Ciężko było się nie zgodzić z ojcem. Miał bardzo wiele racji w swoich słowach. Tradycja w rodzinie Nordgersimów była niczym fundament ich rodu. Z pradziada na dziada. Z ojca na syna i tak dalej. Wszystko kręciło się wokół tych samych zasad i skoro działało, to po co było to zmieniać? Dokładnie tak samo jak z ich zawodem - sztuką, którą trudzili się od pokoleń.
- Oczywiście, że tak ale to dopiero na ślubie przecież, czyż nie? - zapytał, chcąc jeszcze sprostować co nie co, ponieważ nie pamiętał jak to dokładnie było - Pierwsze nie powinno być trudne. Na pewno na coś się wtedy zdecyduję. Z drugim najmniejszy problem, ponieważ jedyną opcją będzie coś, co będzie pracą moich własnych rąk. Trzecie to... - rozejrzał się po kuźni, biorąc parę swoich rękawic, które dostał przed laty od swojego ojca na zakończenie szkoły - Chyba one. Nie wyobrażam sobie, aby mogła otrzymać co innego. To w końcu najwspanialszy prezent jaki mogłem kiedykolwiek otrzymać za ukończenie Durmstrangu - uśmiechnął się pod nosem, przyglądając tym odrobinę zużytym, ale dalej dobrym rękawicom. Przeszły bardzo wiele - tak jak oni. Wiele wyrzeczeń, a jeszcze więcej trosk. To jednak tylko ich budowało - sprawiało, że w każdy kolejny dzień wchodzili z coraz większym bagażem doświadczeń.
- Prawda. Szkoda tylko, że broń biała utraciła tak wiele na przestrzeni lat... Kiedyś to musiał być prawdziwy zaszczyt, aby móc pracować w takim fachu - rozmarzył się na dobrą sekundę - Nasi przodkowie to musieli być traktowani prawie jak jacyś królowie z ich fachem - dodał pogodnie. Hjalmar oczywiście też nie bagatelizował tych wszystkich nekromantów czy innych czarnoksiężników. Do tych - pomimo wielkiej niechęci, a nawet nienawiści - trzeba było mieć pewnego rodzaju szacunek, a może nawet respekt? Tak, aby cenić ich możliwości siania zniszczenia.
Starszy z Nordgersimów miał rację. Pięczetowanie to była bardzo przydatna umiejętność, chociaż jego syn nie był pewien, czy przypadkiem nie wolałby bardziej skupić się na samym jubilerstwie. W końcu miał plany, aby założyć warsztat na Pokątej, a tam przecież nie byłby w stanie posiadać zakładu kowalskiego. Jedynie jubiler czy złotnik wchodził tam w rachubę. Jednak czy było w tym coś złego? Dla Hjalmara nie, chociaż Dagur mógł mieć inny pogląd na tę sytuację.
Im dłużej patrzył na ten miecz, tym coraz większą napawał się dumą. W końcu to było dzieło spod ich młota. Dziesiątki, jak nie setki godzin spędzili, aby wyglądało to tak pięknie jak teraz. Nie mówiąc już o tych wszystkich próbach wykonania ostrza z jak najlepszego stopu metali.
Dobrze, że starszy Nordgersim nie wspomniał nic o tych goblinach, wszak inaczej Hjalmar zacząłby się zastanawiać nad tym, aby załatwić ojcu jakieś spotkanie z tymi "szkodnikami". Może powinien był mu wykombinować jakąś wycieczkę do Gringotta?
- Z wielką chęcią ale... - przełknął ciężej ślinę - Preferowałbym się spotkać z Laurentem w cztery oczy, ponieważ chciałbym go przy okazji podpytać o parę kwestii związanych z ich rodziną. W końcu nie mógłbym poślubić Pandory bez błogosławieństwa jej ojca dla takiej sprawy - wyjaśnił. Hjalmar miał nadzieję, że ojciec zrozumie jego postawę. Chciał porozmawiać jak przyszły szwagier z przyszłym szwagrem... oczywiście, jeżeli wszystko pójdzie dobrze.