Nie miała przecież nawet tego melodyjnego głosu, który kładłby ludzi na kolana, brzmiąc jak arie wyśpiewywane o poranku; odlegle daleka była względem niej koncepcja bycia istnieniem miękkim i życzliwym – głównie dlatego, że zbrzydli jej absolutnie ludzie i z każdą przemijającą wiosną miała coraz mniej wigoru, a i tym cechowała się jako dziecko w mierze absolutnie niewiarygodnie małej. Głos niski, niejako ochrypły, bardziej brzmiał jak samo ściąganie brylantów z nieba, aniżeli zaskakujący, ciągnący za sobą wstęgę światła zachód słońca. Bo przecież poranki często zastawały ją nieśpiącą, wodzącą w przejęciu oczyma za literami naniesionymi drukiem na stronice ksiąg. Nigdy nie przywykła do mary, którą w jej oczach była senna bezsenność.
A jej jedyną, prawdziwą miłością było laudanum, od którego była – śmiało można rzec – absolutnie uzależniona w niebagatelnej mierze jak zakochana.
Mizantropiczne podejście do świata, westchnięcia plątane gdzieś ponad samotnością, która zresztą zastawała ją coraz częściej, a jednocześnie nie godziła w serce – krążenie po podejrzanych przybytkach, spędzanie mnogości sekund, minut i godzin w spelunach należało do sportu wyczynowego, po który chętnie sięgała. Lubiła być we władzy adrenaliny. Po prostu lubiła być.
– Nie odbierz tego personalnie, mało kto dla mnie wygląda na bystrego – odparła.
Sięgnęła po kolejnego papierosa i odpaliwszy go, jej płuca ponownie wypełniły się nikotynowym dymem; gdy obłoki na dobre rozgościły się w klatce piersiowej, pozwoliła im powoli opuścić usta.
– Mam z pewnością więcej talentów, niż mógłbyś pomyśleć. Magicy ponoć nie zdradzają swoich sztuczek, Toby – odparła, przenosząc wzrok do tej pory mglisty i wyblakły, a w którym zaczaiły się ledwie dostrzegalne iskry zaciekawienia.
Nie odparła ani słowem na jego stwierdzenie na temat lichej dumy z nazwiska; pozostawiła go z gładką ścianą milczenia – jak z tą, na której dawne obrazy pozostawiały białe plamy wcześniejszego bytowania. Odwróciła zamiast tego spojrzenie, zatapiając je w rubinowej zawartości szklanki.
– Niech więc tak będzie. Mogę być Lydią – rzekła po chwili, ponownie umiejscawiając w nim wzrok.
Upiła kolejny łyk nowo rozpoczętego trunku – nie przepadała za whisky, wiązała z nią wiele upadlających wspomnień, spośród których w zasadzie całkiem niewiele osiadło na pamięci.
– Czy to jakaś propozycja? To o whisky – spytała, a w jej głosie wreszcie zaistniały wyraziste nuty ciekawości.