04.06.2024, 02:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.06.2024, 00:51 przez Thomas Figg.)
Nawet nie wiedział kiedy, ale noc minęła jak z bicza strzelił - zupełnie nie podejrzewał ,że sprzątanie może być tak zajmujące i hmmm odkrywcze. To chyba najlepsze słowo jakie teraz potrafił znaleźć. Zapewne ktoś z bardziej poetyckim podejściem, znalazłby jakieś porównanie do tego co robili, że byli jak świeża woda, która przerwała bobrową tamę i obmywała z zanieczyszczeń stare koryto rzeczne czy słońce, które wyszło po kilkudniowej burzy.
Po rozprawieniu się Bogiem niema całą noc spędził na segregowaniu ksiąg z gabinetu, który czyścił z Brenną obrał sobie za cel pozbycie się wszystkiego co mogło być potencjalnie niebezpieczne. Dlatego też kiedy w nozdrza uderzył go zapach kawy spojrzał na zegarek. Zszokowany przeciągając się opuścił gabinet, aby nalać sobie tego zbawiennego napoju - potrzebował go, żeby móc patrzeć normalnie na świat otwartymi oczami a nie przez dwie szpary. Po "zabawie" z boginem absolutnie nie miał ochoty na spanie - wolał unikać ewentualnych koszmarów.
Z kubkiem ciepłej kawy w jednej ręce i dwoma bułeczkami w drugiej - zdecydował się na przewietrzenie się. Poranne letnie powietrze było idealne do ogarnięcia bałaganu w umyśle i rozluźnienie się.
Zapatrzony w niebo, które robił osie coraz jaśniejsze w pierwszej chwili nie zauważył, że przed domem nie jest sam. Zamarł i drgnął, kiedy usłyszał głos Brenny. Chciał właśnie ugryźć kęs bułeczki, więc jakże mądrze zamarł z nią utkwioną w ustach. Zamrugał na widok panny Longbottom i wyjął jedzenie z gęby.
- Witaj Bren - odpowiedział z uśmiechem, które przerodziło się w ziewnięcie, które zamaskował kubkiem z kawą, której upił łyk. - Nie, noc była całkiem spokojna. Dzięki temu skończyłem przeglądać wszystkie księgi z gabinetu, możemy się kilkunastu pozbyć, raczej nie będą nam potrzebne. Można je przenieść na strych zamiast wyrzucać. I na szczęście nie znalazłem niczego niebezpiecznego - dodał jeszcze odrywając od niej wzrok i wpatrując się w niebo - lubił ten moment, kiedy mrok nocy rozpraszany jest przez światło słońca.
Miniona noc była ponura, ciemna i wypełniona dość makabrycznymi widokami, które na szczęście były jedynie ich lękami. Za to teraz wschodził nowy dzień, zapatrzył się w horyzont, gdzie słońce zmieniało barwę nieba z błękitu na delikatny pomarańcz i czerwień, niemal krwistą. Pamiętał stare porzekadło mówiące, że krwawe wschody słońca oznaczają, że poprzedniego dnia lub nocy przelano krew. Czy to znaczy, że mroczni czarodzieje wczoraj zaatakowali? Potrząsnął głową wolą nie myśleć o tej kwestii. Nie chciał psuć sobie tak pięknego widowiska, jakby było oglądanie wschodu słońca, rozmyślaniem o mrocznym lordzie.
- Dlaczego w sumie nie śpisz? Powinnaś raczej zaczerpnąć jak najwięcej odpoczynku - przeniósł ponownie spojrzenie na Brennę, patrząc jak pierwsze promienie słoneczne zaczynają oświetlać jej sylwetkę, co samo w sobie było zjawiskowe.
Po rozprawieniu się Bogiem niema całą noc spędził na segregowaniu ksiąg z gabinetu, który czyścił z Brenną obrał sobie za cel pozbycie się wszystkiego co mogło być potencjalnie niebezpieczne. Dlatego też kiedy w nozdrza uderzył go zapach kawy spojrzał na zegarek. Zszokowany przeciągając się opuścił gabinet, aby nalać sobie tego zbawiennego napoju - potrzebował go, żeby móc patrzeć normalnie na świat otwartymi oczami a nie przez dwie szpary. Po "zabawie" z boginem absolutnie nie miał ochoty na spanie - wolał unikać ewentualnych koszmarów.
Z kubkiem ciepłej kawy w jednej ręce i dwoma bułeczkami w drugiej - zdecydował się na przewietrzenie się. Poranne letnie powietrze było idealne do ogarnięcia bałaganu w umyśle i rozluźnienie się.
Zapatrzony w niebo, które robił osie coraz jaśniejsze w pierwszej chwili nie zauważył, że przed domem nie jest sam. Zamarł i drgnął, kiedy usłyszał głos Brenny. Chciał właśnie ugryźć kęs bułeczki, więc jakże mądrze zamarł z nią utkwioną w ustach. Zamrugał na widok panny Longbottom i wyjął jedzenie z gęby.
- Witaj Bren - odpowiedział z uśmiechem, które przerodziło się w ziewnięcie, które zamaskował kubkiem z kawą, której upił łyk. - Nie, noc była całkiem spokojna. Dzięki temu skończyłem przeglądać wszystkie księgi z gabinetu, możemy się kilkunastu pozbyć, raczej nie będą nam potrzebne. Można je przenieść na strych zamiast wyrzucać. I na szczęście nie znalazłem niczego niebezpiecznego - dodał jeszcze odrywając od niej wzrok i wpatrując się w niebo - lubił ten moment, kiedy mrok nocy rozpraszany jest przez światło słońca.
Miniona noc była ponura, ciemna i wypełniona dość makabrycznymi widokami, które na szczęście były jedynie ich lękami. Za to teraz wschodził nowy dzień, zapatrzył się w horyzont, gdzie słońce zmieniało barwę nieba z błękitu na delikatny pomarańcz i czerwień, niemal krwistą. Pamiętał stare porzekadło mówiące, że krwawe wschody słońca oznaczają, że poprzedniego dnia lub nocy przelano krew. Czy to znaczy, że mroczni czarodzieje wczoraj zaatakowali? Potrząsnął głową wolą nie myśleć o tej kwestii. Nie chciał psuć sobie tak pięknego widowiska, jakby było oglądanie wschodu słońca, rozmyślaniem o mrocznym lordzie.
- Dlaczego w sumie nie śpisz? Powinnaś raczej zaczerpnąć jak najwięcej odpoczynku - przeniósł ponownie spojrzenie na Brennę, patrząc jak pierwsze promienie słoneczne zaczynają oświetlać jej sylwetkę, co samo w sobie było zjawiskowe.