Znowu skończył w ogrodach i znowu z pojedynczym towarzystwem. To jakieś przeznaczenie tego ślubu? Jego bytność tutaj? Miał co rusz prowadzić z kimś pogawędki, wracać do wnętrza i potem znów z kimś? Aż się obejrzał do miejsca, gdzie wcześniej stał Rodolphus, ale teraz go tam nie było. Nie to, żeby szczególnie mu to przeszkadzało, ale zaczynał się zastanawiać, czy to będzie jakaś norma.
- Proszę cię... większość celebrytów bierze sobie to do serca. - Poczuł się swobodniej, trochę zeszło z niego powietrza, trochę się rozluźnił. Im więcej wypije tego alkoholu tym miał być bardziej rozluźniony - siłą rzeczy. - Głównie dlatego, że też są ludźmi, a noszą na sobie presję tysięcy oczu w niego wpatrzonych. W końcu napięcia jest za dużo. Robi się głupie rzeczy, z tych głupich rzeczy ludzie piszą aferę, przez aferę presja jest jeszcze większa... ale komu ja to tłumaczę. - Machnął niedbale dłonią na znak, że przecież mówił o oczywistych rzeczach do człowieka, który specjalizował się w rozmontowywaniu ludzi na części pierwsze. - Znam Philipa i to dobry człowiek. Ma jednak swój temperament, zupełnie jak Atreus, więc nieciężko było o scysję. - Przecież nie mógł powiedzieć Perseusowi prawdy na ten temat, ale też wcale nie chciał kłamać, więęęc... brylował gdzieś pomiędzy.
- Ach tak? - Lekko zaskoczony spojrzał na mężczyznę i ten jego skrępowany uśmiech, automatycznie się rozglądając za jakimś służącym, ale przecież tutaj żadnego nie było. - Oto więc misja - odnalezienie twojej laski. - I nawet nie mam na myśli Vespery. Zawrócili powoli w tym spacerze z powrotem do wejścia, mijając dwóch gadających ze sobą jegomości. Grzecznie się sobą już zajmowali. - Nie masz za co przepraszać. Przecież to powinność każdego dżentelmena. - Przynajmniej on to uważał za oczywistość i nie czuł się urażony, a wręcz cieszył się, że jakkolwiek ma szansę pomóc Blackowi, nawet jeśli to tylko zwykłe podanie ręki, żeby wygodniej mu się szło. Bał się tego spotkania, pogawędki sam na sam, bał się swojego napięcia, bał się spojrzeń, jakie mogły między nimi się przesuwać i że tym sposobem doprowadzi do jakiejś tragedii na jego własnym ślubie. Tymczasem było naprawdę przyjemnie. Ten strach i obawy umknęły z jego głowy w lwiej części na tyle, żeby o rozluźnieniu móc mówić.
Laurent przystanął, prawie się zatrzymał, kiedy usłyszał, że mężczyzna zna Edga - i że cenił sobie ich znajomość, ale bał się komuś przeciwstawić. Zacisnął mocniej palce na drinku i krew się w nim zagotowała. W następnej chwili złość opadła i ruszył znów normalnym tempem. Nie potrafił tego skomentować. Nie potrafił powiedzieć "przecież nic się nie stało", ani "mogłeś zachować się lepiej". Czy w ogóle zapraszanie go jako gościa miało sens? Czy by nie było gorzej dla Perseusa i samego Edga? Nie każdy miał charakter, żeby stawać naprzeciwko lwa i szczerzyć na niego kły jadowe - czasem kończyło się to przecież porażkami. Perseus był delikatny. Jak porcelana, która rozleci się nawet pod mocniejszą myślą, co dopiero dotykiem - jak miałby niby walczyć o jedną osobę z całą rodziną i to w dzień ślubu? Laurent czasami się zapominał się, że ludzie wybierali swoje drogi komfortu - i nie była nią koniecznie stawianie na swoim.
- Dość ciężko wyczerpać moją cierpliwość, ręczę za to. Uczyła się u mnie między innymi dziedziczka Yaxleyów, Geraldine. - Może ją znał? Nie widział jej wśród gości, ale było ich naprawdę bardzo, bardzo dużo. - Kiedy się wybierasz w podróż i dokąd?