Skinął głową, kiedy powiedziała mu, żeby się nie zrażał i nie poddawał. Nie zamierzał się poddawać - jeśli kiedykolwiek się podda to już stanie się cieniem człowieka, samego siebie, a przecież nawet i teraz nie było lekko. Nie było jemu, nie było i jej. Brak powietrza w płucach musiał być czymś uzupełniany, ale nie mogli zapomnieć, jak się to robi, tylko dlatego, że bolało. Tlen nadal musiał być toczony przez ich żyły.
- To nie jest jego wina... - Usprawiedliwiał niemal wszystkich wokół siebie, ciągle próbował spoglądać na wszystko pod różnymi kątami, ale przynajmniej zdawał sobie sprawę z tego, że powinien nauczyć się trochę inaczej kategoryzować ludzi i być nieco bardziej surowym wobec nich, trochę mniej wobec siebie samego. Nauczyć się rozdzielać to wybaczanie wszystkiego, ten żal i że ci kogoś szkoda z przyjęciem, że inni również powinni dostać po dupie za popełnione błędy. Przymknął na chwilę oczy, odetchnął i postanowił poprawić nieco swoją wypowiedź. Swoje myślenie i pogląd, jaki mogła mieć na to Victoria. - Po prostu poczuliśmy chemię. Do niczego nie doszło i nie dojdzie, ale to trochę... tak jak mówisz - kiepsko to przyjąłem. - Delikatnie mówiąc, bo to spotkanie było tak wyczerpujące, jak i rodziło kolejne złamane pytania, dlaczego tak się w ogóle dzieje i gdzie jest popełniony błąd. Czemu jest aż tak źle, skoro Laurent nie potrafił o sobie powiedzieć, że jest złym człowiekiem, chociaż nie uważał się za świętego. Między złym a świętym była jeszcze bardzo duża przestrzeń. - Szkoda mi tego człowieka, bo z jednej strony właśnie się żeni i niby kocha swoją żonę, a jednocześnie ma te wiecznie nieszczęśliwe oczy. - Odsunął swoje dłonie z głowy Victorii i sięgnął po swoją koszulę, żeby narzucić ją na ramiona i powoli zacząć zapinać. Nadal czuł jej dotyk na swoich plecach.
- Taak, przeniosły się do rzeczywistości. Wraz z kamieniem, który we śnie dostałem. - Spoglądał na jej reakcję i sam miał minę wątpliwą - nie dlatego, że sen mu się nie podobał, wręcz przeciwnie. Nagle chciało się zasypiać, bo chciał tam wrócić. Do tego ślicznego snu, gdzie najwyraźniej był kimś, kto budował całe miasto. Gdzie był kochany, gdzie wszystko się lepiej układało. Kto nie chciałby żyć w śnie, gdzie chyba wszystko było po jego myśli? Przeszkody, jak się pojawiały, były po to, żebyś sobie przypomniał, jak wiele masz, a nie po to, żeby cię zniszczyć. - Victorio... są rzeczy, których wstydzę się bardzo przed samym sobą, co dopiero przed innymi. - Robił różne dziwne rzeczy, czasami miewał dziwne myśli, nie był dumny z niektórych swoich postępków, wstydził się czasem tego nawet, jak niektórymi manipulował. Że czasami naturalnym wyborem było to, a nie powiedzenie prawdy. Tego kaktusa też się wstydził. I gdyby miał o nim opowiadać to by się wstydził. Gorszy koszmar niż ten, w którym ktoś próbował go zabić...
- Przyzwyczaiłem się już do bawełny i lnu, skóra jest bardzo specyficzna... ale dobrze w tym wyglądam. - Powiedział jakże skromnie, przyglądając się strojowi, zanim zamknął szafę. - Za dużo powiedziane "lubię". Drugiego takiego kompletu u mnie nie znajdziesz. Potraktowałem to trochę jak próbę? Wyzwanie? Jedna osoba mi powiedziała, że skóra by do mnie nie pasowała. Więc się w niej pokazałem i zmienił zdanie. - Przymknął na moment oczy w uśmiechu zadowolenia, bo był najzwyczajniej w świecie z siebie wręcz dumny. Ładnemu we wszystkim ładnie.
Poprzeglądali nadające się ciuchy na wesele, zmienili jednak krawat, dobrali nieco inną biżuterię, a Laurent jej opowiedział o swoich przygodach i nieprzygodach z Philipem. Znał się z nim od paru dobrych lat i zawsze się spotykali chyłkiem, jak to w takich relacjach. To miał być zawsze po prostu seks, ale czas spędzony na rozmowach był naprawdę miły. Beltane to posypało. Kiedy przyszedł do niego szukać pocieszenia przez Lorettę, bo nie dopełnił z nią rytuału i potem było tylko coraz gorzej, bo w zasadzie Philip nie bardzo rozumiał, co się z nim dzieje, a Laurent... Laurent nie potrafił funkcjonować w takim nie wiadomo czym, co nie jest włożone w konkretną ramkę. Zawsze dążył do tego, żeby wszystko w jego życiu, nawet ludzie, mieli swoje miejsce. Powodowało to scysje. Na rejsie rodziny Crouch włącznie z próbą rozejścia się z jego strony, bo Philip zaczął coś mówić o miłości, więc Laurent chciał go odsunąć i powiedział mu wprost, że go nie kocha. Niestety dla obu, jak przyszłość miała pokazać, to nie był koniec. Coś ich do siebie ciągnęło i Laurent chyba już sam pogubił się w sobie. Bo niestety mężczyzna, w którym naprawdę się zakochał, porzucił go w tym czasie. Pierwszy taki, do którego pozwolił sobie na miłość. I tak oto we dwójkę, szukając pocieszenia i jakiejś marnej wizji przyszłości spotykali się. Przed tym pojedynkiem było już kiepsko. Przed pojedynkiem było źle, coś w nim pękło, kiedy Philip mu zarzucił, że wszystko ogranicza do seksu. A po pojedynku, kiedy się spotkali i miał być taki miły dzień, kiedy Nott tak pewnie obwieścił, że żadnego seksu nie będzie, a potem wszedł do niego pod prysznic to coś pękło po raz drugi. Na tyle, że poryczał się przed Florence i Atreusem, a Florence z niego tę historię wyciągnęła Trzecim Okiem. Bo to takie rzeczy, o których nie chce imiennie opowiadać, bo przecież... to powinno być między dwoma osobami? Przynajmniej takie niepewne pytanie postawił przed Victorią.
- Naprawdę nie chcę robić Philipowi problemów i bardzo bym nie chciał, żeby... ach, tak jak mówiłem - uważam, że to powinno zostać sekretem. Philip nie jest zbyt empatyczny, ale się stara na ile może. I nie, spokojnie, przeszły mi amory. - Dodał, żeby czasem Victoria nie pomyślała, że nadal coś się w nim tliło. To znaczy... tliło, ale już myliło mu się chyba przywiązanie i przyzwyczajenie, sympatia z... nie, nie myliło. - Powinienem zacząć robić tablicę kamienną z imionami osób, które mnie przyrównywały do wiły, nawet kiedy stoję i nic nie robię. - Zażartował delikatnie, wyprowadzając ją z garderoby. Czas na jakąś kawę, spojrzał zresztą na zegarek, bo niedługo będzie się musiał zbierać.
Kiedy wyszli to zobaczyli siedzącego na tarasie feniksa. Albo to, co z feniksa zostało.