Kobieta rozumiała wątpliwości córki. Tak się składało, że człowiek był istotą społeczną. Życie w samotności budziło pytania i troskę.
— Wiesz, jestem zbyt zajęta, żeby się zastanawiać nad takimi rzeczami — odpowiedziała żartobliwie. — Ale, naprawdę, dobrze mi, jak jest. Przyzwyczaiłam się do życia w samotności. Gdybym miała teraz zmieniać swoje przyzwyczajenia, rutyny... Hm... Dobrze mi jest, jak jest. A na samotność i tak nie narzekam. Codziennie spotykam tyle osób, że czasem tęskno mi za moją cichą i pustą kuchnią.
Niechęć do zmiany nawyków brzmiała trochę jak tania wymówka, ale Ralitsa była rzeczywiście minimalistyczną osóbką, która dążyła do życia w całkowitym spokoju. Uwielbiała powtarzać każdego dnia nawet najmniejszą czynność, czy to podlewanie roślin, czy smarowanie chleba masłem. Dawało jej to pokój duszy. Chroniło przed myślami o niepewnej przyszłości i czyhających zagrożeniach.
— O nie, ogórków mam już dosyć — roześmiała się. Ostatnio odkryła całą półkę pikli, które przypadkiem zasłoniła jakąś szmatką. Byłą pewna, że pod spodem są puste słoiki, a niestety skończyło się na miesiącu z ogórkami. Bo tych pustych słoików akurat bardzo potrzebowała. — Ale potrzebuję jeszcze szałwii. Trzeba okadzić mieszkania na Lamas.