Drgnęła mu grdyka, kiedy bicz smagnął w powietrzu - mętny, delikatny, ale Laurent nie wiedział (bo i skąd), że tak nie miało być - że ta struga światła, która kojarzyła się z boską nicią, która powiedzie cię do zbawienia, miała wymierzyć tu i teraz karę i chwałę. Chwałę, bo chwalebne było unoszenie płonącego miecza przez silne ramiona archanioła Michała. Karę, bo wymierzenie jej innowiercom kpiącym i drwiącym ze świętości było jedynym, co mogło spotkać grzeszników. Nie zarobić złamanego grosza za brudzenie bieli syfem, ale już chcą dać ci pieniądze za oczyszczenie syfu z bieli - dziwne, co? Ludzie lgnęli do piękna i czystości, chcieli jej posmakować, nawet jeśli wtedy obrabowywali ją z delikatności ze wszystkiego, co świętą ją czyniło. Tak i ci chłopcy, co w podskokach i jeden z krzykiem umknęli czym prędzej spoza wydłużonych smoczych skrzydeł chcieli zabawić się czyimś kosztem. Nie było równowagi - było tylko bierz i zdobądź. Zakończenie tego wieczoru miało być smętne, jak prawie każdego ostatniego. Ciężko było już znaleźć w czymkolwiek światło, a Laurent nie potrafił już złapać się takiej wstęgi, która biczem nie będzie i zaprowadzi go przed oblicze Boga. Potrzebował tego. Potrzebował Jego światła i łaski, żeby odbudował jego skrzydła, bo jak na razie były tylko smętnymi kikutami, na których widok brało obrzydzenie. Brakowało tylko tego, żeby to obrzydzenie znalazło odbicie na masce tego, który postanowił się zabawić dzisiejszego wieczoru w bohatera.
Imię było zaklęciem. Zaklinało bardzo sprawnie - nie musiało być żadnych nici ani biczy wokół, żeby twarz Prewetta odwróciła się w kierunku tego, który go do siebie przywoływał. Pytał, upewniał się, może dawał zaskoczyć. Co spodziewał się zobaczyć Shafiq? Ten, który potrafił porozumieć się z każdym na tym świecie, odczytać każdy tekst i rozpoznać każdą mowę? Jego język był złotem, a płynący głos diamentami sypiącymi się na kobiecą skórę. Nie chcesz, żeby te diamenty przestawały cię pieścić - chcesz słuchać dalej. Doświadczać więcej. Wdzięczność czy podziw nie były emocjami, które zagościły jednak na anielskiej, porcelanowej twarzy Laurenta. Tell me your name - i'll put a spell on you. Ponoć imiona naprawdę miały moc. Pisano stare księgi o demonach - wystarczy, że posiądziesz ich prawdziwe miano, a ich moc będzie w twoich rękach. Nigdy ci się nie sprzeciwią. Nie będą mogły ci uciec i będą na każde twoje zawołanie. Jakież to szczęście, że Anthony nie wzywał demona - sięgnął tylko do zdezelowanego anioła, a anioł ten odpowiedział mu rozpalonym spojrzeniem bezradnych oczu, napiętą od bezsilnej złości twarzą i sromotną klęską. O tym mówiły jego zaciśnięte, drżące pięści i zaciśnięte szczęki.
- Dziękuję za łaskę. Czuję się wyśmienicie. - Głos miał napięty, drżący, bo to przecież była porażka. Na każdej linii porażka. Teraz zaś stał w tym plugawym zaułku i jeszcze przyszło mu zetknąć się z celebrytą, który... który... Nie, nie powinien być tak nastroszony, a jego głos nie powinien być tak rozgoryczony w stosunku do tego mężczyzny, bo nic z tego nie było jego winą. Blondyn syknął, kiedy mocniej zacisnął dłoń i zaraz na nią spojrzał, rozluźniając palce. Sięgnął po chustkę, żeby w nerwach chociaż trochę otrzeć twarz i gotów był iść przed siebie. Jak najszybciej znaleźć się w swoim domu, żeby nikt więcej nie oglądał go w tym żałosnym stanie. Chciał - ale się nie ruszył. Spojrzał na Shafiqa - nieufnie, podejrzliwie, jakby spodziewał się jakiegoś podstępu tej propozycji... - ... dziękuję. Tak, bardzo chętnie bym skorzystał, jeśli to nie problem. - Nie chciał się nawet widzieć teraz w lustrze. Ale co miał też powiedzieć, że nie potrafi się teleportować? Już wystarczająco miał zaczerwienione od tej złości policzki, które wyglądały prawie jak malowane przy gładkości i jasnym odcieniu jego skóry.