01.06.2024, 18:25 ✶
Pilne i prywatne.
Vera nie jest w stanie sobie przypomnieć kiedy ostatnio słyszała podobne kategoryzowanie sprawy. Te zwykle były ważne, nieistotne, trywialne, tajemnicze… Rzadko jednak bywały jednocześnie pilne i prywatne. Te drugie zwłaszcza niezwykle często pojawiały się w rozmowach, zwłaszcza w towarzystwie w którym ona się obraca. Towarzystwie naukowców, pochłoniętych projektami nieraz tak kontrowersyjymi iż woleli skrywać prywatność… Bądź spaczeni nauką na tyle, by nie być w stanie już normalnie rozmawiać, zawsze mając na podorędziu jakąś teorię wartą wspomnienia, obalenia czy potwierdzenia.
Pilne i prywatne... Zauważyć zdążyła, że pewne rzeczy w Robercie Mulciberze pozostały dokładnie takie same jak przed latami. I wie doskonale, że ten czarodziej nie używałby tych określeń na marne. Nie zwykł również wyolbrzymiać. Nadawać większego znaczenia rzeczom, które tak naprawdę były nieistotne. Pewna jest, iż w jego przypadku działa to w drugą stronę i miast wyolbrzymiać umniejsza pewnym kwestiom… Albo i ich większości.
I czuje podskórnie iż nie myli się w odbiorze tej sprawy - ten powód stoi za zaproszeniem czarodzieja do swojego domu pewna, iż znają tam odpowiednią ilość intymności aby móc poruszyć nawet te najintymniejsze z tematów. Mannan, niech mu ziemia lekką będzie, dołożył wszelkich starań by zapewnić Verze bezpiecznie miejsce, w którym będzie mogła zajmować się swoimi sprawami. Poszło mu tak dobrze, że nawet jego śmierć nie zmieniła tego stanu. Po otrzymaniu listu odwołuje wizytę u matki , przekładając ją na bliżej nie określony dzień. I choć datę wyznaczyć mogła inną, pali się w niej cień ciekawości.
Otwiera mu drzwi ubrana w zwiewną, letnią sukienkę. Pogoda tego lata jest niespotykanie aż słoneczna, mimo iż znajdują się w miejscu którego ikoną jest zła pogoda. Błękitny materiał nadaje jej osobie lekkości i subtelności.
- Robercie. - Wita się, lecz jej kąciki ust nie unoszą się ku górze, jak miały w dziwnym zwyczaju. Miast tego zielone oczy przez jedno uderzenie serca przyglądają mu się uważnie. Robi pół kroku w tył, by wpuścić go do mieszkania, a gdy tylko Robert przekracza próg przezornie zamyka drzwi i przekręca niewielki w nich kluczyk.
Wnętrze jest eleganckie, urządzone ze smakiem charakterystycznym dla Travers. Wszystko zdaje się posiadać swoje miejsce a z kilku ramek patrzy na nich Mannan, zwykle szczerzący się obok młodszej wersji Very na pamiątkowych zdjęciach. Nie jest sentymentalna, kilka lat pozwoliło jej zaakceptować swego rodzaju brak męża, a jednak trzyma nadal te zdjęcia będące częścią pewnego obrazka. Maski, jaką przyszło jej przyjmować przed rodziną.
- Rozgość się, proszę. Napijesz się czegoś? Kawy? Herbaty? Whisky? - Pyta, opierając się pośladkami o blat jednej z szafek. Głos czarownicy jest spokojny. Opanowany, bo nawet jeśli sprawa w liście brzmiała poważnie Vera wie, że emocje są niezwykle złym doradcą. A jeśli sprawa faktycznie była pilna oraz prywatna na złych doradców pozwolić sobie nie mogą.
Vera nie jest w stanie sobie przypomnieć kiedy ostatnio słyszała podobne kategoryzowanie sprawy. Te zwykle były ważne, nieistotne, trywialne, tajemnicze… Rzadko jednak bywały jednocześnie pilne i prywatne. Te drugie zwłaszcza niezwykle często pojawiały się w rozmowach, zwłaszcza w towarzystwie w którym ona się obraca. Towarzystwie naukowców, pochłoniętych projektami nieraz tak kontrowersyjymi iż woleli skrywać prywatność… Bądź spaczeni nauką na tyle, by nie być w stanie już normalnie rozmawiać, zawsze mając na podorędziu jakąś teorię wartą wspomnienia, obalenia czy potwierdzenia.
Pilne i prywatne... Zauważyć zdążyła, że pewne rzeczy w Robercie Mulciberze pozostały dokładnie takie same jak przed latami. I wie doskonale, że ten czarodziej nie używałby tych określeń na marne. Nie zwykł również wyolbrzymiać. Nadawać większego znaczenia rzeczom, które tak naprawdę były nieistotne. Pewna jest, iż w jego przypadku działa to w drugą stronę i miast wyolbrzymiać umniejsza pewnym kwestiom… Albo i ich większości.
I czuje podskórnie iż nie myli się w odbiorze tej sprawy - ten powód stoi za zaproszeniem czarodzieja do swojego domu pewna, iż znają tam odpowiednią ilość intymności aby móc poruszyć nawet te najintymniejsze z tematów. Mannan, niech mu ziemia lekką będzie, dołożył wszelkich starań by zapewnić Verze bezpiecznie miejsce, w którym będzie mogła zajmować się swoimi sprawami. Poszło mu tak dobrze, że nawet jego śmierć nie zmieniła tego stanu. Po otrzymaniu listu odwołuje wizytę u matki , przekładając ją na bliżej nie określony dzień. I choć datę wyznaczyć mogła inną, pali się w niej cień ciekawości.
Otwiera mu drzwi ubrana w zwiewną, letnią sukienkę. Pogoda tego lata jest niespotykanie aż słoneczna, mimo iż znajdują się w miejscu którego ikoną jest zła pogoda. Błękitny materiał nadaje jej osobie lekkości i subtelności.
- Robercie. - Wita się, lecz jej kąciki ust nie unoszą się ku górze, jak miały w dziwnym zwyczaju. Miast tego zielone oczy przez jedno uderzenie serca przyglądają mu się uważnie. Robi pół kroku w tył, by wpuścić go do mieszkania, a gdy tylko Robert przekracza próg przezornie zamyka drzwi i przekręca niewielki w nich kluczyk.
Wnętrze jest eleganckie, urządzone ze smakiem charakterystycznym dla Travers. Wszystko zdaje się posiadać swoje miejsce a z kilku ramek patrzy na nich Mannan, zwykle szczerzący się obok młodszej wersji Very na pamiątkowych zdjęciach. Nie jest sentymentalna, kilka lat pozwoliło jej zaakceptować swego rodzaju brak męża, a jednak trzyma nadal te zdjęcia będące częścią pewnego obrazka. Maski, jaką przyszło jej przyjmować przed rodziną.
- Rozgość się, proszę. Napijesz się czegoś? Kawy? Herbaty? Whisky? - Pyta, opierając się pośladkami o blat jednej z szafek. Głos czarownicy jest spokojny. Opanowany, bo nawet jeśli sprawa w liście brzmiała poważnie Vera wie, że emocje są niezwykle złym doradcą. A jeśli sprawa faktycznie była pilna oraz prywatna na złych doradców pozwolić sobie nie mogą.