- Chyba... nic mu nie jest. Dziękuję. - Odebrał od niej ręcznik i zaraz delikatnie owinął nim stworzenie, które wydarło ze swojej piersi smutną pieśń, spoglądając na ich dwójkę mądrymi, czarnymi oczami. Ciało feniksa nadal było ciepłe, ale kto w ogóle odważył się zrobić coś takiego... nie brakowało łowców, którzy gotowi byli zabić nawet za jedno pióro tego stworzenia, więc może w ogóle powinien dziękować niebiosom, że nic mu się nie stało. Przynajmniej tak to wyglądało. - Będę musiał z nim pójść do weterynarza, och, dobra Matko... - Wyglądał na bardzo zmęczonego, był całkowicie osowiały i kiedy Laurent się z nim podniósł, ostrożnie unosząc go w ramionach to wręcz wtulił się ufnie w niego, zamykając ślepia. A Laurenta aż spięło. Wszystkie włoski stanęły mu dęba, bo najgorsze myśli przechodziły mu przez głowę w tym momencie. Niby wiedział, że stworzenie się odrodzi, ale co, jeśli coś naprawdę mu się stało? - Nie powinienem może prosić, ale... pójdę z nim teraz do magizoologa, nic mu nie powinno być, ale wolę mieć pewność... jeśli wszystko będzie dobrze to czy mogłabyś z nim zostać na tę parę godzin? Jeśli nie masz żadnych planów... - Brzmiało to niby głupio, bo skoro "wszystko będzie dobrze" to znaczy, że nie była potrzeba, żeby się nadmiernie przejmować. Powód był jednak dość oczywisty i bez zastanawiania się - nie miał pojęcia, co się tutaj wydarzyło i czy ktokolwiek to zrobił to nie chciałby wrócić po więcej. Czy coś nie miało się wydarzyć. A jeśli coś feniksowi było to nie zamierzał się nawet na tę randkę ruszać. Victoria miała swoje problemy i na pewno też chciała odpocząć w swoim zaciszu, ale... zależało mu na tej pseudo-randce.
- Potrzymaj go proszę, wezmę dokumenty i już z nim pędzę... Jeśli chcesz możesz iść z nami! - Zawołał z garderoby, bo to do niej wpadł, żeby zmienić koszulę na jakąkolwiek normalną, a potem wpadł do swojego gabinetu, żeby zgarnąć swoje dokumenty. Nie na co dzień wpadało się do weterynarza z feniksem w rękach, ale chociaż nie widział na nim śladów czarnej magii (i nie czuł) to naprawdę nie zamierzał ryzykować - chociażby tym, że został otruty i stworzenie może cierpieć. Stworzenie, które teraz wpatrywało się w Victorię, również na niej oparte w ten ufny sposób.
Pod kątem amorów byli siebie warci. Nie chcieli pewnych rzeczy zaakceptować i musieli je popełnić sami, bo dobre rady były cenione, ale wcale niekoniecznie zmieniały kurs. Przyganiał kocioł garnkowi. Laurent miał jej jeszcze dużo do opowiedzenia - chociażby o Florence i jej darze jasnowidzenia, ale chwilowo to wszystko wypadło mu z głowy. Dość zabawne, że spotykali się tyle czasu i zawsze było coś, co chciałeś powiedzieć, ale czasami i tak cisza była najmilszą z wyborów. Jak we Włoszech. Kiedy szum morza i ciepłe słońce stanowiły najlepszy balsam na wszystkie ich rany, które chciały przedrzeć się przez skórę.
- Duma, do domu. Leżeć. - Jarczuk był niespokojny. Nastroszony. Kręcił się ciągle i Laurent przez moment miał kłopot, żeby wymóc na nim powrót do środka. Nie chciał, żeby ten kręcił się chwilowo po okolicy, bo zupełnie nie wiedział, czego się spodziewać. Skoro ktoś mógł poskromić feniksa - mógł też skrzywdzić jarczuka? Będzie szukał odpowiedzi na to pytanie później. - Przepraszam cię Victorio, nie chciałem... och... przecież wiesz, że nie chciałem. - Poprawił sam siebie, bo w sumie za co przepraszał? Przecież nie planował odwiedzin jakieś żartownisia (nie pomyślał o tym nawet mimo karteczki, że to żart), żeby wprawiać Victorię w kłopotliwą sytuację. Serce mu rozdzierał widok tego nieszczęsnego ptaka w takim stanie. - Idziesz czy zaczekasz? - Nawet mu do głowy nie przyszło, żeby ją pytać, czy wraca - znając ją nie chciałaby wrócić bez pewności, że z Fuego wszystko w porządku.