03.06.2024, 23:52 ✶
wejście do ogrodów
- Dobra. Dobra, nie jest źle. Przedstawiłem cię jako Amelia - pokiwał głową, bo nawet jeśli nie trzymali się tego imienia non stop, to przynajmniej wyrabiali jakąś normę, na tyle by wszystkie odstępstwa ktoś mógł uznać za nieśmieszny żart. - Stara, błagam cię - skrzywił się nieco, jakby co najmniej mu właśnie do tego drinka napluła. - Jesteś moją kuzynką. I to nie taką - dodał może odrobinę tylko zniecierpliwiony, bo no już doprawdy - bez takich. To że raz przypadkiem tak wyszło, że jego narzeczona była jego bardzo daleką kuzynką to nie znaczyło, że powinien ten błąd powielać.
- Maeve ja ciebie błagam, ja nie chce żeby mnie stąd za drzwi wystawili. Bić się? I to jeszcze o te dziewuchę? Może nie wiesz kto to jest, ale to niewiele praktycznie zmienia, bo możesz mi wierzyć na słowo, że nie jest absolutnie tego warta. Nie ode mnie. Może i ładnie w tej kiecce wygląda, ale ma nierówno pod sufitem, przysięgam - Bulstrode przechylił kieliszek znowu, kończąc go bo w sumie czemu niby miał się tutaj rozdrabniać. Ani przerośnięty chomik, ani kropla amortencji już go tutaj nie zaskoczy.
Łyżeczkę natomiast zignorował, ale coś w jego spojrzeniu mówiło, że nie powinna się w ogóle rozdrabniać i próbować zakosić cały komplet tych sztućców. Nikt się nawet nie zorientuje przecież, bo Blackowie mieli ich od zajebania pewnie.
- Może powinnaś się jej spróbować przedstawić jako panna Amelia Bulstrode i zobaczyć, jak zareaguje? - zasugerował. Kto wie, może Lorraine miała zwyczajnie dzisiejszego dnia problemy ze wzrokiem, albo nierozsądnie błądziła nim wszędzie, tylko nie w jego okolicy, bo tak pewnie już dawno wyczaiłaby Changównę. Baba w garniturze w sumie chyba dość się w oczy rzucała. - Powinnaś się obok nich rozstawić z jakąś fajką, mały Black by ci zaraz zrobił zajebistą reklamę, jestem tego pewien.
Z każdym kolejnym słowem wydawał się coraz bardziej roztargniony. I tak jak początkowo miał wrażenie, ze ten drink w ogóle na niego nie wpłynął to robiło mu się tak jakoś gorzej i gorzej na sercu. Cholera, może faktycznie powinien obić Rosierowi te twarz, to teraz by miał o wiele lepszy humor.
- Florence - wyprostował się trochę, kiedy siostra do nich podeszła. Zamrugał oczami. No nie, znalazła go. Znalazła i pewnie teraz powie mu, jakim wielkim jest dla niej zawodem po tym, co właśnie odpierdolił na tym parkiecie. - To? To przecież nasza kuzynka, MaaaAmelka - język mu się zaplątał, bo kto to tak widział? W jakim oni świecie żyli, że Changówna musiała się ukrywać pod fałszywą tożsamością? Czyj to w ogóle był pomysł?? (Jego.) I dlaczego mu to w ogóle przyszło do głowy??
Obie kobiety mogły zobaczyć, jak momentalnie oczy Atreusa zawilgotniały i nie minęła kolejna sekunda, kiedy poleciały z nich łzy. Mężczyzna przetarł je palcami, a potem objął Maeve ramieniem, tak się obejmowało dobrego kolegę.
- Amelka spędziła pół swojego życia w chinach, a drugie pół na Madagaskarze. Nasz daleki wuj Eustachy porzucił ją kiedy miała trzy lata i to największy cud, że udało się nam ją odnaleźć. Trafiła wreszcie do domu - łzy lały się strumieniami, głos mu trochę od tej wilgoci drżał, pociągał od niej nosem, ale w gruncie rzeczy to się całkiem dobrze trzymał. Ale zaraz puścił Changównę i uwiesił się na ramieniu siostry. - Florence. Florence to znowu ta przeklęta amortencja, przysięgam że ja kogoś uduszę. Rosier już poszedł rozmówić się z Blackiem, ale ja się musiałem zająć Amelką.