02.06.2024, 18:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.06.2024, 18:33 przez Lorraine Malfoy.)
Przy stole z deserami. Na początku stoimy razem z Ambrosią, a w miejsce Eden, która odeszła od nas kilka chwil temu, wchodzi Jagoda. Przyglądam się bójce o Millie (ale udaję, że się WCALE A WCALE nie przyglądam) i ludziom na parkiecie. Podchodzi do nas Desmond. Uśmiecham się do Anthony’ego w oddali.
– Stryj Fortinbras zawsze miał wyjątkowe poczucie humoru – westchnęła cicho Lorraine. – Nie słyszałaś tego, ale nieomal zwrócił się do Perseusa per “synu”, kiedy składał młodej parze życzenia. – Musiałam dyskretnie zatuszować jego omyłkę. Malfoy, stojąca wówczas z reprezentacyjnym uśmiechem u boku stryja, powolnym, hipnotyzującym gestem odrzuciła do tyłu swoje długie, złotoblond włosy, z powodzeniem odciągając uwagę gości od fatalnego przejęzyczenia: jakkolwiek z Eunice nie łączyły ją przesadnie ciepłe stosunki – zawsze o wiele lepiej dogadywała się ze starszym kuzynostwem – Lorraine nie zamierzała pozwolić, by rodzony ojciec wystawiał kuzynkę na pośmiewisko. Prowokowanie dalszych komentarzy na temat nieudanego małżeństwa najmłodszej córki Fortinbrasa Malfoya z Perseusem Blackiem nie było nikomu potrzebne: ród Malfoy odniósł już wystarczającą porażkę wizerunkową, udzielając im – wbrew wierze, tradycji i zdrowemu rozsądkowi – przyzwolenia na rozwód. Rookwoodowie nie będą równie wspaniałomyślni, pomyślała zimno Lorraine, wodząc wzrokiem za towarzystwem skupionym wokół Blacka.
Zamierzała podroczyć się trochę z Eden, i wypytać ją, co też na temat ślubu Perseusa sądzi nieobecny na spotkaniu ich małej loży szyderców Elliott, ale niespodziewanie zagadnęła je podstarzała kuzynka matki pana młodego, której twarz – oraz przypominający trajkotanie świergotnika głos – były Lorraine dobrze znane z sabatów oraz okolicznościowych nabożeństw organizowanych przez kowen Macmillanów. Choć początkowo przysłuchiwała się rewelacjom starej plotkary z nieprzeniknioną miną – pozwoliła sobie tylko wyniośle unieść brodę, kiedy ta zaczęła rozprawiać o Malfoyach – oczy wili rozbłysły na wieść o przedmałżeńskich ekscesach państwa młodych: natychmiast złapała spojrzenie Eden i zerknęła wymownie na Ambrosię, tłumiąc złośliwy uśmiech cisnący się na usta. Bezgłośnie przebiegła swymi długimi, eleganckimi palcami po połyskliwej powierzchni trzymanego kieliszka – jak gdyby chciała wystukać takt – z ostentacyjną odliczając kolejne święta w kole roku: Beltane, Litha, Lammas, Samhain… To miało sens. Wiadomość, że Vespera jest przy nadziei, podadzą zapewne bliżej końcówki lata.
Westchnęła w tym samym momencie, co Eden, kiedy padło pytanie Ambrosii – dla kogoś z boku, identyczna reakcja dwóch stojących ramię w ramię kobiet z rodu Malfoy musiała wyglądać zabawnie; brakowało jeszcze tylko Eunice, żeby towarzysząca kuzynkom wróżbitka mogła rzucić swoim ulubionym: “wszystko przychodzi trójkami” – Lorraine wiedziała, że przyjaciółka nie dba o przepychanki magicznej socjety (...but moooom!!), ale mogłaby przynajmniej udawać, że nadąża. Słodką ignorancję potrafiła wybaczyć tylko Maeve, a tej nie było dzisiaj u jej boku. Co prawda, metamorfogini dotrzymała Lorraine towarzystwa, kiedy ta szykowała się na wesele, mierząc po kolei wszystkie swoje sukienki – zadziwiająco łatwo uległa jej kapryśnym żądaniom, by wyszczególnić wszystkie plusy i minusy sugerowanych kreacji, obsypując przy tym próżną wilę komplementami – sama ostatecznie padając ofiarą czułych zabiegów upiększających, bo Lorraine stwierdziła, że nawet jeżeli Maeve nigdzie z nią nie idzie, to mogą to potraktować jako pretekst do odprężenia się na pożyczonych z palarni opium leżaczkach z twarzami pomazanymi maseczką z ogórków. Malfoy wciąż jednak czuła się dziwnie nieswojo. Nie potrafiłabym udawać obojętnej – wykrztusiła Lorraine, chcąc jakoś usprawiedliwić przed ukochaną, dlaczego nie proponuje, by poszły na to cholerne wesele razem – nie gniewaj się. Skinęła tylko głową odchodzącej Eden, nagle nie mogąc dobyć z siebie głosu.
– Po ślubie, Vespera i Perseus zapewne i tak złączą majątki – stwierdziła beznamiętnie Lorraine, odpowiadając wreszcie na pytanie Ambrosii. Jej spojrzenie dalej było dziwnie nieobecne. Normalnie rzuciłaby w stronę kobiety jakimś protekcjonalnym żartem, może powyzłośliwiałaby się chwilę, że "taka stara, a taka naiwna”, ale nie chciała prowokować gniewu Rosie, o której wiedziała, że cały wieczór umykała spojrzeniem przed Louvainem Lestrangem, z poświęceniem trwając u boku Lorraine, zresztą: sama nie miała na takie przytyki humoru.
– Nieważne, kto zapłaci. Chester Rookwood weźmie to na siebie. Vespera, jego ukochana córeczka – teraz pani Black – będzie miała inne zadanie niż organizacja mężowskiej stypy: skupić się na tym, by wystarczająco przekonująco szlochać za wdowim welonem – wymruczała cichutko. – Choć w tym powinna mieć już wprawę. Do trzech razy sztuka, Rosie.
Ocknęła się nagle ze swojego transu, obdarzając towarzyszkę przepraszającym uśmiechem.
– Wybacz, te migreny są chyba zaraźliwe.
Weź się w garść, Malfoy. Lorraine odetchnęła głęboko.
Chciała jeszcze coś dodać, ale obok niej zmaterializowała się nagle eteryczna, rudowłosa nimfa, w osobie Jagody Brodzki – zdziwaczałej klątwołamaczki, trudniącej się na co dzień jubilerstwem – z którą Lorraine nawiązała dosyć luźną znajomość, gdy ta pomagała Macmillanom przy jednym z sabatów. Uśmiechnęła się lekko, może tylko ździebko litościwie, do ekscentrycznej damulki. To w końcu nie była jej wina, że pochodziła z zacofanego państewka, gdzie czarodzieje czystej krwi mogli co najwyżej psidwaki szczać prowadzać, a nie w wielkim towarzystwie bywać.
Przedstawiła sobie obie kobiety.
– Niech będzie pochwalony, Jagodo, jakże mi przyjemnie. Niechybnie to łaska samego Czarnoboga ponownie skrzyżowała nasze ścieżki.
Uniosła tylko brwi, słysząc komentarz o urodzie żyrandola. Mina Jagody sugerowała, że miałaby ochotę się na nim powiesić. Lorraine musiała przyznać w duchu, że to byłoby całkiem zabawne: popełniając samobójstwo na oczach gości, może i straumatyzowałaby wszystkich tu zgromadzonych, na zawsze zmieniając trajektorię ich żyć, ale przynajmniej uczyniłaby to wesele niezapomnianym. A jak skorzystałby na tym Perseus: gabinet magipsychiatry pękałby w szwach! Ba, weselnicy przemieściliby się prosto z sali bankietowej pod drzwi jego lecznicy. Może nawet zwróciłyby mu się koszty wesela.
A gdyby jej się to nie udało, skręciłoby ją jeszcze bardziej z zażenowania. Odwróciła na chwilę wzrok od towarzyszących jej kobiet.
Marzenia są na wyciągnięcie ręki, przeczytała, uśmiechając się gorzko. Zgniotła kartkę z wróżbą, zaciskając dłoń w pięść, aż jej pobielały knykcie.
Co za pierdolone bzdury.
Marzenia Lorraine były równie odległe, co jej spojrzenie, i choć nie raz zdarła sobie paznokcie aż do krwi, wbijając pożądliwe palce w marzenia o przyszłości, której nie mogła mieć – niczym pełnokrwista wila, zatapiająca swe szpony w słodkim, wijącym się pod nią miłośnie ciele, obezwładniająca ofiarę przekleństwem jej własnego pożądania – dalej miała tę cholerną ambicję, która nie pozwalała jej odpuścić, nigdy. Nawet wtedy, kiedy wiedziała, że jej się nie uda. A może zwłaszcza wtedy. Utkwiła wzrok w parach tańczacych na parkiecie. Moje dłonie są bezużyteczne, zabrzmiało w jej głowie echo czerwcowej rozmowy z Atreusem.
Tym samym Atreusem, który nagle przyłożył z pięści prosto w głupią, pyszałkowatą twarz Christophera Rosiera.
Twarz Lorraine była doskonale obojętna. Odwróciła głowę. Nie patrz w tamtą stronę, pomyślała desperacko. Nie patrz. Udawaj, że jest powietrzem, powtarzała. Spojrzała. W końcu musiała się upewnić, że Atreus wygra.
Omiotła wzrokiem twarz mężczyzny, kiedy ochroniarz dyskretnie odeskortowywał obu panów z sali. Dobrze, szkoda byłoby jego twarzy, pomyślała chłodno. Siostra Atreusa powinna mu postawić oficjalne rozpoznanie zespołu stresu pourazowego po Beltane, wtedy odpowiedzialność za wszystkie jego wyskoki – dajmy choćby na to, incydent z Lammas – możnaby zrzucić na karb choroby psychicznej.
Dziwne, że nie rozpiął spodni, i znowu nie uderzył kogoś swoim…
Powiodła wzrokiem po parkiecie, na dłużej zatrzymując zaniepokojone spojrzenie właśnie na Florence: po samej tylko mowie ciała kobiety, nagle dziwnie zesztywniałej w ramionach przystojnego Longbottoma, wywnioskowała, że ta również jest delikatnie wzburzona całą sytuacją. Zapałała wobec niej rzadkim współczuciem. Dobrze wiedziała, jak to jest: dobrze znała gorycz rozlewającego się w piersi rozczarowania i palącą policzki gorąc zażenowania, które szybko przemieniało się we wstyd. Lorraine sama miała ojca, którego nieprzystojne nawyki musiała bezustannie kryć, by nie wystawić na szwank reputacji rodziny. Lubiła rozbuchany temperament Bulstrode’a, lubiła jego agresję, i to, że gdyby mógł, rozpierdoliłby bez wahania każdego, kto stanąłby na drodze jego pragnień. Ale teraz, Lorraine poczuła… Niezrozumiałą irytację. To nie był bar na Nokturnie, tylko bal arystokratów. W tym świecie liczyły się pozory, nie pięści. Powiodła spojrzeniem dalej, przyglądając się reszcie tańczących par: widziała, jak Erik Longbottom odprowadza na bok wysoką blondynkę z Yaxleyów, wyraźnie zniesmaczony bójką, patrzyła, jak Sauriel obraca w tańcu Bellatrix... Nie patrzyła na tajemniczą kobietę w brzoskwiniowej sukni, o której względy poszło, jeszcze tego brakowało, żeby ktoś posądził ją o zazdrość. Lorraine daleko było do zazdrości. Życzyła Atreusowi dobrze, życzyła mu, by znalazł sobie kobietę, która okiełzna jego gniew, bez względu na to, co do niego czuła. Wiele razy zastanawiała się, czy nie zakończyć definitywnie znajomości z Bulstrodem, ale nigdy nie chodziło tu o jego rozwiązałość, nigdy nie chodziło o inne, chodziło o coś więcej. Na łono Matki, przecież on i Maeve ze sobą kiedyś sypiali, i nie robiła im o to wyrzutów.
Ale wtedy nadszedł on – choć nie w bieli, tylko w nieśmiertelnych beżach – młody Bachus, którego zwykle blade policzki barwił niezdrowy rumieniec alkoholowego upojenia, a przepełnione sztywnością ruchy cechowała przedziwna gracja... Która tylko utwierdziła Lorraine w przekonaniu, że Desmond Malfoy był kompletnie pijany.
Posłała mu promienny uśmiech.
Tak jak rozsądnych ludzi alkohol potrafił przemienić w zamroczonych głupców, tak Desmonda Malfoya przemieniał po prostu w człowieka.
Desmond wdał się pod tym względem w jej ojca, Armanda: ten nawet pod wpływem – a może zwłaszcza – zachowywał zblazowany urok. Zastanawiała się, czy to swego drogiego tatusia powinna winić za upodobanie kuzyna do pijaństwa. Armand, człowiek jakkolwiek próżny i do cna zepsuty, miał przecież swoją dumę: klasycznie wyedukowany, doskonale obyty w towarzystwie, fascynował swoich rozmówców rozległą wiedzą na temat sztuki oraz magnetyczną osobowością, bezwstydnie żerując na naiwniakach ulegających jego czarowi. Ojciec Lorraine był doskonałym aktorem, zaprawionym w grze pozorów dalece bardziej niż jego jedyna córka. Na pierwszy rzut oka, nikt nie pomyślałby, że za niewinnym, może tylko nieco zawadiackim uśmiechem na jego wciąż przystojnej twarzy, może kryć się sam Diabeł. Nie podobała jej się myśl, że Desmond mógłby czerpać z niego przykład.
Zaczęła pomstować w myślach na stryja, który w pewnym momencie zwyczajnie poddał się, zarzucając wychowanie jedynego syna. Desmond, w jej mniemaniu, miał przez to skłonność do ulegania niewłaściwym wpływom. Jeżeli ktoś miał zadbać o tego dzieciaka – który z natury nie był przecież zły, widziała go przecież w kołysce, kiedy się urodził, i nie wyglądał wtedy jak czarci pomiot, tylko jak dziecko – bardzo zagubionego dzieciaka, pomyślała z dziwnym niepokojem w sercu, to była to chyba tylko sama Lorraine. Choć buntowała się czasem straszliwie przeciwko tej odpowiedzialności. W końcu nie była jego cholerną matką.
Będzie musiała zabrać go na zakupy, żeby kupił nowy garnitur.
------ [OD TEGO MIEJSCA JEST TERAŹNIEJSZA AKCJA, NIE DZIĘKUJCIE] ------
– Takie wesele to wspaniała okazja, żeby się poznać – rzuciła z leniwym zblazowaniem stałej bywalczyni salonów, wyciągając ramię w stronę Desmonda, jakby chciała gestem zaprosić go, by stanął obok: jej uśmiech (jeszcze) nie powiewał chłodem, ale nie był tak ciepły, jak wcześniej, kiedy rozmawiała z Ambrosią sam na sam. Zwróciła twarz w stronę przyjaciółki, wciągając wszystkich w niezobowiązującą rozmowę. – Nasz drogi przyjaciel, Stanley, ostatnio napomknął mi, że poznaliście się na jakimś weselu, wyobrażasz sobie? Pozwolę więc sobie dokonać prezentacji. Ambrosia McKinnon, słynna wróżbitka. Jagoda Brodzki, artystka zza morza. - Cieszyła się, że kazała Jagodzie tak długo uczyć ją wymowy obcobrzmiącego nazwiska, aż to naturalnie wybrzmiało w jej ustach. – A ten wspaniały młody człowiek – mały, obślizgły psychopata, pomyślała znużona, choć nie bez pewnej czułości – to mój drogi kuzyn, Desmond Malfoy.
Lorraine uważała, że Desmond potrzebuje po prostu dystrakcji – dystrakcji innej niż mordowanie kotów, i prześladowanie siostrzenicy jej ukochanej, o czym już zdążyła go dosadnie uświadomić – a co był lepszą dystrakcją niż romans? Może wtedy nabierze trochę ogłady, pomyślała z nadzieją. ...A może i nie, stwierdziła, przenosząc wzrok na Jagodę.
Czy Jagoda była w ogóle w jego typie?
Wyglądała i zachowywała się jak skończona ofiara, więc pewnie tak.
Lorraine popatrzyła znacząco na Desmonda. Jej porozumiewawczo spojrzenie było dziwnie drapieżne. Gówniarz nie wiedziałby, czym jest jest sarkazm, nawet gdyby ten walnął go w twarz woskową świeczką w kształcie penisa, ale znał dobrze naturę kuzynki, i to, kiedy w jej spojrzeniu czaiła się sugestia.
– Jagoda pochodzi z Jugosławii. Czyż to nie cudownie barbarzyńskie? – zapytała niefrasobliwie, celowo decydując się na dobór takich, a nie innych słów. – Powiedz nam, kochana, macie tam jakieś egzotyczne zwyczaje ślubne? Składacie kogoś w ofierze waszym bogom? – Pozwalacie gościom bić się na gołe pięści? – Widziałam kiedyś piękny pejzaż pędzla jugosławiańskiego artysty przedstawiający rodzinne strony Jagody. Desmondzie, z pewnością bybyś zainspirowany jego twórczością. – Przeniosła spojrzenie na pannę Brodzki, jakby spieszyła z wyjaśnieniem. – Mój kuzyn także przepięknie maluje.
Lorraine uśmiechnęła się uprzejmie, wodząc kolejno wzrokiem po twarzach zebranych.
Czuła zbliżającą się migrenę. To wylew, szepnęła jej nad uchem Eden.
Nie piła, ale nagle uświadomiła sobie, że nie wytrzyma z tą autystyczną ariergardą na trzeźwo. Zaczęła dyskretnie rozglądać się za kelnerem roznoszącym drinki, ale zamiast tego, jej wzrok napotkał postać, która przewijała się gdzieś na peryferiach jej spojrzenia cały ten wieczór.
Na widok Anthony'ego Shafiqa twarz Malfoy rozświetlił momentalnie ciepły uśmiech. Powinien objawić się przy dźwiękach jakiegoś zręcznego francuskiego menueta, a nie przy tym tragicznym rzępoleniu, pomyślała wesoło, widząc, że przyjaciel kieruje swe kroki w jej stronę.
– Stryj Fortinbras zawsze miał wyjątkowe poczucie humoru – westchnęła cicho Lorraine. – Nie słyszałaś tego, ale nieomal zwrócił się do Perseusa per “synu”, kiedy składał młodej parze życzenia. – Musiałam dyskretnie zatuszować jego omyłkę. Malfoy, stojąca wówczas z reprezentacyjnym uśmiechem u boku stryja, powolnym, hipnotyzującym gestem odrzuciła do tyłu swoje długie, złotoblond włosy, z powodzeniem odciągając uwagę gości od fatalnego przejęzyczenia: jakkolwiek z Eunice nie łączyły ją przesadnie ciepłe stosunki – zawsze o wiele lepiej dogadywała się ze starszym kuzynostwem – Lorraine nie zamierzała pozwolić, by rodzony ojciec wystawiał kuzynkę na pośmiewisko. Prowokowanie dalszych komentarzy na temat nieudanego małżeństwa najmłodszej córki Fortinbrasa Malfoya z Perseusem Blackiem nie było nikomu potrzebne: ród Malfoy odniósł już wystarczającą porażkę wizerunkową, udzielając im – wbrew wierze, tradycji i zdrowemu rozsądkowi – przyzwolenia na rozwód. Rookwoodowie nie będą równie wspaniałomyślni, pomyślała zimno Lorraine, wodząc wzrokiem za towarzystwem skupionym wokół Blacka.
Zamierzała podroczyć się trochę z Eden, i wypytać ją, co też na temat ślubu Perseusa sądzi nieobecny na spotkaniu ich małej loży szyderców Elliott, ale niespodziewanie zagadnęła je podstarzała kuzynka matki pana młodego, której twarz – oraz przypominający trajkotanie świergotnika głos – były Lorraine dobrze znane z sabatów oraz okolicznościowych nabożeństw organizowanych przez kowen Macmillanów. Choć początkowo przysłuchiwała się rewelacjom starej plotkary z nieprzeniknioną miną – pozwoliła sobie tylko wyniośle unieść brodę, kiedy ta zaczęła rozprawiać o Malfoyach – oczy wili rozbłysły na wieść o przedmałżeńskich ekscesach państwa młodych: natychmiast złapała spojrzenie Eden i zerknęła wymownie na Ambrosię, tłumiąc złośliwy uśmiech cisnący się na usta. Bezgłośnie przebiegła swymi długimi, eleganckimi palcami po połyskliwej powierzchni trzymanego kieliszka – jak gdyby chciała wystukać takt – z ostentacyjną odliczając kolejne święta w kole roku: Beltane, Litha, Lammas, Samhain… To miało sens. Wiadomość, że Vespera jest przy nadziei, podadzą zapewne bliżej końcówki lata.
Westchnęła w tym samym momencie, co Eden, kiedy padło pytanie Ambrosii – dla kogoś z boku, identyczna reakcja dwóch stojących ramię w ramię kobiet z rodu Malfoy musiała wyglądać zabawnie; brakowało jeszcze tylko Eunice, żeby towarzysząca kuzynkom wróżbitka mogła rzucić swoim ulubionym: “wszystko przychodzi trójkami” – Lorraine wiedziała, że przyjaciółka nie dba o przepychanki magicznej socjety (...but moooom!!), ale mogłaby przynajmniej udawać, że nadąża. Słodką ignorancję potrafiła wybaczyć tylko Maeve, a tej nie było dzisiaj u jej boku. Co prawda, metamorfogini dotrzymała Lorraine towarzystwa, kiedy ta szykowała się na wesele, mierząc po kolei wszystkie swoje sukienki – zadziwiająco łatwo uległa jej kapryśnym żądaniom, by wyszczególnić wszystkie plusy i minusy sugerowanych kreacji, obsypując przy tym próżną wilę komplementami – sama ostatecznie padając ofiarą czułych zabiegów upiększających, bo Lorraine stwierdziła, że nawet jeżeli Maeve nigdzie z nią nie idzie, to mogą to potraktować jako pretekst do odprężenia się na pożyczonych z palarni opium leżaczkach z twarzami pomazanymi maseczką z ogórków. Malfoy wciąż jednak czuła się dziwnie nieswojo. Nie potrafiłabym udawać obojętnej – wykrztusiła Lorraine, chcąc jakoś usprawiedliwić przed ukochaną, dlaczego nie proponuje, by poszły na to cholerne wesele razem – nie gniewaj się. Skinęła tylko głową odchodzącej Eden, nagle nie mogąc dobyć z siebie głosu.
– Po ślubie, Vespera i Perseus zapewne i tak złączą majątki – stwierdziła beznamiętnie Lorraine, odpowiadając wreszcie na pytanie Ambrosii. Jej spojrzenie dalej było dziwnie nieobecne. Normalnie rzuciłaby w stronę kobiety jakimś protekcjonalnym żartem, może powyzłośliwiałaby się chwilę, że "taka stara, a taka naiwna”, ale nie chciała prowokować gniewu Rosie, o której wiedziała, że cały wieczór umykała spojrzeniem przed Louvainem Lestrangem, z poświęceniem trwając u boku Lorraine, zresztą: sama nie miała na takie przytyki humoru.
– Nieważne, kto zapłaci. Chester Rookwood weźmie to na siebie. Vespera, jego ukochana córeczka – teraz pani Black – będzie miała inne zadanie niż organizacja mężowskiej stypy: skupić się na tym, by wystarczająco przekonująco szlochać za wdowim welonem – wymruczała cichutko. – Choć w tym powinna mieć już wprawę. Do trzech razy sztuka, Rosie.
Ocknęła się nagle ze swojego transu, obdarzając towarzyszkę przepraszającym uśmiechem.
– Wybacz, te migreny są chyba zaraźliwe.
Weź się w garść, Malfoy. Lorraine odetchnęła głęboko.
Chciała jeszcze coś dodać, ale obok niej zmaterializowała się nagle eteryczna, rudowłosa nimfa, w osobie Jagody Brodzki – zdziwaczałej klątwołamaczki, trudniącej się na co dzień jubilerstwem – z którą Lorraine nawiązała dosyć luźną znajomość, gdy ta pomagała Macmillanom przy jednym z sabatów. Uśmiechnęła się lekko, może tylko ździebko litościwie, do ekscentrycznej damulki. To w końcu nie była jej wina, że pochodziła z zacofanego państewka, gdzie czarodzieje czystej krwi mogli co najwyżej psidwaki szczać prowadzać, a nie w wielkim towarzystwie bywać.
Przedstawiła sobie obie kobiety.
– Niech będzie pochwalony, Jagodo, jakże mi przyjemnie. Niechybnie to łaska samego Czarnoboga ponownie skrzyżowała nasze ścieżki.
Uniosła tylko brwi, słysząc komentarz o urodzie żyrandola. Mina Jagody sugerowała, że miałaby ochotę się na nim powiesić. Lorraine musiała przyznać w duchu, że to byłoby całkiem zabawne: popełniając samobójstwo na oczach gości, może i straumatyzowałaby wszystkich tu zgromadzonych, na zawsze zmieniając trajektorię ich żyć, ale przynajmniej uczyniłaby to wesele niezapomnianym. A jak skorzystałby na tym Perseus: gabinet magipsychiatry pękałby w szwach! Ba, weselnicy przemieściliby się prosto z sali bankietowej pod drzwi jego lecznicy. Może nawet zwróciłyby mu się koszty wesela.
A gdyby jej się to nie udało, skręciłoby ją jeszcze bardziej z zażenowania. Odwróciła na chwilę wzrok od towarzyszących jej kobiet.
Marzenia są na wyciągnięcie ręki, przeczytała, uśmiechając się gorzko. Zgniotła kartkę z wróżbą, zaciskając dłoń w pięść, aż jej pobielały knykcie.
Co za pierdolone bzdury.
Marzenia Lorraine były równie odległe, co jej spojrzenie, i choć nie raz zdarła sobie paznokcie aż do krwi, wbijając pożądliwe palce w marzenia o przyszłości, której nie mogła mieć – niczym pełnokrwista wila, zatapiająca swe szpony w słodkim, wijącym się pod nią miłośnie ciele, obezwładniająca ofiarę przekleństwem jej własnego pożądania – dalej miała tę cholerną ambicję, która nie pozwalała jej odpuścić, nigdy. Nawet wtedy, kiedy wiedziała, że jej się nie uda. A może zwłaszcza wtedy. Utkwiła wzrok w parach tańczacych na parkiecie. Moje dłonie są bezużyteczne, zabrzmiało w jej głowie echo czerwcowej rozmowy z Atreusem.
Tym samym Atreusem, który nagle przyłożył z pięści prosto w głupią, pyszałkowatą twarz Christophera Rosiera.
Twarz Lorraine była doskonale obojętna. Odwróciła głowę. Nie patrz w tamtą stronę, pomyślała desperacko. Nie patrz. Udawaj, że jest powietrzem, powtarzała. Spojrzała. W końcu musiała się upewnić, że Atreus wygra.
Omiotła wzrokiem twarz mężczyzny, kiedy ochroniarz dyskretnie odeskortowywał obu panów z sali. Dobrze, szkoda byłoby jego twarzy, pomyślała chłodno. Siostra Atreusa powinna mu postawić oficjalne rozpoznanie zespołu stresu pourazowego po Beltane, wtedy odpowiedzialność za wszystkie jego wyskoki – dajmy choćby na to, incydent z Lammas – możnaby zrzucić na karb choroby psychicznej.
Dziwne, że nie rozpiął spodni, i znowu nie uderzył kogoś swoim…
Powiodła wzrokiem po parkiecie, na dłużej zatrzymując zaniepokojone spojrzenie właśnie na Florence: po samej tylko mowie ciała kobiety, nagle dziwnie zesztywniałej w ramionach przystojnego Longbottoma, wywnioskowała, że ta również jest delikatnie wzburzona całą sytuacją. Zapałała wobec niej rzadkim współczuciem. Dobrze wiedziała, jak to jest: dobrze znała gorycz rozlewającego się w piersi rozczarowania i palącą policzki gorąc zażenowania, które szybko przemieniało się we wstyd. Lorraine sama miała ojca, którego nieprzystojne nawyki musiała bezustannie kryć, by nie wystawić na szwank reputacji rodziny. Lubiła rozbuchany temperament Bulstrode’a, lubiła jego agresję, i to, że gdyby mógł, rozpierdoliłby bez wahania każdego, kto stanąłby na drodze jego pragnień. Ale teraz, Lorraine poczuła… Niezrozumiałą irytację. To nie był bar na Nokturnie, tylko bal arystokratów. W tym świecie liczyły się pozory, nie pięści. Powiodła spojrzeniem dalej, przyglądając się reszcie tańczących par: widziała, jak Erik Longbottom odprowadza na bok wysoką blondynkę z Yaxleyów, wyraźnie zniesmaczony bójką, patrzyła, jak Sauriel obraca w tańcu Bellatrix... Nie patrzyła na tajemniczą kobietę w brzoskwiniowej sukni, o której względy poszło, jeszcze tego brakowało, żeby ktoś posądził ją o zazdrość. Lorraine daleko było do zazdrości. Życzyła Atreusowi dobrze, życzyła mu, by znalazł sobie kobietę, która okiełzna jego gniew, bez względu na to, co do niego czuła. Wiele razy zastanawiała się, czy nie zakończyć definitywnie znajomości z Bulstrodem, ale nigdy nie chodziło tu o jego rozwiązałość, nigdy nie chodziło o inne, chodziło o coś więcej. Na łono Matki, przecież on i Maeve ze sobą kiedyś sypiali, i nie robiła im o to wyrzutów.
Ale wtedy nadszedł on – choć nie w bieli, tylko w nieśmiertelnych beżach – młody Bachus, którego zwykle blade policzki barwił niezdrowy rumieniec alkoholowego upojenia, a przepełnione sztywnością ruchy cechowała przedziwna gracja... Która tylko utwierdziła Lorraine w przekonaniu, że Desmond Malfoy był kompletnie pijany.
Posłała mu promienny uśmiech.
Tak jak rozsądnych ludzi alkohol potrafił przemienić w zamroczonych głupców, tak Desmonda Malfoya przemieniał po prostu w człowieka.
Desmond wdał się pod tym względem w jej ojca, Armanda: ten nawet pod wpływem – a może zwłaszcza – zachowywał zblazowany urok. Zastanawiała się, czy to swego drogiego tatusia powinna winić za upodobanie kuzyna do pijaństwa. Armand, człowiek jakkolwiek próżny i do cna zepsuty, miał przecież swoją dumę: klasycznie wyedukowany, doskonale obyty w towarzystwie, fascynował swoich rozmówców rozległą wiedzą na temat sztuki oraz magnetyczną osobowością, bezwstydnie żerując na naiwniakach ulegających jego czarowi. Ojciec Lorraine był doskonałym aktorem, zaprawionym w grze pozorów dalece bardziej niż jego jedyna córka. Na pierwszy rzut oka, nikt nie pomyślałby, że za niewinnym, może tylko nieco zawadiackim uśmiechem na jego wciąż przystojnej twarzy, może kryć się sam Diabeł. Nie podobała jej się myśl, że Desmond mógłby czerpać z niego przykład.
Zaczęła pomstować w myślach na stryja, który w pewnym momencie zwyczajnie poddał się, zarzucając wychowanie jedynego syna. Desmond, w jej mniemaniu, miał przez to skłonność do ulegania niewłaściwym wpływom. Jeżeli ktoś miał zadbać o tego dzieciaka – który z natury nie był przecież zły, widziała go przecież w kołysce, kiedy się urodził, i nie wyglądał wtedy jak czarci pomiot, tylko jak dziecko – bardzo zagubionego dzieciaka, pomyślała z dziwnym niepokojem w sercu, to była to chyba tylko sama Lorraine. Choć buntowała się czasem straszliwie przeciwko tej odpowiedzialności. W końcu nie była jego cholerną matką.
Będzie musiała zabrać go na zakupy, żeby kupił nowy garnitur.
------ [OD TEGO MIEJSCA JEST TERAŹNIEJSZA AKCJA, NIE DZIĘKUJCIE] ------
– Takie wesele to wspaniała okazja, żeby się poznać – rzuciła z leniwym zblazowaniem stałej bywalczyni salonów, wyciągając ramię w stronę Desmonda, jakby chciała gestem zaprosić go, by stanął obok: jej uśmiech (jeszcze) nie powiewał chłodem, ale nie był tak ciepły, jak wcześniej, kiedy rozmawiała z Ambrosią sam na sam. Zwróciła twarz w stronę przyjaciółki, wciągając wszystkich w niezobowiązującą rozmowę. – Nasz drogi przyjaciel, Stanley, ostatnio napomknął mi, że poznaliście się na jakimś weselu, wyobrażasz sobie? Pozwolę więc sobie dokonać prezentacji. Ambrosia McKinnon, słynna wróżbitka. Jagoda Brodzki, artystka zza morza. - Cieszyła się, że kazała Jagodzie tak długo uczyć ją wymowy obcobrzmiącego nazwiska, aż to naturalnie wybrzmiało w jej ustach. – A ten wspaniały młody człowiek – mały, obślizgły psychopata, pomyślała znużona, choć nie bez pewnej czułości – to mój drogi kuzyn, Desmond Malfoy.
Lorraine uważała, że Desmond potrzebuje po prostu dystrakcji – dystrakcji innej niż mordowanie kotów, i prześladowanie siostrzenicy jej ukochanej, o czym już zdążyła go dosadnie uświadomić – a co był lepszą dystrakcją niż romans? Może wtedy nabierze trochę ogłady, pomyślała z nadzieją. ...A może i nie, stwierdziła, przenosząc wzrok na Jagodę.
Czy Jagoda była w ogóle w jego typie?
Wyglądała i zachowywała się jak skończona ofiara, więc pewnie tak.
Lorraine popatrzyła znacząco na Desmonda. Jej porozumiewawczo spojrzenie było dziwnie drapieżne. Gówniarz nie wiedziałby, czym jest jest sarkazm, nawet gdyby ten walnął go w twarz woskową świeczką w kształcie penisa, ale znał dobrze naturę kuzynki, i to, kiedy w jej spojrzeniu czaiła się sugestia.
– Jagoda pochodzi z Jugosławii. Czyż to nie cudownie barbarzyńskie? – zapytała niefrasobliwie, celowo decydując się na dobór takich, a nie innych słów. – Powiedz nam, kochana, macie tam jakieś egzotyczne zwyczaje ślubne? Składacie kogoś w ofierze waszym bogom? – Pozwalacie gościom bić się na gołe pięści? – Widziałam kiedyś piękny pejzaż pędzla jugosławiańskiego artysty przedstawiający rodzinne strony Jagody. Desmondzie, z pewnością bybyś zainspirowany jego twórczością. – Przeniosła spojrzenie na pannę Brodzki, jakby spieszyła z wyjaśnieniem. – Mój kuzyn także przepięknie maluje.
Lorraine uśmiechnęła się uprzejmie, wodząc kolejno wzrokiem po twarzach zebranych.
Czuła zbliżającą się migrenę. To wylew, szepnęła jej nad uchem Eden.
Nie piła, ale nagle uświadomiła sobie, że nie wytrzyma z tą autystyczną ariergardą na trzeźwo. Zaczęła dyskretnie rozglądać się za kelnerem roznoszącym drinki, ale zamiast tego, jej wzrok napotkał postać, która przewijała się gdzieś na peryferiach jej spojrzenia cały ten wieczór.
Na widok Anthony'ego Shafiqa twarz Malfoy rozświetlił momentalnie ciepły uśmiech. Powinien objawić się przy dźwiękach jakiegoś zręcznego francuskiego menueta, a nie przy tym tragicznym rzępoleniu, pomyślała wesoło, widząc, że przyjaciel kieruje swe kroki w jej stronę.