02.06.2024, 15:36 ✶
Uspokojona, popadła na moment we własne zamyślenie. Jej iskrzący umysł był zmuszany przez zażywane eliksiry do tego by zwolnić, by myśleć wolniej, widzieć i czuć mniej. Nienawidziła tego, ale pan Black przekonywał ją, że tak jest lepiej, że tak powinno być. Szczególnie, że tak na prawdę one nie pomagały jej aż tak, nie pomagały jej tak bardzo. Bo przecież i tak teraz siedząc tutaj o poranku w przydomowym ogrodzie widziała rzeczy, których nie ma. Snujące się dusze, marzenia, umarłych, ale może wcale nie, bo czy może umrzeć coś co nigdy nie istniało? Mówili, że sny, marzenia, że to może umrzeć. Że mogą umrzeć opowieści. Czy była to prawda?
– Czekaj chyba... chyba zostawiłam papcie pod drzewem. – powiedziała na moment i pobiegła przed siebie pośród ledwie widoczną już mgłę, nieuchwytną jak nocne widziadła. Próżno było szukać jej dotyku, próżno było szukać słów cichszych niż poszum strumienia. A jednak gdy podniosła trzewiki i oparła na moment czoło o korę drzewa, dostrzegła go, a serce jej zamarło. Było to dziwne doznanie, bo przecież postać nie była zapodzianą duszą z limba, nie była upiorem ani straszydłem. Mildred spięła się na myśl o miękkim puchu, o zapachu morza, o pieśniach i nostalgii, która kłębiła się w gardle nieistniejącego bytu. Wyciągnął do niej rękę, w bezgłośnym syrenim zaśpiewie. Rzadko widywała swoje marzenia, ale... ciepło rozlewające się po ciele, ciepło i przerażenie, niepokój wynikający z faktu nienormalności tego doświadczenia.
Kim jesteś?
Chciała powiedzieć, ale zamilkła i szybko zabrała rękę speszona.
– Jebana perspektywa, cały czas nie umiem dobrze nadać głębi swoim szkicom wiesz? – krzyknęła do Brenny, żeby udawać normalną. Twarz kochanka rozpłynęła się w dominującym przestrzeń brzasku. – Ani koloru świtu, ale to dlatego, że kurwa pozwalali mi tylko na węgiel. – dodała oddychając dobrze uciekającym pragnieniem. Obawą. Oboma. Będzie musiała spytać kart... Jebane dziewiąte pole w celtyckim krzyżu.
– Ja Cię przepraszam, że nie dotarłam na potańcówkę... – trzewiki zwisały na palcach, gdy wróciła do przyjaciółki. – Z tej całej imby na Blackowym weselu zapomniałam o dawce porannego leku, a jak ją wzięłam później i potem wieczorną to mnie tak zmogło, że zasnęłam u Bertiego na kanapie. – Dowód na to że eliksiry szkodziły. Kolejny. Nienawdziła lecznicy dusz, a miała wrazenie, że teraz zmuszana jest ją wypijać każdego dnia. DWA RAZY!
– Drinki tak, jakaś moda na trucie ludzi. Na weselu można było zamienić się w kapibarę. I mówić jakieś takie rzeczy... dasz wiarę, że Bulstrode mi niemal miłość na parkiecie wyznał? A nigdy się nie lubiliśmy za bardzo. – "nie lubiliśmy" przyjemny eufemizm na pielęgnowaną latami niechęć. – No i w ogóle obrzydliwie się czułam, bo Christopher dał się sprowokować i zaczęli się szarpać i... chyba nie lubię tego typu imprez. Niepotrzebnie dałam się namówić Rosierowi, to... to totalnie nie moja bajka. Wolałabym być z wami w stodole. Na pewno było pięć tysięcy razy lepiej. – Na ślubie wydarzały się też inne, boleśniejsze rzeczy, ale łatwiej było zasłonić się tą opowiastką o parze czyściuszkowych kogutów. Nie żeby Brenna nie była czystokrwista, ale o tym Mildred skutecznie zapominała. Za długo się znały i Moody wiedziała, że jej przyjaciółka zbyt wiele razy się ubrudziła, by ją wyzywać od czyściucha.
– Czekaj chyba... chyba zostawiłam papcie pod drzewem. – powiedziała na moment i pobiegła przed siebie pośród ledwie widoczną już mgłę, nieuchwytną jak nocne widziadła. Próżno było szukać jej dotyku, próżno było szukać słów cichszych niż poszum strumienia. A jednak gdy podniosła trzewiki i oparła na moment czoło o korę drzewa, dostrzegła go, a serce jej zamarło. Było to dziwne doznanie, bo przecież postać nie była zapodzianą duszą z limba, nie była upiorem ani straszydłem. Mildred spięła się na myśl o miękkim puchu, o zapachu morza, o pieśniach i nostalgii, która kłębiła się w gardle nieistniejącego bytu. Wyciągnął do niej rękę, w bezgłośnym syrenim zaśpiewie. Rzadko widywała swoje marzenia, ale... ciepło rozlewające się po ciele, ciepło i przerażenie, niepokój wynikający z faktu nienormalności tego doświadczenia.
Kim jesteś?
Chciała powiedzieć, ale zamilkła i szybko zabrała rękę speszona.
– Jebana perspektywa, cały czas nie umiem dobrze nadać głębi swoim szkicom wiesz? – krzyknęła do Brenny, żeby udawać normalną. Twarz kochanka rozpłynęła się w dominującym przestrzeń brzasku. – Ani koloru świtu, ale to dlatego, że kurwa pozwalali mi tylko na węgiel. – dodała oddychając dobrze uciekającym pragnieniem. Obawą. Oboma. Będzie musiała spytać kart... Jebane dziewiąte pole w celtyckim krzyżu.
– Ja Cię przepraszam, że nie dotarłam na potańcówkę... – trzewiki zwisały na palcach, gdy wróciła do przyjaciółki. – Z tej całej imby na Blackowym weselu zapomniałam o dawce porannego leku, a jak ją wzięłam później i potem wieczorną to mnie tak zmogło, że zasnęłam u Bertiego na kanapie. – Dowód na to że eliksiry szkodziły. Kolejny. Nienawdziła lecznicy dusz, a miała wrazenie, że teraz zmuszana jest ją wypijać każdego dnia. DWA RAZY!
– Drinki tak, jakaś moda na trucie ludzi. Na weselu można było zamienić się w kapibarę. I mówić jakieś takie rzeczy... dasz wiarę, że Bulstrode mi niemal miłość na parkiecie wyznał? A nigdy się nie lubiliśmy za bardzo. – "nie lubiliśmy" przyjemny eufemizm na pielęgnowaną latami niechęć. – No i w ogóle obrzydliwie się czułam, bo Christopher dał się sprowokować i zaczęli się szarpać i... chyba nie lubię tego typu imprez. Niepotrzebnie dałam się namówić Rosierowi, to... to totalnie nie moja bajka. Wolałabym być z wami w stodole. Na pewno było pięć tysięcy razy lepiej. – Na ślubie wydarzały się też inne, boleśniejsze rzeczy, ale łatwiej było zasłonić się tą opowiastką o parze czyściuszkowych kogutów. Nie żeby Brenna nie była czystokrwista, ale o tym Mildred skutecznie zapominała. Za długo się znały i Moody wiedziała, że jej przyjaciółka zbyt wiele razy się ubrudziła, by ją wyzywać od czyściucha.