04.06.2024, 10:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.07.2024, 23:01 przez Lorraine Malfoy.)
– Wciąż czasem – codziennie, przecież nie masz pianina, pamiętasz? – “grywam” na starej, drewnianej planszy do ćwiczeń – dajesz darmowe lekcje kuzynom nie z dobroci serca, tylko po to, by móc dotknąć fortepianu swymi palcami, lepkimi od pożądania i brudu Nokturnu – z klawiszami wyrysowanymi ręką mojej matki. – Przesunęła wzrokiem po spokojnej twarzy mężczyzny, starając się wejść w kołyszący rytm rozmowy wyznaczony przez tempo, z jakim jego ramię ocierało się o jej ramię – Shafiq był jak mroczny przewoźnik, który pomagał jej łódce dobić do Wyspy Umarłych, wiosłując zgodnie z kursem wyznaczonym przez szarą toń swych oczu, przeciwstawiających się skłębionej burzy nad nimi – przed chwilą żyli muzyką, teraz żyli obrazem, który zainspirował poemat symfoniczny. Dwie postaci, podpływające do tajemniczej Wyspy, gotowe na eksplorację nieznanego. – Mam wtedy partyturę za jedyną towarzyszkę. Muzyka gra tylko w mojej głowie.
Nie adorował jej w sposób, który dobrze znała z arystokratycznych przyjęć – czy powiedziałam coś nie tak, analizowała Lorraine, coraz to silniej zaciskając pobielałe już knykcie na kopii Hamleta, czy czuć zapach rozkładu spod woni perfum? – a choć Lorraine nie podejrzewałaby nigdy kogoś, kto osiągnął, wedle relacji stryja, tak wiele na arenie politycznej, o brak zręczności i towarzyskiej ogłady, mężczyźni – niezależnie od rangi, statusu krwi czy wieku – zachowali się w jej towarzystwie w określony sposób.
Bo jesteś wilą, szepnął jej nad uchem duch Mirandy Malfoy. Bo jesteś pierdolonym potworem.
Shafiq nie był nachalny, nie było w jego spojrzeniu protekcjonalnej pobłażliwości, z którą patrzyli na nią podstarzali dżentelmeni o głodnych oczach – takich nawet lubiła, pomyślała, czując, jak rumieniec wstydu barwi jej policzki na samo wspomnienie Otto – a już na pewno żadnej agresywnej lubieżności. To, z kolei, przyjęła z ulgą.
– Może dlatego też dziwnie odstręcza mnie większość interpretacji Szekspira – denerwuje mnie aktorska maniera, sztuczność w intonacji, fałsz wypowiadanych słów – bo żadna nie dorównuje tej, która jest w mojej głowie. – Choć nie jestem bywalczynią teatrów, powinna dodać z asekuranckim wyrachowaniem, ale była zbyt dumna, by przyznać eleganckiemu panu Shafiq, z jak potworną, dyletancką ignorantką z społecznych nizin ma on okazję rozmawiać.
Ciekawe co by powiedział, widząc ją w operze; była tam całe trzy razy – za każdym razem na tym samym przedstawieniu, więc zdążyła nauczyć się go na pamięć – pierwsze dwa były wspaniałym, euforycznym doświadczeniem, ale gdy przyszła pora na trzeci, czar prysł. Do trzech razy sztuka, mawiała Ambrosia, i ta fraza odbijała się echem w głowie wystrojonej, siedemnastoletniej Lorraine, siedzącej na jednym z balkonów za ciotką i stryjem, a pomiędzy dziwnie milczącymi ojcem i matką. Ignorowała ich, pochylona nad partyturą, z policzkami zaróżowionymi z tłumionej złości, z trudem powstrzymując drżenie rąk: jeden z przyjezdnych tenorów potwornie fałszował, ignorując piękne melizmaty na rzecz taniego efekciarstwa, interpretując powierzoną mu rolę z wrażliwością rajfurki.
Lorraine nie miała pióra, ale poradziła sobie z tą niedogodnością: miała tak pokaleczone skórki wokół paznokci, że wystarczyło trochę mocniej poskubać jątrzące się rany, by popłynęła z nich krew.
Och, gdyby ją wtedy widział: młodą, przepełnioną cichą furią wobec artysty, którego widziała pierwszy, i zapewne ostatni raz na oczy – jak z zimną mściwością zaznaczała na pomiętej partyturze popełniane przez niego błędy swoją własną krwią – bo jakże ten filister śmiał okaleczyć jej ulubioną arię, jakże śmiał zniszczyć misterium dziewczyny, dla której dzisiejsza noc była świętsza od sabatu?
Wkrótce niemal wszystkie kartki poplamione była krwią. Lorraine toczyła ją ze swych palców z jakimś szaleńczym zapamiętaniem – w nabożnym skupieniu męczennicy, ginącej w obronie swej wiary, jak pierwsze czarownice z Salem – dopóki ojciec nie zauważył co robi, i nie ścisnął jej za nadgarstek tak mocno, że aż pisnęła z bólu.
– Im cięższe ciosy fortuny, tym chlubniejsze rany, jeśli je znosim męsko i roztropnie – zacytowała gładko, obrzucając mężczyznę śmiałym spojrzeniem. Wysunęła władczo podbródek, jak gdyby rzucała mu wyzwanie. – Dlaczego Coriolanus? Czy na szczycie aż tak… – miała wystarczająco dużo taktu, by udać, że się rumieni, że odwraca wstydliwie wzrok, że patrzy na rozmówcę tylko spod opuszczonych rzęs, jak gdyby bała się jego reakcji, niewinna dziewczyna, niewinne pytanie, niewinne spojrzenie, niewinny uśmiech zakłopotania – ...doskwiera samotność?
Wiedziała, że nie powinna tego mówić. Czekała na reakcję mężczyzny, wyprostowana, dziwnie rozdrażniona, sama nie wiedząc, co chciała mu tym wszystkim udowodnić.
Nie adorował jej w sposób, który dobrze znała z arystokratycznych przyjęć – czy powiedziałam coś nie tak, analizowała Lorraine, coraz to silniej zaciskając pobielałe już knykcie na kopii Hamleta, czy czuć zapach rozkładu spod woni perfum? – a choć Lorraine nie podejrzewałaby nigdy kogoś, kto osiągnął, wedle relacji stryja, tak wiele na arenie politycznej, o brak zręczności i towarzyskiej ogłady, mężczyźni – niezależnie od rangi, statusu krwi czy wieku – zachowali się w jej towarzystwie w określony sposób.
Bo jesteś wilą, szepnął jej nad uchem duch Mirandy Malfoy. Bo jesteś pierdolonym potworem.
Shafiq nie był nachalny, nie było w jego spojrzeniu protekcjonalnej pobłażliwości, z którą patrzyli na nią podstarzali dżentelmeni o głodnych oczach – takich nawet lubiła, pomyślała, czując, jak rumieniec wstydu barwi jej policzki na samo wspomnienie Otto – a już na pewno żadnej agresywnej lubieżności. To, z kolei, przyjęła z ulgą.
– Może dlatego też dziwnie odstręcza mnie większość interpretacji Szekspira – denerwuje mnie aktorska maniera, sztuczność w intonacji, fałsz wypowiadanych słów – bo żadna nie dorównuje tej, która jest w mojej głowie. – Choć nie jestem bywalczynią teatrów, powinna dodać z asekuranckim wyrachowaniem, ale była zbyt dumna, by przyznać eleganckiemu panu Shafiq, z jak potworną, dyletancką ignorantką z społecznych nizin ma on okazję rozmawiać.
Ciekawe co by powiedział, widząc ją w operze; była tam całe trzy razy – za każdym razem na tym samym przedstawieniu, więc zdążyła nauczyć się go na pamięć – pierwsze dwa były wspaniałym, euforycznym doświadczeniem, ale gdy przyszła pora na trzeci, czar prysł. Do trzech razy sztuka, mawiała Ambrosia, i ta fraza odbijała się echem w głowie wystrojonej, siedemnastoletniej Lorraine, siedzącej na jednym z balkonów za ciotką i stryjem, a pomiędzy dziwnie milczącymi ojcem i matką. Ignorowała ich, pochylona nad partyturą, z policzkami zaróżowionymi z tłumionej złości, z trudem powstrzymując drżenie rąk: jeden z przyjezdnych tenorów potwornie fałszował, ignorując piękne melizmaty na rzecz taniego efekciarstwa, interpretując powierzoną mu rolę z wrażliwością rajfurki.
Lorraine nie miała pióra, ale poradziła sobie z tą niedogodnością: miała tak pokaleczone skórki wokół paznokci, że wystarczyło trochę mocniej poskubać jątrzące się rany, by popłynęła z nich krew.
Och, gdyby ją wtedy widział: młodą, przepełnioną cichą furią wobec artysty, którego widziała pierwszy, i zapewne ostatni raz na oczy – jak z zimną mściwością zaznaczała na pomiętej partyturze popełniane przez niego błędy swoją własną krwią – bo jakże ten filister śmiał okaleczyć jej ulubioną arię, jakże śmiał zniszczyć misterium dziewczyny, dla której dzisiejsza noc była świętsza od sabatu?
Wkrótce niemal wszystkie kartki poplamione była krwią. Lorraine toczyła ją ze swych palców z jakimś szaleńczym zapamiętaniem – w nabożnym skupieniu męczennicy, ginącej w obronie swej wiary, jak pierwsze czarownice z Salem – dopóki ojciec nie zauważył co robi, i nie ścisnął jej za nadgarstek tak mocno, że aż pisnęła z bólu.
– Im cięższe ciosy fortuny, tym chlubniejsze rany, jeśli je znosim męsko i roztropnie – zacytowała gładko, obrzucając mężczyznę śmiałym spojrzeniem. Wysunęła władczo podbródek, jak gdyby rzucała mu wyzwanie. – Dlaczego Coriolanus? Czy na szczycie aż tak… – miała wystarczająco dużo taktu, by udać, że się rumieni, że odwraca wstydliwie wzrok, że patrzy na rozmówcę tylko spod opuszczonych rzęs, jak gdyby bała się jego reakcji, niewinna dziewczyna, niewinne pytanie, niewinne spojrzenie, niewinny uśmiech zakłopotania – ...doskwiera samotność?
Wiedziała, że nie powinna tego mówić. Czekała na reakcję mężczyzny, wyprostowana, dziwnie rozdrażniona, sama nie wiedząc, co chciała mu tym wszystkim udowodnić.