Skorzystał z wyciągniętej dłoni i w pierwszym momencie spojrzał po swojej marynarce i koszuli, czy na pewno nie uległa zabrudzeniu od kurzu, czy na pewno wypastowane buty nadal się błyszczały i nie było na nich śladu popiołu, zanim uniósł błękitne oczy. Jasność spotkała się z ciemnością. Nawet morze przygasało, kiedy krążyły nad nim czarne chmury, tak i musiały przygasnąć jego oczy, kiedy zawisła nad nim pełnia potęgi rodu Black wyeksponowana we wnętrzu estetycznego salonu. Piękno pochłaniało, wpajało się w duszę, żeby się odcisnąć na jej dnie - komponowało się z Perseusem, jakby było na każde jego skinienie i życzenie. Piękne róże w oknach i wspaniałe liście laurowe pochylały swoje głowy w dół przed... kim? Dziedzicem? Laurent w sumie zorientował się, że nie ma pojęcia, z kim rozmawia - czy z kimś na szczycie tej chorej piramidy, kto wyrażał niezdrowe (w tej kulturze) zainteresowanie mugolami, czy może z kimś niżej, kto po prostu bał się złości ojca i matki, kiedy zaprosi kogoś takiego jak Flynn otwarcie na przyjęcie. Wszystko było tu czarne. Czarne podłogi, ściany, ozdoby, czarna krew mieszkańców i czarne życie, które zatruwane było codziennością przytłaczających obowiązków i rwane niespełnionymi marzeniami. Trafił do Piekła, nie miał co do tego wątpliwości. Tym w końcu miało Piekło się zajmować, by kusić w swoim przedsionku i obiecywać rzeczy niestworzone, zanim pochłonie cię w całości.
- Dlaczego ktoś odniósł twoją laskę aż do tego domu? - Był obruszony, co było po nim widać. Gdyby jakiś służący się nawinął teraz pod ich nogi to jakoś postawa Prewetta w tym momencie nie pozostawiała wątpliwości, że zacząłby go rugać za nieodpowiednie zadbanie o młodego panicza na własnym ślubie. Przeróżne emocje kotłujące się pod jego czaszką z całego tygodnia powodowały istną sinusoidę podbijaną przez alkohol malujący na jego bladej twarzy zdrowe rumieńce. - Ze mną w tym salonie będziesz za nim przepadać. Nie rób takiej nieszczęśliwej miny, Perseusie, tylko prowadź. Oczywiście, że będę ci towarzyszył. - Alkohol zmieniał ludzi, ponoć wyciągał z nich też "prawdziwą tożsamość". To drugie było tak błędne jak i prawdziwe - po alkoholu ludzie potrafili zachowywać się jak zwierzęta, ale Laurent wypił na to zarówno za mało, a i zarazem wystarczająco dużo na jego słabą głowę, żeby jego oczy błyszczały, a on sam szedł przez to pomieszczenie i korytarz z taką pewnością siebie, jakby niemal był u siebie i jakby to on prowadził Perseusa, a nie na odwrót. Zupełnie jak jego ojciec.
- Za dużo czerni jest w tym domu, to przygnębiające i działa depresyjnie. - Stwierdził bez najmniejszego zawahania. Wkroczył, zaproszony, do magicznego salonu, który był taką zmorą życia Blacka i rozejrzał się z ciekawością, bawiąc w nawyku jednym z pierścionków na palcu. - Straszny chaos. - Nie, normalnie Laurent by się tak w życiu nie wypowiadał. Byłby sobą - delikatnie by coś przekazywał, ale na pewno nie powiedziałby słowa krytyki, albo robiłby to bardziej niepewnie. - Kto by zresztą chciał tu przebywać, kiedy patrzą na ciebie wszystkie te pokolenia Blacków, z których przynajmniej część zamieniła twoje oczy w jezioro smutku... - Przestał się rozglądać i spojrzał na Perseusa, który nagle się uśmiechnął patrząc na część, gdzie było jego własne nazwisko z dopisanym teraz imieniem Vespery.