04.06.2024, 00:58 ✶
Patrick wzruszył ramionami. Zastanawiał się jak to musiało wyglądać dla mugoli. Czy zaskakiwało ich, że wokół ruin kościoła ziemia wydaje się jałowa? Czy dziwili się zmianom zachodzącym w tutejszej przyrodzie? Czy zastanawiało ich, dlaczego w jednym miejscu krzaki są dzikie, jakby od dawna nikt ich nie dotykał a zaledwie kilka metrów dalej drzewo wygląda na półmartwe?
Uśmiechnął się krzywo pod nosem. Gdyby nie to, że właśnie po to tutaj przyszedł, chyba rzeczywiście odwróciłby się i poszedł po wsparcie. Pewnie nawet po Brennę, gdyby nie zrozumiał, że próbowała wbić mu nóż w plecy.
- Wiesz, że tam może być jakiś czarnoksiężnik? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Może nawet nie siedział dokładnie w ruinach, ale samo ich pojawienie się tam… może były jakieś zaklęcia, które rzucił na to miejsce? Ale czy ruiny nie były czasem jednym z atrakcji Windermere? – Albo pułapki?
Patrick po raz kolejny zdał sobie sprawę, że miał rozpaczliwie mało informacji. I próbował z nich spleść spójną historię, która nie miała żadnego sensu. Gdyby tam rzeczywiście był czarnoksiężnik, to dlaczego nie atakowałby mugoli? A może atakował, tylko jego działania jakoś umykały Ministerstwu Magii? Ta ostatnia myśl znowu przypomniała mu o cmentarzu i mauzoleum, w którym rezydował pewien nekromanta, szaleniec który stworzył kryształtową czaszkę i próbował tworzyć armię żywych trupów.
- Brenna powiedziała ci, że możemy umrzeć? Że to jedna z bardziej prawdopodobnych teorii? – zapytał, wracając do przerwanego tematu. O, jak łatwo było porozmawiać o śmierci z kimś, kto chociażby pośrednio przeżywał dosłownie to samo co Steward. – Wyruszyły z Mavelle w podróż po odpowiedzi i... – znowu się uśmiechnął, ale tym razem przepraszająco, choć tak naprawdę nie miał za co Atreusa przepraszać. – Nie przywiozły najlepszych. Wcześniej jakoś odruchowo założyłem, że z czasem wrócimy do normy. – Ale mogli nie wrócić. Jak to leciało? Stracili energię, którą zastąpiła energia z Limbo. Tylko, że ta nie została im dana na stałe. – Inne wersje jakoś mi nie przeszły przez głowę.
Tak naprawdę Patrick wolał odruchowo zakładać, że wszystko się samo ułoży. A potem, gdy się już dowiedział, że wcale nie musiało, nie do końca wiedział, jak właściwie powinien podejść do informacji, które usłyszał. Czuł się dobrze. Nie widział, by pozostali Zimni czuli się gorzej od niego. A przecież, gdyby naprawdę umierali, to chyba zdążyliby coś zauważyć.
- Sebastian szuka informacji. I Brenna. – O ile Steward zrozumiał, Longbottom miała całe trzy powody, by szukać lekarstwa. Przed Windermere uznałby, że sam był tym czwartym powodem, teraz gdy zrozumiał, że miała zamiar go wydać, nie był już tego taki pewien. Ale pozostała Mavelle – siostra; Victoria – przyjaciółka i Atreus – mężczyzna, który jej się spodobał. Wystarczająco wiele, by walczyć o cudze życia. – Jest szansa, że da się to odwrócić w Samhain.
Steward ruszył ścieżką w stronę ruin kościoła. Gdy znalazł się przy krzakach zagradzających przejście, zwolnił i przestąpił je. Nie chciał psuć zapory, którą natura próbowała samodzielnie stworzyć przed sączącą się ku niej czernią.
- Dlaczego wybrałby akurat ruiny kościoła? – pytanie Patricka zabrzmiało tak, jakby jednocześnie mógł je zadawać Atreusowi i samemu sobie. – Bo są w głębi lasu? Bo są miejscem często odwiedzanym przez turystów? – zastanawiał się. Bo chodziło o coś jeszcze, o czym nie wiedział? Nagle pożałował, że nie zapoznał się choćby z przewodnikiem turystycznym, który opisywał to głównie atrakcje leżące dookoła Ośrodka Windermere.
Przytaknął.
- Wrzucanie wianków na pale – wyjaśnił, a potem lekceważąco machnął ręką. – Nie myśl o tym za wiele. Ktoś mi dolał amortencji do herbaty. Florence uratowała mnie przed publiczną kompromitacją. Udała, że przyjmuje ode mnie pierścionek za knuta a potem, żebym przetrzeźwiał od nadmiaru miłości, ofiarowała mi wianek. Dobry ruch, bo gdy wróciłem do niej rozanielony, zaczęło do mnie docierać jak irracjonalnie się zachowywałem – opisał, a potem gwałtownie przystanął. – Czekaj, powiedz mi, że to o moich oświadczynach wspominała Florence.
A nie o jakichś innych od jakiegoś bogatego, przyzwoitego, czystokrwistego czarodzieja, z którego w marcu zdjęła klątwę, a który w maju wysłał jej bukiet kwiatów, w czerwcu poszli razem na pierwszą randkę a teraz pragnęli się pobrać.
Myśl, że Florence jednak nikogo nie miała, choć nie powinna, przyniosła Patrickowi spore zadowolenie.
Znowu przystanął. Uniósł rękę, jakby dając znać Atreusowi, by zamilkł. Weszli już na jałową ziemię. Dookoła nich panowała głucha cisza. Steward obrócił się dookoła własnej osi. Żadnego stukotu dzięcioła, żadnych ptasich treli, żadnego lisa, zająca, jelenia w gęstwinie. To miejsce wydawało się wymarłe.
Uśmiechnął się krzywo pod nosem. Gdyby nie to, że właśnie po to tutaj przyszedł, chyba rzeczywiście odwróciłby się i poszedł po wsparcie. Pewnie nawet po Brennę, gdyby nie zrozumiał, że próbowała wbić mu nóż w plecy.
- Wiesz, że tam może być jakiś czarnoksiężnik? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Może nawet nie siedział dokładnie w ruinach, ale samo ich pojawienie się tam… może były jakieś zaklęcia, które rzucił na to miejsce? Ale czy ruiny nie były czasem jednym z atrakcji Windermere? – Albo pułapki?
Patrick po raz kolejny zdał sobie sprawę, że miał rozpaczliwie mało informacji. I próbował z nich spleść spójną historię, która nie miała żadnego sensu. Gdyby tam rzeczywiście był czarnoksiężnik, to dlaczego nie atakowałby mugoli? A może atakował, tylko jego działania jakoś umykały Ministerstwu Magii? Ta ostatnia myśl znowu przypomniała mu o cmentarzu i mauzoleum, w którym rezydował pewien nekromanta, szaleniec który stworzył kryształtową czaszkę i próbował tworzyć armię żywych trupów.
- Brenna powiedziała ci, że możemy umrzeć? Że to jedna z bardziej prawdopodobnych teorii? – zapytał, wracając do przerwanego tematu. O, jak łatwo było porozmawiać o śmierci z kimś, kto chociażby pośrednio przeżywał dosłownie to samo co Steward. – Wyruszyły z Mavelle w podróż po odpowiedzi i... – znowu się uśmiechnął, ale tym razem przepraszająco, choć tak naprawdę nie miał za co Atreusa przepraszać. – Nie przywiozły najlepszych. Wcześniej jakoś odruchowo założyłem, że z czasem wrócimy do normy. – Ale mogli nie wrócić. Jak to leciało? Stracili energię, którą zastąpiła energia z Limbo. Tylko, że ta nie została im dana na stałe. – Inne wersje jakoś mi nie przeszły przez głowę.
Tak naprawdę Patrick wolał odruchowo zakładać, że wszystko się samo ułoży. A potem, gdy się już dowiedział, że wcale nie musiało, nie do końca wiedział, jak właściwie powinien podejść do informacji, które usłyszał. Czuł się dobrze. Nie widział, by pozostali Zimni czuli się gorzej od niego. A przecież, gdyby naprawdę umierali, to chyba zdążyliby coś zauważyć.
- Sebastian szuka informacji. I Brenna. – O ile Steward zrozumiał, Longbottom miała całe trzy powody, by szukać lekarstwa. Przed Windermere uznałby, że sam był tym czwartym powodem, teraz gdy zrozumiał, że miała zamiar go wydać, nie był już tego taki pewien. Ale pozostała Mavelle – siostra; Victoria – przyjaciółka i Atreus – mężczyzna, który jej się spodobał. Wystarczająco wiele, by walczyć o cudze życia. – Jest szansa, że da się to odwrócić w Samhain.
Steward ruszył ścieżką w stronę ruin kościoła. Gdy znalazł się przy krzakach zagradzających przejście, zwolnił i przestąpił je. Nie chciał psuć zapory, którą natura próbowała samodzielnie stworzyć przed sączącą się ku niej czernią.
- Dlaczego wybrałby akurat ruiny kościoła? – pytanie Patricka zabrzmiało tak, jakby jednocześnie mógł je zadawać Atreusowi i samemu sobie. – Bo są w głębi lasu? Bo są miejscem często odwiedzanym przez turystów? – zastanawiał się. Bo chodziło o coś jeszcze, o czym nie wiedział? Nagle pożałował, że nie zapoznał się choćby z przewodnikiem turystycznym, który opisywał to głównie atrakcje leżące dookoła Ośrodka Windermere.
Przytaknął.
- Wrzucanie wianków na pale – wyjaśnił, a potem lekceważąco machnął ręką. – Nie myśl o tym za wiele. Ktoś mi dolał amortencji do herbaty. Florence uratowała mnie przed publiczną kompromitacją. Udała, że przyjmuje ode mnie pierścionek za knuta a potem, żebym przetrzeźwiał od nadmiaru miłości, ofiarowała mi wianek. Dobry ruch, bo gdy wróciłem do niej rozanielony, zaczęło do mnie docierać jak irracjonalnie się zachowywałem – opisał, a potem gwałtownie przystanął. – Czekaj, powiedz mi, że to o moich oświadczynach wspominała Florence.
A nie o jakichś innych od jakiegoś bogatego, przyzwoitego, czystokrwistego czarodzieja, z którego w marcu zdjęła klątwę, a który w maju wysłał jej bukiet kwiatów, w czerwcu poszli razem na pierwszą randkę a teraz pragnęli się pobrać.
Myśl, że Florence jednak nikogo nie miała, choć nie powinna, przyniosła Patrickowi spore zadowolenie.
Znowu przystanął. Uniósł rękę, jakby dając znać Atreusowi, by zamilkł. Weszli już na jałową ziemię. Dookoła nich panowała głucha cisza. Steward obrócił się dookoła własnej osi. Żadnego stukotu dzięcioła, żadnych ptasich treli, żadnego lisa, zająca, jelenia w gęstwinie. To miejsce wydawało się wymarłe.