30.12.2022, 01:27 ✶
Wilgotne źdźbła trawy przyjemnie łaskoczą bose stopy, gdy stawia pełne gracji kroki pośród złocistych jaskrów. Deszcz majowy rozbija się na skórze, nadając rytmu jego ruchom, bieli się na jego głowie kwiatowa korona, zaś mokra sukienka przykleja się do kościstego ciała. Nie wie, jak znalazł się na łące, nie istnieje ani wczoraj, ani jutro. Jest harmonią z niebiosami ponad jego głową i ziemią po której stąpa, jest powietrzem wypełniającym płuca i górskim potokiem, dżdżownicą i ptakiem, latem i zimą, świtem i zmierzchem.
Zatraca się w momencie i jest szczęśliwy.
Lecz wtem czyjś głos wybija go z transu. Zderzenie z rzeczywistością jest przykre, lecz nie bolesne. Nie zna tego człowieka, a zatem - paradoksalnie - uciekać nie próbuje. Ludzie z Doliny nie rozumieją Ariela. Szeptają za jego plecami i wytykają palcami. Dla obcych jest pustym płótnem.
— Nie jestem wizją, ani duchem — kręci energicznie głową, zaciskając karmazynowe usta w wąską kreskę, a śnieżnobiałe płatki stokrotek omdlewają i wysuwają z wieńca na jasnych skroniach, by ostatecznie spocząć na chudych ramionach osobliwego młodzieńca — A może jednak? — jego twarz nabiera nagle poważnego wyrazu, podczas gdy jego wzrok błądzi po twarzy nieznajomego; miał piękne oczy, i kości policzkowe, i gęste krwi, i szerokie usta, i prosty nos, aż Ariel przygryza dolną wargę, by powstrzymać się przed zaproponowaniem mu pozowania do portretu. Zamiast tego rusza w jego stronę z enigmatycznym uśmiechem na rumianym licu, krokiem wciąż rozkosznie rozkołysanym tańcem i wiruje wokół mężczyzny, aż nie znajdzie się za jego plecami. Wówczas dłonie Lovegooda spoczywają na ramionach przybysza, a on sam wspina się na palce, by dosięgnąć do ucha skrytego za ciemnymi lokami.
— Może jestem tylko snem? — szepta, łaskocząc ciepłym oddechem skórę Charliego. — Jest sposób, aby się przekonać, wystarczy tylko... — urywa myśl w połowie i chwyta swego towarzysza za rękę. Unosi jego dłoń ponad swoją głowę, wykonując przy tym kolejny obrót. Mokra sukienka trzepocze wokół jego łydek, smaga nogi drugiego czarodzieja. — Zmarzłeś — oświadcza z przejęciem, zamykając chłodne palce nieznajomego w swoim uścisku.
Zatraca się w momencie i jest szczęśliwy.
Lecz wtem czyjś głos wybija go z transu. Zderzenie z rzeczywistością jest przykre, lecz nie bolesne. Nie zna tego człowieka, a zatem - paradoksalnie - uciekać nie próbuje. Ludzie z Doliny nie rozumieją Ariela. Szeptają za jego plecami i wytykają palcami. Dla obcych jest pustym płótnem.
— Nie jestem wizją, ani duchem — kręci energicznie głową, zaciskając karmazynowe usta w wąską kreskę, a śnieżnobiałe płatki stokrotek omdlewają i wysuwają z wieńca na jasnych skroniach, by ostatecznie spocząć na chudych ramionach osobliwego młodzieńca — A może jednak? — jego twarz nabiera nagle poważnego wyrazu, podczas gdy jego wzrok błądzi po twarzy nieznajomego; miał piękne oczy, i kości policzkowe, i gęste krwi, i szerokie usta, i prosty nos, aż Ariel przygryza dolną wargę, by powstrzymać się przed zaproponowaniem mu pozowania do portretu. Zamiast tego rusza w jego stronę z enigmatycznym uśmiechem na rumianym licu, krokiem wciąż rozkosznie rozkołysanym tańcem i wiruje wokół mężczyzny, aż nie znajdzie się za jego plecami. Wówczas dłonie Lovegooda spoczywają na ramionach przybysza, a on sam wspina się na palce, by dosięgnąć do ucha skrytego za ciemnymi lokami.
— Może jestem tylko snem? — szepta, łaskocząc ciepłym oddechem skórę Charliego. — Jest sposób, aby się przekonać, wystarczy tylko... — urywa myśl w połowie i chwyta swego towarzysza za rękę. Unosi jego dłoń ponad swoją głowę, wykonując przy tym kolejny obrót. Mokra sukienka trzepocze wokół jego łydek, smaga nogi drugiego czarodzieja. — Zmarzłeś — oświadcza z przejęciem, zamykając chłodne palce nieznajomego w swoim uścisku.