03.06.2024, 01:04 ✶
Patrząc na czaszkę brygadzisty w rękach jego słodkiej Ambrosii, która bardziej niż kiedykolwiek przypominała mu teraz Arcykapłankę, marzył tylko o tym, by uśpiony gniew korzeni rozgorzał na nowo - choćby na chwilę tylko - by pnącza wniknęły mu pod powieki, wpełzły do środka przez uszy, i rozchylone do krzyku usta, i rozsadziły mu głowę, gdzie każda myśl nosiła znamię śmiechu Loretty.
Szedł przed siebie, milczący uczestnik procesji pogrzebowej Morpheusa, której dostojeństwo zakłócał bezecny chichot jego żony, nie potrafiąc pozbyć się wrażenia, że to ona jest pasożytem drążącym serce Windermere. Drążącym jego własne serce. Powinien to sobie uświadomić wtedy, gdy po raz pierwszy usłyszał jej szept nad swym uchem - uchem, na które był niemal głuchy po bójce z Louvainem - szept był na przemian to słodki, to znów napastliwy, ale zawsze doskonale słyszalny. Zaplatając ramię wokół Ambrosii zerknął, czy młoda dziewczyna, której imienia nawet nie znał, wciąż szła obok nich. Będę was nawiedzać. Zimne, jasne ślepia Alexandra napotkały ciemne oczy Morpheusa. Spojrzenie Mulcibera złagodniało, karcąc starszego mężczyznę za to, że był takim sentymentalnym głupcem.
Longbottom, ze wszystkich ludzi, ty ostatni powróciłbyś na ten padół jako duch. Byłbyś za bardzo ciekawy tego, co jest dalej. Znam cię.
Nawet byś nie mrugnął.
- Jeszcze nie umarłeś. - Ambrosia dobrze znała ten ton. Widzę możliwości, mówił jej często, przyszłość nie jest utartym szlakiem, przyszłość to nasze francuskie bezdroże, wijące się leniwie w nieznane. Rzadko mógł mieć pewność, że coś się wydarzy, a kiedy już ją miał, zdawała mu się nieznośna, tak samo, jak nieznośne były natrętne namowy Loretty: trudno było znieść świadomość, że nieważne, co zrobi, nie zmieni to niczego perspektywie przyszłości. Zamierzał jednak umrzeć próbując, i ta myśl zmieniała wszystko, dla niego.
Spojrzał znacząco na Ambrosię.
- To, co jest pod tym wzgórzem - odezwał się cicho. - Nie możemy dopuścić, by to zostało zniszczone. - Nie dlatego, że byłoby to desekracją grobu Morpheusa: kurhanu, który usypało mu same Windermere.
Wszystko tchnęło symbolizmem: ziemia rozstępuje się jak na karcie Sądu Ostatecznego. Otwarty grób, zmartwychwstanie. I żywe trupy, których nigdy nie spotkali. Nie umrzesz, pomyślał.
Skupił się na tym, by wyczarować fantoma zgodnie z sugestią starszego niewymownego, przywołując żywioł ziemi. Ofiara dla bogów, do których tak często zwracał się Morpheus. Czy tak dużo od ciebie wymagam?, pytała wcześniej Loretta. Im bliżej zagajnika byli, tym bardziej jej głos tracił na mocy. Alexander wciąż się jednak bał, że odezwie się znowu, rozpraszając go, i kpiąc z wznoszonej przez niego inkantacji. Nie wiedział, jak będzie mógł spojrzeć jej w twarz, kiedy stąd wyjdzie.
Nie wiedział, czy w ogóle tego chciał.
na kształtowanie pozoranta
Szedł przed siebie, milczący uczestnik procesji pogrzebowej Morpheusa, której dostojeństwo zakłócał bezecny chichot jego żony, nie potrafiąc pozbyć się wrażenia, że to ona jest pasożytem drążącym serce Windermere. Drążącym jego własne serce. Powinien to sobie uświadomić wtedy, gdy po raz pierwszy usłyszał jej szept nad swym uchem - uchem, na które był niemal głuchy po bójce z Louvainem - szept był na przemian to słodki, to znów napastliwy, ale zawsze doskonale słyszalny. Zaplatając ramię wokół Ambrosii zerknął, czy młoda dziewczyna, której imienia nawet nie znał, wciąż szła obok nich. Będę was nawiedzać. Zimne, jasne ślepia Alexandra napotkały ciemne oczy Morpheusa. Spojrzenie Mulcibera złagodniało, karcąc starszego mężczyznę za to, że był takim sentymentalnym głupcem.
Longbottom, ze wszystkich ludzi, ty ostatni powróciłbyś na ten padół jako duch. Byłbyś za bardzo ciekawy tego, co jest dalej. Znam cię.
Nawet byś nie mrugnął.
- Jeszcze nie umarłeś. - Ambrosia dobrze znała ten ton. Widzę możliwości, mówił jej często, przyszłość nie jest utartym szlakiem, przyszłość to nasze francuskie bezdroże, wijące się leniwie w nieznane. Rzadko mógł mieć pewność, że coś się wydarzy, a kiedy już ją miał, zdawała mu się nieznośna, tak samo, jak nieznośne były natrętne namowy Loretty: trudno było znieść świadomość, że nieważne, co zrobi, nie zmieni to niczego perspektywie przyszłości. Zamierzał jednak umrzeć próbując, i ta myśl zmieniała wszystko, dla niego.
Spojrzał znacząco na Ambrosię.
- To, co jest pod tym wzgórzem - odezwał się cicho. - Nie możemy dopuścić, by to zostało zniszczone. - Nie dlatego, że byłoby to desekracją grobu Morpheusa: kurhanu, który usypało mu same Windermere.
Wszystko tchnęło symbolizmem: ziemia rozstępuje się jak na karcie Sądu Ostatecznego. Otwarty grób, zmartwychwstanie. I żywe trupy, których nigdy nie spotkali. Nie umrzesz, pomyślał.
Skupił się na tym, by wyczarować fantoma zgodnie z sugestią starszego niewymownego, przywołując żywioł ziemi. Ofiara dla bogów, do których tak często zwracał się Morpheus. Czy tak dużo od ciebie wymagam?, pytała wcześniej Loretta. Im bliżej zagajnika byli, tym bardziej jej głos tracił na mocy. Alexander wciąż się jednak bał, że odezwie się znowu, rozpraszając go, i kpiąc z wznoszonej przez niego inkantacji. Nie wiedział, jak będzie mógł spojrzeć jej w twarz, kiedy stąd wyjdzie.
Nie wiedział, czy w ogóle tego chciał.
na kształtowanie pozoranta
Rzut PO 1d100 - 34
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut PO 1d100 - 35
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat