31.12.2022, 11:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.02.2023, 17:49 przez Mackenzie Greengrass.)
Mackenzie nie czytała w myślach, nie widziała aur i nie znała się nawet na ludziach. Co gorsza prawda była taka, że większość z nich niezbyt ją interesowała - z różnych względów, po części związanych z brakiem umiejętności towarzyskich, a po części ze skupieniem na roślinach i miotłach znacznie bardziej niż osobach.
Zwykle niejako na wejściu zakładała, że ludzie wokół kłamią i mają ukryte intencje. I po prostu z tym przekonaniem żyła. Ale nie, nawet nie przyszło jej do głowy, że morderca mógł ot tak wrócić na miejsce zbrodni. Czy to znaczyło, że chciała być oszukiwana? Tu już ocena zależała od punktu widzenia...
- Czasami nawet na nim nie - podsumowała słowa o tym, że najlepiej z rodziną wychodzi się na zdjęciu. Najpierw jej rodzina musiałaby w ogóle chcieć zrobić sobie z nią jakieś zdjęcie. Nie to, że sama by na to pozwoliła. Gdyby taka fotografia powstała, i tak nie byłoby na niej Mackenzie, której podobizna robiłaby wszystko, aby zwiać poza krawędź. Nie wyraziła żalu wobec tego, że Yule spędzał sam, zajmując się pracą: nawet nie z niegrzeczności, a ot wątpiła, by ktoś, kto miał na sobie takie ubrania i wyrażał się w taki sposób, życzył sobie takiego współczucia od kogoś takiego, co ona.
Uniosła lekko jasne brwi, gdy zaoferował jej ramię, i z trudem zapanowała nad mimiką, by nie spojrzeć na niego jak na wariata. Zdecydowanie nie przywykła do tak kurtuazyjnych gestów, a jej dobre maniery pozostawały bardzo, bardzo wiele do życzenia (i zdaniem matki pewnie jeszcze można by dorzucić tu kilka tych "bardzo", tak dla jasności przesłania.)
Ujęła jednak jego ramię, choć dotykała go samymi czubkami palców, tak że nie stanowiło prawdziwego oparcia. W gruncie rzeczy pewnie mogło to ucieszyć i samego Corvusa, nawet jeżeli śmierciożercy pewnie zrobili wywiad, jakie to szlamy zamieszkiwały w pobliżu, jeżeli jej nie rozpoznał, nie mógł być pewny, czy sama nie jest mugolaczką... Wszak nie podała nazwiska.
Ruszyła przez śnieg, zostawiając za sobą dogasający pożar, Brygadzistów rozmawiających z Clarą, gapiów. Starała się nie zastanawiać, co z kobietą będzie dalej: czy ktoś wpadnie na to, aby dla bezpieczeństwa ją gdzieś ukryć albo dać ochronę, czy też zostawią ją samą sobie, aż zostanie dopadnięta przez zabójcę. Mackenzie nie znała się na procedurach obowiązujących w Brygadzie czy Biurze Aurorów. Próbowała więc wypchnąć to po prostu z głowy, pozwolić, aby uleciało wraz z zimnym wiatrem, który szarpał poły płaszcza i włosy, wystające spod czapki.
Faktycznie nie mieszkała daleko, chociaż musieli przejść kilkadziesiąt metrów w śniegi i ciemności nim dotarli do niewielkiego domu panien Greengrass. Składał się z parteru i poddasza, w środku na pewno nie było szczególnie wiele miejsca, i choć teraz ogródek ginął pod śniegiem, od razu było widać, że ten musiał istnieć, bo płot ogradzał spory kawał terenu.
- Dziękuję – powiedziała, puszczając jego ramię i szarpnięciem otwierając furtkę. A potem ruszyła ścieżką ku domowi, by spędzić tam prawdopodobnie niezbyt wesołe Yule.
Zwykle niejako na wejściu zakładała, że ludzie wokół kłamią i mają ukryte intencje. I po prostu z tym przekonaniem żyła. Ale nie, nawet nie przyszło jej do głowy, że morderca mógł ot tak wrócić na miejsce zbrodni. Czy to znaczyło, że chciała być oszukiwana? Tu już ocena zależała od punktu widzenia...
- Czasami nawet na nim nie - podsumowała słowa o tym, że najlepiej z rodziną wychodzi się na zdjęciu. Najpierw jej rodzina musiałaby w ogóle chcieć zrobić sobie z nią jakieś zdjęcie. Nie to, że sama by na to pozwoliła. Gdyby taka fotografia powstała, i tak nie byłoby na niej Mackenzie, której podobizna robiłaby wszystko, aby zwiać poza krawędź. Nie wyraziła żalu wobec tego, że Yule spędzał sam, zajmując się pracą: nawet nie z niegrzeczności, a ot wątpiła, by ktoś, kto miał na sobie takie ubrania i wyrażał się w taki sposób, życzył sobie takiego współczucia od kogoś takiego, co ona.
Uniosła lekko jasne brwi, gdy zaoferował jej ramię, i z trudem zapanowała nad mimiką, by nie spojrzeć na niego jak na wariata. Zdecydowanie nie przywykła do tak kurtuazyjnych gestów, a jej dobre maniery pozostawały bardzo, bardzo wiele do życzenia (i zdaniem matki pewnie jeszcze można by dorzucić tu kilka tych "bardzo", tak dla jasności przesłania.)
Ujęła jednak jego ramię, choć dotykała go samymi czubkami palców, tak że nie stanowiło prawdziwego oparcia. W gruncie rzeczy pewnie mogło to ucieszyć i samego Corvusa, nawet jeżeli śmierciożercy pewnie zrobili wywiad, jakie to szlamy zamieszkiwały w pobliżu, jeżeli jej nie rozpoznał, nie mógł być pewny, czy sama nie jest mugolaczką... Wszak nie podała nazwiska.
Ruszyła przez śnieg, zostawiając za sobą dogasający pożar, Brygadzistów rozmawiających z Clarą, gapiów. Starała się nie zastanawiać, co z kobietą będzie dalej: czy ktoś wpadnie na to, aby dla bezpieczeństwa ją gdzieś ukryć albo dać ochronę, czy też zostawią ją samą sobie, aż zostanie dopadnięta przez zabójcę. Mackenzie nie znała się na procedurach obowiązujących w Brygadzie czy Biurze Aurorów. Próbowała więc wypchnąć to po prostu z głowy, pozwolić, aby uleciało wraz z zimnym wiatrem, który szarpał poły płaszcza i włosy, wystające spod czapki.
Faktycznie nie mieszkała daleko, chociaż musieli przejść kilkadziesiąt metrów w śniegi i ciemności nim dotarli do niewielkiego domu panien Greengrass. Składał się z parteru i poddasza, w środku na pewno nie było szczególnie wiele miejsca, i choć teraz ogródek ginął pod śniegiem, od razu było widać, że ten musiał istnieć, bo płot ogradzał spory kawał terenu.
- Dziękuję – powiedziała, puszczając jego ramię i szarpnięciem otwierając furtkę. A potem ruszyła ścieżką ku domowi, by spędzić tam prawdopodobnie niezbyt wesołe Yule.
Koniec sesji