04.06.2024, 08:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2024, 10:14 przez Florence Bulstrode.)
Przy wejściu do ogrodów
Florence rzeczywiście była zawiedziona. Tańczyła na tym parkiecie chwilę wcześniej, trochę wściekła, trochę zawstydzona, zastanawiając się, czy Atreus postawił sobie za punkt honoru zniszczenie reputacji ich rodziny, i chociaż policzki znów były blade, nie piekły jej już z tego całego wstydu, to w duchu wciąż Florence doskwierała ta sytuacja. Nie umiała nie przejmować się zupełnie, a to nie był jakiś wiejski jarmark, gdzie dwa młode koguciki mogły się podziobać, bo jedna kurka miała szczególnie kolorowe piórka.
Nie zamierzała jednak wyrażać tego zawodu od razu. Po pierwsze, obok był ktoś obcy, po drugie wobec rodziny Florence bywała miękka, do stopnia niemalże hipokryzji, i chciała najpierw dowiedzieć się, co zaszło. Bójka z Philipem Nottem miała swoją przyczynę i sama uzdrowicielka nie wyciągnęła dłoni, by schwytać brata, nim wymierzył cios. Być może i tu istniał jakiś powód - chociaż jako żywo, Florence nie wyobrażała sobie, jak musiałby być dobry, aby uznała, że bicie kogoś na środku parkietu jest usprawiedliwione.
- Nasza kuzynka Maamelka - powtórzyła, bardzo chłodno i zwróciła spojrzenie na Maeve Chang, a jej usta wygięły się w uśmiechu, który jasnych oczu absolutnie nie sięgał. - Jak miło. Nie miałam pojęcia, że poznam tutaj rodzinę. Cóż za niespodziewane spotkanie.
Ton nie pozostawał wątpliwości wobec tego, że nie było jej ani trochę miło: gdyby głos mógł mieć temperaturę, to ta głosu Florence oscylowałaby mniej więcej w rejonach spotykanych nocą na Arktyce.
Myślała, że gorzej już chyba być nie może. Atreus pobił młodego Rosiera na weselu Blacków i najwyraźniej przyprowadził tutaj jakąś fałszywą kuzynkę.
Ale oczywiście, zaraz okazało się, że jest gorzej.
Jej brat oszalał.
Doszczętnie oszalał.
- Wychodzimy stąd, Atreusie. Teraz - powiedziała, blada jak sama śmierć, gdy zaczął opowiadać o kuzynie Eustachym, Chinach i Madagaskarze, obejmując tę obcą kobietę i roniąc rzęsiste łzy. Morpheus zrozumie, gdy potem mu to wyjaśni. Nie była pewna, czy może gdy ich wyprowadzono, Christopher uderzył go w głowę tak mocno, że coś w niej się poprzestawiało, czy pobyt w Limbo ujawnił niespodziewane skutki uboczne, czy może ktoś rzucił na niego klątwę, czy może postanowił robić sobie z niej żarty, ale każda opcja zdawała się równie zła. Modliła się tylko, by nie zdążył przedstawić tych rewelacji o kuzynie Eustachym porzucającym dzieci na Madagaskarze zbyt wielu gościom. Wyciągnie go stąd, choćby miała prosić o pomoc tego półolbrzyma, zatrudnianego przez Blacków…
Ale wtedy Atreus uwiesił się na niej, załkał jeszcze mocniej i zaczął opowiadać coś o amortencji.
– Na litość bogini – szepnęła Florence, obejmując go odruchowo. – Na bok. Chodźmy na bok – stwierdziła, próbując odciągnąć go nieco od wejścia do ogrodów, gdzie każdy idący zaczerpnąć świeżego powietrza mógłby zobaczyć, jak słynny auror po bójce szlocha w ramię siostry. Amortencja? Dodano mu amortencji do drinka? Chyba eliksiru mącącego w głowie! Nie była pewna, czy się tym przerazić, czy ucieszyć, bo to oznaczało, że jednak nie oszalał. Na razie skupiła się jednak na próbie cofnięciu wraz z nim od wejścia gdzieś, gdzie nie będą tak bardzo na widoku.
Florence rzeczywiście była zawiedziona. Tańczyła na tym parkiecie chwilę wcześniej, trochę wściekła, trochę zawstydzona, zastanawiając się, czy Atreus postawił sobie za punkt honoru zniszczenie reputacji ich rodziny, i chociaż policzki znów były blade, nie piekły jej już z tego całego wstydu, to w duchu wciąż Florence doskwierała ta sytuacja. Nie umiała nie przejmować się zupełnie, a to nie był jakiś wiejski jarmark, gdzie dwa młode koguciki mogły się podziobać, bo jedna kurka miała szczególnie kolorowe piórka.
Nie zamierzała jednak wyrażać tego zawodu od razu. Po pierwsze, obok był ktoś obcy, po drugie wobec rodziny Florence bywała miękka, do stopnia niemalże hipokryzji, i chciała najpierw dowiedzieć się, co zaszło. Bójka z Philipem Nottem miała swoją przyczynę i sama uzdrowicielka nie wyciągnęła dłoni, by schwytać brata, nim wymierzył cios. Być może i tu istniał jakiś powód - chociaż jako żywo, Florence nie wyobrażała sobie, jak musiałby być dobry, aby uznała, że bicie kogoś na środku parkietu jest usprawiedliwione.
- Nasza kuzynka Maamelka - powtórzyła, bardzo chłodno i zwróciła spojrzenie na Maeve Chang, a jej usta wygięły się w uśmiechu, który jasnych oczu absolutnie nie sięgał. - Jak miło. Nie miałam pojęcia, że poznam tutaj rodzinę. Cóż za niespodziewane spotkanie.
Ton nie pozostawał wątpliwości wobec tego, że nie było jej ani trochę miło: gdyby głos mógł mieć temperaturę, to ta głosu Florence oscylowałaby mniej więcej w rejonach spotykanych nocą na Arktyce.
Myślała, że gorzej już chyba być nie może. Atreus pobił młodego Rosiera na weselu Blacków i najwyraźniej przyprowadził tutaj jakąś fałszywą kuzynkę.
Ale oczywiście, zaraz okazało się, że jest gorzej.
Jej brat oszalał.
Doszczętnie oszalał.
- Wychodzimy stąd, Atreusie. Teraz - powiedziała, blada jak sama śmierć, gdy zaczął opowiadać o kuzynie Eustachym, Chinach i Madagaskarze, obejmując tę obcą kobietę i roniąc rzęsiste łzy. Morpheus zrozumie, gdy potem mu to wyjaśni. Nie była pewna, czy może gdy ich wyprowadzono, Christopher uderzył go w głowę tak mocno, że coś w niej się poprzestawiało, czy pobyt w Limbo ujawnił niespodziewane skutki uboczne, czy może ktoś rzucił na niego klątwę, czy może postanowił robić sobie z niej żarty, ale każda opcja zdawała się równie zła. Modliła się tylko, by nie zdążył przedstawić tych rewelacji o kuzynie Eustachym porzucającym dzieci na Madagaskarze zbyt wielu gościom. Wyciągnie go stąd, choćby miała prosić o pomoc tego półolbrzyma, zatrudnianego przez Blacków…
Ale wtedy Atreus uwiesił się na niej, załkał jeszcze mocniej i zaczął opowiadać coś o amortencji.
– Na litość bogini – szepnęła Florence, obejmując go odruchowo. – Na bok. Chodźmy na bok – stwierdziła, próbując odciągnąć go nieco od wejścia do ogrodów, gdzie każdy idący zaczerpnąć świeżego powietrza mógłby zobaczyć, jak słynny auror po bójce szlocha w ramię siostry. Amortencja? Dodano mu amortencji do drinka? Chyba eliksiru mącącego w głowie! Nie była pewna, czy się tym przerazić, czy ucieszyć, bo to oznaczało, że jednak nie oszalał. Na razie skupiła się jednak na próbie cofnięciu wraz z nim od wejścia gdzieś, gdzie nie będą tak bardzo na widoku.