła tam żywcem. Samotna, przerażona, pełna strachu i mam wrażenie, że chuja ją obchodziło stanie się „legendą zapisaną na zawsze na annałach kosmicznych podróży”. Zdechła tam ze strachu i przegrzania, a oni produkują z nią znaczki pocztowe i się cieszą, że ją mieli i była taka dzielna. Coś mi kurwa mówi, że wolałaby zostać na ziemi i bawić się z innymi pieskami. - Zaśmiał się znów, nienaturalnie. I nie pozwalał mu podnieść się do góry. Poluzował ten uścisk dopiero po tym, jak pochylił się nad jego uchem i wyjaśnił, po co mu o tym wszystkim opowiadał. - Teraz ty też będziesz musiał o mnie myśleć. - Ale to była tylko połowa prawdy. On lubił takie pojebane historie. Dostrzegał w nich najbardziej dramatyczne elementy. Normalnie by to sobie darował, jak przy Cainie, kto by chciał analizować relacje przez takie historie, ale ten dzień nie był normalny. - Bo zawsze kiedy będziesz patrzył na niebo inne niż to, które stworzyłem, będziesz sobie przypominał, że gdzieś tam jest zdechły pies. - Nie trzymał go już, ale przejechał dłonią wzdłuż tej delikatnej twarzy. - Nie chcesz mnie... - Jakoś już nie pamiętał, jakie to były dokładnie słowa. Wypadły gdzieś bokiem, tak jak myśl, że już nie miał dzisiaj niczego opowiadać. - No weź, weź mnie, przecież to może być ostatni raz kiedy mnie takim widzisz.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.