04.06.2024, 07:52 ✶
Wiedziała, że Atreus uderzył Laurenta, ale słuchanie o tym po raz drugi nie było ani trochę łatwiejsze. Oczywiście, że bili się już jako dzieci - czy raczej to Atreusowi zdarzało się popchnąć kuzyna, czy to we frustracji, czy by wygrać w wyścigu - teraz jednak nabierało innego wymiaru. Zwłaszcza wobec tego, jak niechętnie Laurent stosował przemoc, a jak często sięgał po nią Atreus.
Jeszcze niedawno nie uwierzyłaby, że podniósłby rękę, na któreś z nich, a teraz czuła całą sobą, że z jej bratem dzieje się coś złego. Nie tylko dlatego, że jego ciało przenikało zimno: zmiana sięgała znacznie głębiej. A może to nie była zmiana, może po prostu to wszystko, co przez lata kotłowało się pod powierzchnią, teraz było bliskie wybuchu? Jak daleko mógł się posunąć?
A Laurent, który ewidentnie wymagał pomocy terapeuty, tak jak sam wspominał nie tak dawno temu - nie by go naprawić, a wbić mu wreszcie do głowy, że nie był przedmiotem?
Dławiło ją w gardle na myśl o tym, że w ogóle dopuściła, by doszło do takich rzeczy.
Wypuściła młodego Prewetta z ramion, i pozwoliła, by ten poszedł do Atreusa. Może powinna poczuć ulgę, ale wcale tej nie czuła: może ta rozmowa pozwoliła chłopakowi wyrzucić z siebie to, co od dawna leżało mu ma sercu, Florence była jednak, że to o wiele za mało, aby wszystko naprawić.
Nie mogła jednak dać tego po sobie poznać.
Zawahała się na moment niepewna, czy objąć ich obu, ale ostatecznie pozostawiła ten moment dla nich. Odwróciła się po prostu, zalewając tę trzecią herbatę, zabierając się za kończenie kanapek, mechanicznymi ruchami, wyprostowana jak zwykle, z niby spokojną twarzą. Chociaż spokoju wcale nie czuła.
Nie była matką żadnego z tych chłopców, ale i tak zastanawiała się teraz, co i w którym momencie zrobiła źle. A może nie mogła nic zrobić? Może ludzie, na których natrafili i rzeczy, które ich spotkały, musiały pchnąć ich w tę stronę? I oby, po prostu, potrafili jeszcze zawrócić?
Jeszcze niedawno nie uwierzyłaby, że podniósłby rękę, na któreś z nich, a teraz czuła całą sobą, że z jej bratem dzieje się coś złego. Nie tylko dlatego, że jego ciało przenikało zimno: zmiana sięgała znacznie głębiej. A może to nie była zmiana, może po prostu to wszystko, co przez lata kotłowało się pod powierzchnią, teraz było bliskie wybuchu? Jak daleko mógł się posunąć?
A Laurent, który ewidentnie wymagał pomocy terapeuty, tak jak sam wspominał nie tak dawno temu - nie by go naprawić, a wbić mu wreszcie do głowy, że nie był przedmiotem?
Dławiło ją w gardle na myśl o tym, że w ogóle dopuściła, by doszło do takich rzeczy.
Wypuściła młodego Prewetta z ramion, i pozwoliła, by ten poszedł do Atreusa. Może powinna poczuć ulgę, ale wcale tej nie czuła: może ta rozmowa pozwoliła chłopakowi wyrzucić z siebie to, co od dawna leżało mu ma sercu, Florence była jednak, że to o wiele za mało, aby wszystko naprawić.
Nie mogła jednak dać tego po sobie poznać.
Zawahała się na moment niepewna, czy objąć ich obu, ale ostatecznie pozostawiła ten moment dla nich. Odwróciła się po prostu, zalewając tę trzecią herbatę, zabierając się za kończenie kanapek, mechanicznymi ruchami, wyprostowana jak zwykle, z niby spokojną twarzą. Chociaż spokoju wcale nie czuła.
Nie była matką żadnego z tych chłopców, ale i tak zastanawiała się teraz, co i w którym momencie zrobiła źle. A może nie mogła nic zrobić? Może ludzie, na których natrafili i rzeczy, które ich spotkały, musiały pchnąć ich w tę stronę? I oby, po prostu, potrafili jeszcze zawrócić?