02.06.2024, 11:20 ✶
na parkiecie samotnie, a potem z Peregrinusem
Mildred stała jak zamrożona, patrząc na rozgrywającą się przed nią scenę. Była wściekła, emocje kotłujące się w jej zaciśniętym gniewem serduszku świdrowały domagając się posłuchu. Ręce świerzbiły, żeby jebnąć obojgu i stąd po prostu wyjść. Ale nie zrobiła tego. Może nie szata zdobi człowieka, ale suknia prostowała jej kręgosłup, dumnie wznosiła podbródek, a złociste zmrużone oczy przyglądały się zajściu z rosnącą pogardą. Nie drgnęła ani o jedną szesnastą cala. Proszę, o to półkrwi szczur z ulicy, potrafił lepiej się zachować niż para czystokrwistych lalusiów wymieniająca się obelgami jakby byli w dziurawym kotle, a nie na super duper lansiarskiej imprezie za miliony.
Panowie zostali wyprowadzeni, możliwie dyskretnie, choć ciężko było tańczącym czarodziejom nie zobaczyć tej krótkiej konfrontacji. Ciężko było nie czuć na nie spojrzeń, słyszeć poszumu rozmów. Dlaczego zgodziła się tu przyjść? Nie pamiętała. Rzucono jej wyzwanie, a ona nigdy nie odpuszczała wyzwań. Jej pierś niemalże odsłonięta, choć kompletnie przesłonięta materią w kolorze jej własnej lekko brzoskwiniowej skóry, falowała wzburzeniem i dezorientacją. Dłonie zaciskały się w pięści, by po chwili rozluźnić. On przegrał, ona wygrała. Nie było sensu tu zostawać. Nie było.
Peregrinus pojawił się przed nią znikąd. Imię, jej własne imię zabrzmiało w jej uszach jak siarczyście wymierzony policzek, jak wyzwisko, jak nagana. Nie powinno Cię tu być. Jesteś nikim – oczywiście Grin nigdy by tak nie pomyślał, prawda? Nigdy by się jej nie wstydził, nigdy by nie skąpił zaproszeń do spotkania ze swoim mistrzem, którego była wielką fanką. Nigdy. Złociste oczy tętniły impulsywnością z której utkane było jej istnienie, ramiona na moment tylko zadrgały, palce tylko na moment wykrzywiły się w obawie, w koszmarze, który jak ciężkie bransolety osadzał się na jej nadgarstkach.
To tylko sen
Wyprostowany palec wskazujący wystrzelił ku jego twarzy i zatrzymał się na wargach, dociążając pytanie skórą dotykającą skóry. Postąpiła krok do przodu i ześlizgnęła się z jego ust, tylko po to by ująć dłonie, unieść własne ramiona, odchylić głowę w pozie, którą przed kilkoma dniami uczył ją Isaac.
– Właśnie przyszedł – odpowiedziała mu krótko, a w słowach pobrzmiewało tęsknota i krocząca z nią siostra bliźniaczka – rozgoryczenie. Nie czekając na krok z jego strony ruszyła w kołowym ruchu, pociągając go ze sobą, ona fałszywa księżniczka, zaczarowana na jedną noc suknią, która nawet nie była jej. Przymknęła powieki próbując skupić się na muzyce, próbując nie myśleć o tym, że w sumie nigdy nie tańczyli, nie myśleć o znajomym zapachu, bliskim, odległym, nieobecnym. Zawsze przegrywała z pracą. Dlaczego tak trudno było się z tym pogodzić? Zęby zgrzytnęły o siebie, upragniony spokój nie nadchodził, obcas tylko magią nie haczył o przydługi tren ześlizgujący się za jej kostki.
Mildred stała jak zamrożona, patrząc na rozgrywającą się przed nią scenę. Była wściekła, emocje kotłujące się w jej zaciśniętym gniewem serduszku świdrowały domagając się posłuchu. Ręce świerzbiły, żeby jebnąć obojgu i stąd po prostu wyjść. Ale nie zrobiła tego. Może nie szata zdobi człowieka, ale suknia prostowała jej kręgosłup, dumnie wznosiła podbródek, a złociste zmrużone oczy przyglądały się zajściu z rosnącą pogardą. Nie drgnęła ani o jedną szesnastą cala. Proszę, o to półkrwi szczur z ulicy, potrafił lepiej się zachować niż para czystokrwistych lalusiów wymieniająca się obelgami jakby byli w dziurawym kotle, a nie na super duper lansiarskiej imprezie za miliony.
Panowie zostali wyprowadzeni, możliwie dyskretnie, choć ciężko było tańczącym czarodziejom nie zobaczyć tej krótkiej konfrontacji. Ciężko było nie czuć na nie spojrzeń, słyszeć poszumu rozmów. Dlaczego zgodziła się tu przyjść? Nie pamiętała. Rzucono jej wyzwanie, a ona nigdy nie odpuszczała wyzwań. Jej pierś niemalże odsłonięta, choć kompletnie przesłonięta materią w kolorze jej własnej lekko brzoskwiniowej skóry, falowała wzburzeniem i dezorientacją. Dłonie zaciskały się w pięści, by po chwili rozluźnić. On przegrał, ona wygrała. Nie było sensu tu zostawać. Nie było.
Peregrinus pojawił się przed nią znikąd. Imię, jej własne imię zabrzmiało w jej uszach jak siarczyście wymierzony policzek, jak wyzwisko, jak nagana. Nie powinno Cię tu być. Jesteś nikim – oczywiście Grin nigdy by tak nie pomyślał, prawda? Nigdy by się jej nie wstydził, nigdy by nie skąpił zaproszeń do spotkania ze swoim mistrzem, którego była wielką fanką. Nigdy. Złociste oczy tętniły impulsywnością z której utkane było jej istnienie, ramiona na moment tylko zadrgały, palce tylko na moment wykrzywiły się w obawie, w koszmarze, który jak ciężkie bransolety osadzał się na jej nadgarstkach.
To tylko sen
Wyprostowany palec wskazujący wystrzelił ku jego twarzy i zatrzymał się na wargach, dociążając pytanie skórą dotykającą skóry. Postąpiła krok do przodu i ześlizgnęła się z jego ust, tylko po to by ująć dłonie, unieść własne ramiona, odchylić głowę w pozie, którą przed kilkoma dniami uczył ją Isaac.
– Właśnie przyszedł – odpowiedziała mu krótko, a w słowach pobrzmiewało tęsknota i krocząca z nią siostra bliźniaczka – rozgoryczenie. Nie czekając na krok z jego strony ruszyła w kołowym ruchu, pociągając go ze sobą, ona fałszywa księżniczka, zaczarowana na jedną noc suknią, która nawet nie była jej. Przymknęła powieki próbując skupić się na muzyce, próbując nie myśleć o tym, że w sumie nigdy nie tańczyli, nie myśleć o znajomym zapachu, bliskim, odległym, nieobecnym. Zawsze przegrywała z pracą. Dlaczego tak trudno było się z tym pogodzić? Zęby zgrzytnęły o siebie, upragniony spokój nie nadchodził, obcas tylko magią nie haczył o przydługi tren ześlizgujący się za jej kostki.