04.06.2024, 07:26 ✶
W halu (chybaXD)
Christopher i Atreus nie pobili się, gdy wyprowadzono ich do ogrodu. Właściwie nawet dość szybko się dogadali, może dlatego, że obaj znali się od lat i obaj nie byli najmilszymi mężczyznami na świecie (czasem to raczej ułatwiało niż utrudniało porozumienie). A może bo Rosier dość szybko zwrócił swój gniew gdzieś indziej. Lub bo postanowił, że bicie aurora na zdrowie mu nie wyjdzie, zwłaszcza kiedy ten dwoił się mu trochę w oczach. Nie oznaczało to jednak, że gniew projektanta zmalał choćby o jotę: oko wciąż go bolało, a jeszcze bardziej paliło poczucie upokorzenia.
Zapalili, pogadali, a potem Christopher zostawił Atreusa z jakąś dziewczyną w garniturze (nie wiedział, kto go uszył, ale oby nikt z Rosierów, był fatalnym, po prostu fatalny) I sam ruszył w ślad za Perseusem Blackiem i Laurentem, których dostrzegł, gdy obserwowali ich w ogrodzie, jakby byli jakimiś eksponatami w cyrku.
To wszystko była wina Blacka!
Christopherowi nie mieściło się w głowie, że ktoś inny decydował na jego weselu, podążył więc ich śladem szybkim krokiem, pałając świętym oburzeniem. Jego oko było opuchnięte, a siniak zaczynał już przybierać piękną, głęboką barwę. Rosier normalnie pewnie ulotniłby się, by nie pokazywać się tak ludziom, ale musiał, po prostu musiał wyrazić oburzenie.
- Panie Black - rzucił, gdy ich wreszcie dogonił. - Laurencie - przywitał się, chociaż gniewne spojrzenie utkwił w Perseuszu, jakby Prewetta nie zauważał. Efekt byłby zapewne lepszy, gdyby Chris nie przypominał w tej chwili pandy. - Nie spodziewałbym się po rodzie Blacków tak... specyficznego poczucia humoru - powiedział chłodno, bardzo, bardzo starając się nie zacząć krzyczeć i nie machać rękami. Był człowiekiem ekspresyjnym i czasem mu się to zdarzało. Miał ochotę spytać krótko, co wam odjebało, ale trochę nie uchodziło. - Amortencja w drinkach? Wybieg godny McKinnonów. Ujdzie na ścieżkach, nie tutaj. Najwyraźniej ta kapibara to również nie było zaklęcie, a pokaz tego, jak traktujecie gości?
Christopher i Atreus nie pobili się, gdy wyprowadzono ich do ogrodu. Właściwie nawet dość szybko się dogadali, może dlatego, że obaj znali się od lat i obaj nie byli najmilszymi mężczyznami na świecie (czasem to raczej ułatwiało niż utrudniało porozumienie). A może bo Rosier dość szybko zwrócił swój gniew gdzieś indziej. Lub bo postanowił, że bicie aurora na zdrowie mu nie wyjdzie, zwłaszcza kiedy ten dwoił się mu trochę w oczach. Nie oznaczało to jednak, że gniew projektanta zmalał choćby o jotę: oko wciąż go bolało, a jeszcze bardziej paliło poczucie upokorzenia.
Zapalili, pogadali, a potem Christopher zostawił Atreusa z jakąś dziewczyną w garniturze (nie wiedział, kto go uszył, ale oby nikt z Rosierów, był fatalnym, po prostu fatalny) I sam ruszył w ślad za Perseusem Blackiem i Laurentem, których dostrzegł, gdy obserwowali ich w ogrodzie, jakby byli jakimiś eksponatami w cyrku.
To wszystko była wina Blacka!
Christopherowi nie mieściło się w głowie, że ktoś inny decydował na jego weselu, podążył więc ich śladem szybkim krokiem, pałając świętym oburzeniem. Jego oko było opuchnięte, a siniak zaczynał już przybierać piękną, głęboką barwę. Rosier normalnie pewnie ulotniłby się, by nie pokazywać się tak ludziom, ale musiał, po prostu musiał wyrazić oburzenie.
- Panie Black - rzucił, gdy ich wreszcie dogonił. - Laurencie - przywitał się, chociaż gniewne spojrzenie utkwił w Perseuszu, jakby Prewetta nie zauważał. Efekt byłby zapewne lepszy, gdyby Chris nie przypominał w tej chwili pandy. - Nie spodziewałbym się po rodzie Blacków tak... specyficznego poczucia humoru - powiedział chłodno, bardzo, bardzo starając się nie zacząć krzyczeć i nie machać rękami. Był człowiekiem ekspresyjnym i czasem mu się to zdarzało. Miał ochotę spytać krótko, co wam odjebało, ale trochę nie uchodziło. - Amortencja w drinkach? Wybieg godny McKinnonów. Ujdzie na ścieżkach, nie tutaj. Najwyraźniej ta kapibara to również nie było zaklęcie, a pokaz tego, jak traktujecie gości?