W gruncie rzeczy o to się rozbijał całokształt spędów, które niegdyś można było zwać arystokratycznymi – teraz jedynie snobistycznymi; chodziło o przybieranie odpowiednich masek, nawet tych, które po czasie wżerały się w naturalną mantrę bytowania; aby uśmiechać się na tyle szeroko, na ile pozwalały kąciki ust, wznosić toasty nader chętnie i lubować się w tym miałkim, sypkim pudrze wirującym obok panien z łabędzimi szyjami i eleganckimi sukniami. Nie przylegała chociażby w najmniejszym stopniu do aspektów, które podczas bankietów uznawano za cenne i obligatoryjne – nie chichotała dźwięcznie, nie dygała posłusznie, a jej zbolały wyraz twarzy sugerował w całej krasie, jak bardzo ciążyła nad nią ciężka, matczyna dłoń prawidłowego zachowania.
W gruncie rzeczy, Lycoris odrobinę im przecież nie wyszła. Już sama nazwa kwiatu, którym została chyżo obdarowana, miała nieść za sobą patos i elegancję, bynajmniej nie dotykającą w żaden sposób aroganckiej dezynwoltury, którą się cechowała od lat sielsko dziecięcych. Arkadyjskość młodych lat w żaden sposób nie utemperowała ognistego temperamentu; Lycoris pozostała Lycoris jedynie z imienia – z tego jednego abstraktu inwencji rodzicielskiej była zadowolona, bo, szanujmy się, mogła otrzymać imię tak oburzające jak Virgo czy inna Libra.
– Nie jesteś tak ubogi w intelekt, jak wyglądasz – rzekła. – Teraz zapewne przekręciłabym celowo i naumyślnie twoje imię, ale nie mam pojęcia co mam przekręcać. Nazwijmy cię… – urwała, marszcząc brwi w geście niewinnego namysłu. – Toby. Pasuje ci – stwierdziła stanowczo.
– Nasze – wypluła to słowo z prawdziwą, niekrytą odrazą – imiona nie pochodzą jedynie od gwiazd, ale też od kwiatów. Nie wiem, dlaczego ci to tłumaczę. To przecież nie jest twój interes – dokończyła, obracając w dłoni szklankę, pozwalając zawartości obmyć szklane ścianki.
Bycie czarną owcą nie miało najmniejszego związku z jej imieniem; prędzej z wydatnym charakterem, który nijak nie przystawał damie. Ubierała się przecież po męsku – w garnitury z jedynie odrobinę bardziej wyciętą talią i płaskie buty; wyglądała wszak niecodziennie szykownie pośród nokturnowej speluny, jej nienachalna elegancja nie sięgała jednak falban i odsłoniętych obojczyków.
– Mógłbyś się spytać kogoś, kto tego psiego nastroju doświadczył. Nie jestem jednak pewna, czy którekolwiek z nich nie doznaje choroby sierocej na dźwięk mojego imienia – zażartowała nieomal, a kąciki jej ust po raz pierwszy podczas rozmowy zadrżały niepewnie, unosząc się ku górze.
Gestem dłoni poprosiła o kolejną szklankę whisky, poprzednią zaś, kończąc jednym łykiem. Papieros, którego dotychczasowo dzierżyła między palcami, wbijając wzrok w kłęby dymu rozlewające się akwarelą wraz z ich dogorywaniem, zdusiła w popielniczce z cichym sykiem żaru.
– Nie jestem chyba na tyle brutalna, Toby – odparła z tnącą niewinnością na dnie głosek.