04.06.2024, 14:38 ✶
– Musiałeś mocno się na tym skupić, skoro nie wkurzyliśmy cię rozbijaniem się po bibliotece – powiedziała Brenna, tłumiąc ziewnięcie. Przewrócone regały i ciskanie w nią i Vincenta książkami, oto były atrakcje pierwszej nocy Zakonu Feniksa w Księżycowym Stawie. – Dzięki, doceniam.
Naprawdę doceniała, że w ogóle tu byli i pomagali jej sprzątać. Niby wszystko w imię Zakonu Feniksa i w związku z tym poprosiła ich o pomoc bez zawahania (gdyby kupiła ten dom dla siebie, chodziłaby po nim i sprzątała sama, nie chcąc zawracać komukolwiek głowy), ale i tak nie czuła się z tym szczególnie dobrze. Zamiast zajmować się pracą, rodzinami, wypoczynkiem, tkwili tutaj z nią i walczyli nie tylko z kurzem i starociami, ale też z boginami i poltergeistami, i natykali się na dziwne dzienniki, listy oraz szkicowniki, sugerujące, że Juliusowie wcale nie wymarli z przyczyn naturalnych.
– Jeśli są zniszczone albo uważasz, że się nie przydadzą, wyczyściłabym je zaklęciem z treści i oddała na makulaturę, wiesz, nie ma co składować nikomu niepotrzebnych rzeczy, no i na strychu chcę uwięzić poltergeista – stwierdziła Brenna, takim samym tonem, jakby wspominała, że właściwie to myślała, aby na kolację zrobić dzisiaj jajecznicę.
Ugryzła kawałek swojej bułki z mięsem i serem, a potem popiła go kawą, wciąż w zamyśleniu przypatrując się roślinom, tonącym w porannej mgle.
Coś jej przypominały.
Nie mogła tylko chwycić tego wspomnienia.
…co wtedy trzymała w ręku?
Spojrzała na własną dłoń, jakby zaskoczona, że był w niej kubek, nie rękojeść.
– Wujek zna się na starożytnych runach, ty na pieczętowaniu, zechciałbyś z tym pomóc? Nie wykurzymy go stąd bez egzorcysty, ale no, trochę ciężko będzie ogarniać dom i eee… sprawdzać, co tu się do cholery dzieje tak ogólnie… jak będzie latał nam nad głowami i ciskał przedmiotami, może uda się mu chociaż ograniczyć pole latania? – powiedziała, a potem wymamrotała coś nieartykułowanego na jego odpowiedź, bo w ustach miała chwilowo kawałek bułki. Przegryzła i przełknęła, nim machnęła lekceważąco ręką. – Odpoczynek? No co ty, wszystkim powtarzam, że to na pewno jakaś bardzo paskudna choroba, nie wiem, czemu miałabym pozwolić, żeby mnie dopadła… A tak na poważnie, to mamy dużo do zrobienia, trzeba pozbyć się tych rzeczy wyniesionych wczoraj, pomyć resztę podłóg, obejrzeć schody, bo chyba wymagają naprawy, ogarnąć, co trzeba zamówić u stolarza, uwięzić poltergeista, zrobić listę zakupów, pogadać z jednym duchem, przejrzeć do końca papiery, sprawdzić, kto w nocy chodził w ścianach… – wyliczyła, odginając kolejne palce.
Naprawdę doceniała, że w ogóle tu byli i pomagali jej sprzątać. Niby wszystko w imię Zakonu Feniksa i w związku z tym poprosiła ich o pomoc bez zawahania (gdyby kupiła ten dom dla siebie, chodziłaby po nim i sprzątała sama, nie chcąc zawracać komukolwiek głowy), ale i tak nie czuła się z tym szczególnie dobrze. Zamiast zajmować się pracą, rodzinami, wypoczynkiem, tkwili tutaj z nią i walczyli nie tylko z kurzem i starociami, ale też z boginami i poltergeistami, i natykali się na dziwne dzienniki, listy oraz szkicowniki, sugerujące, że Juliusowie wcale nie wymarli z przyczyn naturalnych.
– Jeśli są zniszczone albo uważasz, że się nie przydadzą, wyczyściłabym je zaklęciem z treści i oddała na makulaturę, wiesz, nie ma co składować nikomu niepotrzebnych rzeczy, no i na strychu chcę uwięzić poltergeista – stwierdziła Brenna, takim samym tonem, jakby wspominała, że właściwie to myślała, aby na kolację zrobić dzisiaj jajecznicę.
Ugryzła kawałek swojej bułki z mięsem i serem, a potem popiła go kawą, wciąż w zamyśleniu przypatrując się roślinom, tonącym w porannej mgle.
Coś jej przypominały.
Nie mogła tylko chwycić tego wspomnienia.
…co wtedy trzymała w ręku?
Spojrzała na własną dłoń, jakby zaskoczona, że był w niej kubek, nie rękojeść.
– Wujek zna się na starożytnych runach, ty na pieczętowaniu, zechciałbyś z tym pomóc? Nie wykurzymy go stąd bez egzorcysty, ale no, trochę ciężko będzie ogarniać dom i eee… sprawdzać, co tu się do cholery dzieje tak ogólnie… jak będzie latał nam nad głowami i ciskał przedmiotami, może uda się mu chociaż ograniczyć pole latania? – powiedziała, a potem wymamrotała coś nieartykułowanego na jego odpowiedź, bo w ustach miała chwilowo kawałek bułki. Przegryzła i przełknęła, nim machnęła lekceważąco ręką. – Odpoczynek? No co ty, wszystkim powtarzam, że to na pewno jakaś bardzo paskudna choroba, nie wiem, czemu miałabym pozwolić, żeby mnie dopadła… A tak na poważnie, to mamy dużo do zrobienia, trzeba pozbyć się tych rzeczy wyniesionych wczoraj, pomyć resztę podłóg, obejrzeć schody, bo chyba wymagają naprawy, ogarnąć, co trzeba zamówić u stolarza, uwięzić poltergeista, zrobić listę zakupów, pogadać z jednym duchem, przejrzeć do końca papiery, sprawdzić, kto w nocy chodził w ścianach… – wyliczyła, odginając kolejne palce.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.