30.12.2022, 13:17 ✶
- A on tak na moich oczach. Bezczelny - westchnęła Brenna z udawaną urazą. Spojrzała na Victorię z pewnym zaintrygowaniem, gdy ta wspomniała o spotkaniu rodzinnym. Nie dopytywała, ale gdyby Lestrange mówiła z własnego doświadczenia... to Brygadzistka chyba nie byłaby ani trochę zaskoczona. Doskonale wiedziała, że to co rody czystej krwi prezentują światu, niekoniecznie jest tym samym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami.
Ba. Wręcz zwykle tym nie jest.
Niemniej Brenna wiedziała też, że nie jest to temat, który powinna specjalnie ciągnąć.
[b]- Cydr. U nas jest to cydr - powiedziała więc tylko lekko. - W Dolinie królują wino i cydr, sięgnij po czystą wódkę, a zaraz jakiś Abbott zmaterializuje się w jakimś kącie i zacznie cię oskarżać o herezję[/b] - stwierdziła radośnie. Gdy jednak rozmowa zeszła z powrotem na cioteczkę Evę, przewróciła oczyma.
- Och, czym ja sobie zasłużyłam na jej gniew. A ta historia sięga dnia, kiedy miałam pięć lat i weszłam na drzewo, bo dziewczynki nie powinny wchodzić na drzewa jak chłopcy, a potem kiedy miałam siedem lat, dowiedziałam się, że nie powinny nosić spodni jak chłopcy... i tak to się ciągnie od ponad dwudziestu lat. Ogółem, zdaniem cioteczki Evy, należałoby mi przeszczepić cudzą osobowość - podsumowała. Nie zdawała się tym specjalnie przejęta, uśmiechnęła się nawet półgębkiem. Eva była po prostu dość typową przedstawicielką rodu czystej krwi. Taką starej daty. W rodzinę Longbottomów się wżeniła, i chyba zawsze uważała ród Longbottomów za dzikusów, i żałowała tego aranżowanego małżeństwa...
Brenna sięgnęła po kawę i ostrożnie upiła łyk.
- Idealna, dzięki. I przynajmniej nie jestem psychopatką. Chociaż uwielbiam pączki - oświadczyła.
Ona sama linię zachowywała chyba dzięki dobrej przemianie materii oraz niespożytej energii. Ganiała po lesie wokół Doliny regularnie, zarówno jako człowiek, jak i w wilczej postaci, poza tym dość często ćwiczyła. A sama Brygada... zawsze uznawała ją za miejsce idealne dla siebie. Wiedziała, że większość co bardziej utalentowanych chce uciekać do bardziej prestiżowej jednostki. Ale Brenna niekoniecznie chciała walczyć z czarną magią: wolała pomagać ludziom, a w Brygadzie wedle własnej opinii mogła robić to znacznie lepiej.
- Obawiam się, że wzięłam ich tyle, by dla każdego wystarczyło po jednym. Nie przewidziałam, że rozpocznę Wojny Pączkowe - parsknęła. Nieco uważniej spojrzała na Lestrange, gdy ta wspomniała o Czarnym Panie... ale cokolwiek pomyślała, zachowała to dla siebie. - I wiesz, u nas też jest kołomyja. Chyba dlatego ludzie szukają każdej okazji... żeby odreagować. Spędziłam ostatnio trzy dni sprawdzając różne podejrzane zgony mugoli, czy to faktycznie wybuchy gazu i zatrucia, czy może coś innego i jedna sprawa poszła do was, bo jak nic użyto avady - westchnęła, na moment pochmurniejąc. Chociaż czarnoksiężników ścigali głównie aurorzy, to jednak zgłoszeń była masa. Pożary, uciekające zwierzęta, podejrzane zaginięcia i zgony, co do których nie było pewności, czy stoi za nimi jakiś śmierciożerca, czy czysty przypadek.
Ba. Wręcz zwykle tym nie jest.
Niemniej Brenna wiedziała też, że nie jest to temat, który powinna specjalnie ciągnąć.
[b]- Cydr. U nas jest to cydr - powiedziała więc tylko lekko. - W Dolinie królują wino i cydr, sięgnij po czystą wódkę, a zaraz jakiś Abbott zmaterializuje się w jakimś kącie i zacznie cię oskarżać o herezję[/b] - stwierdziła radośnie. Gdy jednak rozmowa zeszła z powrotem na cioteczkę Evę, przewróciła oczyma.
- Och, czym ja sobie zasłużyłam na jej gniew. A ta historia sięga dnia, kiedy miałam pięć lat i weszłam na drzewo, bo dziewczynki nie powinny wchodzić na drzewa jak chłopcy, a potem kiedy miałam siedem lat, dowiedziałam się, że nie powinny nosić spodni jak chłopcy... i tak to się ciągnie od ponad dwudziestu lat. Ogółem, zdaniem cioteczki Evy, należałoby mi przeszczepić cudzą osobowość - podsumowała. Nie zdawała się tym specjalnie przejęta, uśmiechnęła się nawet półgębkiem. Eva była po prostu dość typową przedstawicielką rodu czystej krwi. Taką starej daty. W rodzinę Longbottomów się wżeniła, i chyba zawsze uważała ród Longbottomów za dzikusów, i żałowała tego aranżowanego małżeństwa...
Brenna sięgnęła po kawę i ostrożnie upiła łyk.
- Idealna, dzięki. I przynajmniej nie jestem psychopatką. Chociaż uwielbiam pączki - oświadczyła.
Ona sama linię zachowywała chyba dzięki dobrej przemianie materii oraz niespożytej energii. Ganiała po lesie wokół Doliny regularnie, zarówno jako człowiek, jak i w wilczej postaci, poza tym dość często ćwiczyła. A sama Brygada... zawsze uznawała ją za miejsce idealne dla siebie. Wiedziała, że większość co bardziej utalentowanych chce uciekać do bardziej prestiżowej jednostki. Ale Brenna niekoniecznie chciała walczyć z czarną magią: wolała pomagać ludziom, a w Brygadzie wedle własnej opinii mogła robić to znacznie lepiej.
- Obawiam się, że wzięłam ich tyle, by dla każdego wystarczyło po jednym. Nie przewidziałam, że rozpocznę Wojny Pączkowe - parsknęła. Nieco uważniej spojrzała na Lestrange, gdy ta wspomniała o Czarnym Panie... ale cokolwiek pomyślała, zachowała to dla siebie. - I wiesz, u nas też jest kołomyja. Chyba dlatego ludzie szukają każdej okazji... żeby odreagować. Spędziłam ostatnio trzy dni sprawdzając różne podejrzane zgony mugoli, czy to faktycznie wybuchy gazu i zatrucia, czy może coś innego i jedna sprawa poszła do was, bo jak nic użyto avady - westchnęła, na moment pochmurniejąc. Chociaż czarnoksiężników ścigali głównie aurorzy, to jednak zgłoszeń była masa. Pożary, uciekające zwierzęta, podejrzane zaginięcia i zgony, co do których nie było pewności, czy stoi za nimi jakiś śmierciożerca, czy czysty przypadek.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.