02.06.2024, 01:35 ✶
Najpierw stoję przy Vakelu z rodzinką z Alexandrem, potem odchodzimy w kierunku ogrodów i pewnie już tam na chwilę zostaniemy.
Musiała przyznać, że przez moment osiągnęła katharsis, kiedy Vakel określił jej wypowiedź mianem teatrzyku, a ona nie poczuła zupełnie nic. Nawet cień paniki nie przebiegł po jej kręgosłupie, jak to zwykle miało w zwyczaju się dziać, gdy wykonywała zły ruch w towarzystwie.
W sytuacji, kiedy coraz częściej rozważała upublicznić w przyszłości swój mezalians urodzony ze zdrady, przytyk tego rodzaju zwyczajnie spływał po niej jak po kaczce. Kto wie, może ćwiczyła wystawianie się na pośmiewisko?
Posłała mu zdziwione spojrzenie; nie była jednak zaskoczona jego opinią, bardziej wyglądała tak, jakby właśnie przypomniała sobie o jego obecności. Nadal trwała w milczeniu, przenosząc bezpłciowe spojrzenie po jego wianuszku adoratorów, których związał ze sobą krwią, obrączką oraz wypłatą, po czym wzruszyła ramionami.
Owszem, popełniłam faux-pas. I co, napiszesz o tym w kolejnej edycji swoich bajek spomiędzy mchu i paproci?
Nie czytała w myślach i gwiazdach jak lwia część tego kółka wzajemnego zniesmaczenia, ale mogła się domyślić po reakcji zgromadzonych, że mieli Axela za towarzystwo z kategorii parszywe. Nie śmiałaby z tym dywagować, nie miała zamiaru się kłócić, ani też nie chciała bronić swojego honoru w obliczu tego, że trzyma z kimś takim - właśnie dlatego milczała, nawet wtedy kiedy Mulciber odwdzięczył się pięknym za nadobne i w równie niemiły sposób postanowił uratować ją z potrzasku katastrofy wizerunkowej. Mieli rację w tym, że Alexander nie miał nieskazitelnej opinii, ale dla Eden miał jedną, jedyną wartość, której nigdy nie znalazłaby w nikim innym stojącym teraz wokół - był z nią zawsze bezbrzeżnie szczery i nie bawił się w dziecinną grę pozorów.
Dała się odciągnąć za łokieć, nie oponując przez większość drogi. Zdawała się być nieobecna duchem, jedynie ciałem. Myśli wciąż orbitowały wokół rewelacji, że zrobiła coś głupiego i świat się nie zawalił. Nieprawdopodobne, chciałoby się rzec, że cieszyła się z popełnienia błędu. Niepodobne do niej, dziwne i nie na miejscu.
Na szczęście nie ma się co martwić, Eden nie zmieniła się w mgnieniu oka na lepsze. Między wierszami obiecała sobie, że jeśli do takowego dojdzie, to Dolohova na swoje kolejne wesele zdecydowanie już nie zaprosi.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy, w jak chorą psychicznie rodzinę się wżeniłeś - odezwała się wreszcie do Alexandra, kiedy byli o krok od wyjścia z budynku i przejścia do ogrodów. Nie zapowiadało się na to, że Eden zamierzała pociągnąć tę myśl dalej; ot tak, uraczyła go komentarzem na temat Lestrange'ów i tych wszystkich, których spotkało nieszczęście spowinowacenia się z nimi. Na Merlina, cóż za niefart, że też znają się na tej całej alchemii i nie da się ich tak prosto otruć.
Złapała Alexandra za ramię; delikatnie pociągnęła za materiał jego garnituru, dając wyraźnie znać, że chce, aby się zatrzymał. Sama otworzyła swoją kopertówkę, palcami przemknęła po przedmiotach znajdujących się wewnątrz, po czym wyjęła kawałek sztywnego papieru. Zaproszenie.
- Masz. - Wręczyła mu zaproszenie swojego męża bez większego przejęcia na samej twarzy, choć oczy jasno dawały znać, że nie jest w żadnym wypadku zadowolona. - Jeśli masz już się za kogoś podszywać, to lepiej za osobę, która na pewno się tutaj nie pojawi. Głównie dlatego, że o żadnym ślubie nie wie - wyjaśniła, po czym wyminęła Alexandra, by iść dalej w kierunku ogrodów. Nie mknęła na złamanie karku, po prostu chciała zmienić miejsce rozmowy; zupełnie jakby miała wrażenie, że jeśli zostaną w miejscu, w którym pomyślała o Williamie, ten będzie mógł ich usłyszeć.
- Czemu szukasz Louvaina? - Zagaiła, spoglądając ponad własnym ramieniem. Miała podejrzenia, ale chciała poznać detale. Choćby po to, żeby odwrócić uwagę od samej siebie.
Musiała przyznać, że przez moment osiągnęła katharsis, kiedy Vakel określił jej wypowiedź mianem teatrzyku, a ona nie poczuła zupełnie nic. Nawet cień paniki nie przebiegł po jej kręgosłupie, jak to zwykle miało w zwyczaju się dziać, gdy wykonywała zły ruch w towarzystwie.
W sytuacji, kiedy coraz częściej rozważała upublicznić w przyszłości swój mezalians urodzony ze zdrady, przytyk tego rodzaju zwyczajnie spływał po niej jak po kaczce. Kto wie, może ćwiczyła wystawianie się na pośmiewisko?
Posłała mu zdziwione spojrzenie; nie była jednak zaskoczona jego opinią, bardziej wyglądała tak, jakby właśnie przypomniała sobie o jego obecności. Nadal trwała w milczeniu, przenosząc bezpłciowe spojrzenie po jego wianuszku adoratorów, których związał ze sobą krwią, obrączką oraz wypłatą, po czym wzruszyła ramionami.
Owszem, popełniłam faux-pas. I co, napiszesz o tym w kolejnej edycji swoich bajek spomiędzy mchu i paproci?
Nie czytała w myślach i gwiazdach jak lwia część tego kółka wzajemnego zniesmaczenia, ale mogła się domyślić po reakcji zgromadzonych, że mieli Axela za towarzystwo z kategorii parszywe. Nie śmiałaby z tym dywagować, nie miała zamiaru się kłócić, ani też nie chciała bronić swojego honoru w obliczu tego, że trzyma z kimś takim - właśnie dlatego milczała, nawet wtedy kiedy Mulciber odwdzięczył się pięknym za nadobne i w równie niemiły sposób postanowił uratować ją z potrzasku katastrofy wizerunkowej. Mieli rację w tym, że Alexander nie miał nieskazitelnej opinii, ale dla Eden miał jedną, jedyną wartość, której nigdy nie znalazłaby w nikim innym stojącym teraz wokół - był z nią zawsze bezbrzeżnie szczery i nie bawił się w dziecinną grę pozorów.
Dała się odciągnąć za łokieć, nie oponując przez większość drogi. Zdawała się być nieobecna duchem, jedynie ciałem. Myśli wciąż orbitowały wokół rewelacji, że zrobiła coś głupiego i świat się nie zawalił. Nieprawdopodobne, chciałoby się rzec, że cieszyła się z popełnienia błędu. Niepodobne do niej, dziwne i nie na miejscu.
Na szczęście nie ma się co martwić, Eden nie zmieniła się w mgnieniu oka na lepsze. Między wierszami obiecała sobie, że jeśli do takowego dojdzie, to Dolohova na swoje kolejne wesele zdecydowanie już nie zaprosi.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy, w jak chorą psychicznie rodzinę się wżeniłeś - odezwała się wreszcie do Alexandra, kiedy byli o krok od wyjścia z budynku i przejścia do ogrodów. Nie zapowiadało się na to, że Eden zamierzała pociągnąć tę myśl dalej; ot tak, uraczyła go komentarzem na temat Lestrange'ów i tych wszystkich, których spotkało nieszczęście spowinowacenia się z nimi. Na Merlina, cóż za niefart, że też znają się na tej całej alchemii i nie da się ich tak prosto otruć.
Złapała Alexandra za ramię; delikatnie pociągnęła za materiał jego garnituru, dając wyraźnie znać, że chce, aby się zatrzymał. Sama otworzyła swoją kopertówkę, palcami przemknęła po przedmiotach znajdujących się wewnątrz, po czym wyjęła kawałek sztywnego papieru. Zaproszenie.
- Masz. - Wręczyła mu zaproszenie swojego męża bez większego przejęcia na samej twarzy, choć oczy jasno dawały znać, że nie jest w żadnym wypadku zadowolona. - Jeśli masz już się za kogoś podszywać, to lepiej za osobę, która na pewno się tutaj nie pojawi. Głównie dlatego, że o żadnym ślubie nie wie - wyjaśniła, po czym wyminęła Alexandra, by iść dalej w kierunku ogrodów. Nie mknęła na złamanie karku, po prostu chciała zmienić miejsce rozmowy; zupełnie jakby miała wrażenie, że jeśli zostaną w miejscu, w którym pomyślała o Williamie, ten będzie mógł ich usłyszeć.
- Czemu szukasz Louvaina? - Zagaiła, spoglądając ponad własnym ramieniem. Miała podejrzenia, ale chciała poznać detale. Choćby po to, żeby odwrócić uwagę od samej siebie.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~