02.06.2024, 19:15 ✶
– Ah, a więc wykonał robotę i to jeszcze bez wskazówek. Takich lubię najbardziej – powiedział, przyglądając się zawiązywanemu przez Shafiqa krawatowi. Uśmiechnął się. – Myślę, że jakoś sobie poradzę. Przed załamaniem nerwowym będzie mnie trzymać jedynie myśl o pamietakach, które mi przywieziesz – zapewnił czarodzieja, jakby to nie na jego głowie od czerwca było całe biuro. Nie, że narzekał. Lubił tę pracę. Lubił też swojego szefa.
Nawet jeśli jego szef czasem mówił coś irytującego. Tak jak teraz.
– Oczywiście panie Shafiq. Dziękuję za pana wyrozumiałość, sir. Jest pan nad wyraz łaskawy. – Uniżony ton jego głosu absolutnie nie wskazywal na żadną złośliwość, ale Anthony znał Jonathana na tyle, by doskonale wiedzieć, że złośliwość zdecydowanie tam była. Nie ciągnął jednak tematu, a jedynie ruszył za czarodziejem w głowie układając sobie treść listów do Morpheusa i Charlotte.
– A gdyby go rozbić na dwie części? – spytał, gdy znaleźli się już w gabinecie Shafiqa. Wzrok czarodzieja powędrował, ku nieistniejącym wrzosom za oknem. Odwrócił się od błoni i podszedł do biurka. – Powiedzieć, że kilka pierwszych dni jest wyjazdem służbowym, ale po tym czasie zostajesz w kraju na nieco dłużej już z własnych pieniędzy? Wtedy nikt się nie będzie czepiał wykopalisk. Nie byłbyś zresztą, ani pierwszym, ani ostatnim, który najpierw załatwia sprawy zawodowe, a potem prywatnie zwiedza okolice. Rozumiem, że twoja gościni nie chce się nigdzie pojawić publicznie i dać znać, że nie trzymasz jej w piwnicy? Wiesz, jeśli cię o nią spytają możesz zareagować oburzeniem, że czemu brytyjscy dziennikarze, zakładają, czarownica z Kambodży jest jakimś towarem, a nie zwykłą dyplomatką. Niepokoi mnie, że pani Stanhope tak myśli o kobietach z innego kontynentu, a ciebie?
Zerknął na listę zamienników. Wszystkie brzmiały... Bardzo zielarsko-magimedycznie, jak na jego skromną wiedzę w tym zakresie.
– Hm. Weź ten na gorączkę, to zawsze się dobrze sprzedaje, ten na uzupełnianie krwi, też brzmi dobrze i ważnie i może ten na łagodzenie objawów smoczej ospy. Podkreślę ci je, bo mają dziwne nazwy – powiedział, chwytając za pióro i zaznaczając odpowiednie zamienniki na liście. – A jak chcesz to zawsze możesz też dobrać coś co pomaga w chorobach przewklekłych i gadać, ak to ci biedni chorzy będą mieć teraz więcej alternatyw w leczeniu.
Odłożył teczkę na biurko i skierował swoje spojrzenie na stojącego przy oknie Anthony'ego, tylko po to, by zaraz samemu usiąść na tym biurku.
– No dobrze. Proszę mi powiedzieć panie Shafiq – zaczął swobodnym tonem, jakby przeprowadzał wywiad w porannej audycji radiowej skupionej na zadawaniu celebrytom bezsensownych pytań. – Wydaję się pan być niesamowicie zaangażowany w projekt nowej wymiany handlowej z Kambodżą. A jednak krążą plotki, że obecnie więcej pan czasu przebywa w Little Hangleton, niż we własnym biurze. Mógłby nam pan wyjaśnić, jak jakikolwiek polityk miałby sprawować kontrolę nad czymś takim jednocześnie nie pojawiając się w pracy?
To już nie była złośliwość. To było szczere pytanie, zadane by Shafiq miał szansę przećwiczyć na nie odpowiedź.
Nawet jeśli jego szef czasem mówił coś irytującego. Tak jak teraz.
– Oczywiście panie Shafiq. Dziękuję za pana wyrozumiałość, sir. Jest pan nad wyraz łaskawy. – Uniżony ton jego głosu absolutnie nie wskazywal na żadną złośliwość, ale Anthony znał Jonathana na tyle, by doskonale wiedzieć, że złośliwość zdecydowanie tam była. Nie ciągnął jednak tematu, a jedynie ruszył za czarodziejem w głowie układając sobie treść listów do Morpheusa i Charlotte.
– A gdyby go rozbić na dwie części? – spytał, gdy znaleźli się już w gabinecie Shafiqa. Wzrok czarodzieja powędrował, ku nieistniejącym wrzosom za oknem. Odwrócił się od błoni i podszedł do biurka. – Powiedzieć, że kilka pierwszych dni jest wyjazdem służbowym, ale po tym czasie zostajesz w kraju na nieco dłużej już z własnych pieniędzy? Wtedy nikt się nie będzie czepiał wykopalisk. Nie byłbyś zresztą, ani pierwszym, ani ostatnim, który najpierw załatwia sprawy zawodowe, a potem prywatnie zwiedza okolice. Rozumiem, że twoja gościni nie chce się nigdzie pojawić publicznie i dać znać, że nie trzymasz jej w piwnicy? Wiesz, jeśli cię o nią spytają możesz zareagować oburzeniem, że czemu brytyjscy dziennikarze, zakładają, czarownica z Kambodży jest jakimś towarem, a nie zwykłą dyplomatką. Niepokoi mnie, że pani Stanhope tak myśli o kobietach z innego kontynentu, a ciebie?
Zerknął na listę zamienników. Wszystkie brzmiały... Bardzo zielarsko-magimedycznie, jak na jego skromną wiedzę w tym zakresie.
– Hm. Weź ten na gorączkę, to zawsze się dobrze sprzedaje, ten na uzupełnianie krwi, też brzmi dobrze i ważnie i może ten na łagodzenie objawów smoczej ospy. Podkreślę ci je, bo mają dziwne nazwy – powiedział, chwytając za pióro i zaznaczając odpowiednie zamienniki na liście. – A jak chcesz to zawsze możesz też dobrać coś co pomaga w chorobach przewklekłych i gadać, ak to ci biedni chorzy będą mieć teraz więcej alternatyw w leczeniu.
Odłożył teczkę na biurko i skierował swoje spojrzenie na stojącego przy oknie Anthony'ego, tylko po to, by zaraz samemu usiąść na tym biurku.
– No dobrze. Proszę mi powiedzieć panie Shafiq – zaczął swobodnym tonem, jakby przeprowadzał wywiad w porannej audycji radiowej skupionej na zadawaniu celebrytom bezsensownych pytań. – Wydaję się pan być niesamowicie zaangażowany w projekt nowej wymiany handlowej z Kambodżą. A jednak krążą plotki, że obecnie więcej pan czasu przebywa w Little Hangleton, niż we własnym biurze. Mógłby nam pan wyjaśnić, jak jakikolwiek polityk miałby sprawować kontrolę nad czymś takim jednocześnie nie pojawiając się w pracy?
To już nie była złośliwość. To było szczere pytanie, zadane by Shafiq miał szansę przećwiczyć na nie odpowiedź.