04.06.2024, 18:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2024, 18:52 przez Lorraine Malfoy.)
Daję się porwać tańcu i wymowie Anthony'ego na parkiecie. Zerkam na koniec na stół z deserami.
– Urocze. Choć pozwolę sobie przypuszczać, że podobne praktyki mają zwykle większy związek z kultem życia i śmierci, z niekończącym się tańcem cykli przyrody, i celebracją płodności... Aniżeli z pospolitym moralizatorstwem – zauważyła konwersacjonalnie. Nie miotaj się tak, Jagodo, bo zaraz tryśniesz sokiem, a na razie jesteś taka śliczna, świeżutka, i gotowa do zerwania z krzaczka, pomyślała Malfoy, szczerze ubawiona całym tym pokazem "hartu ducha", decydując się jeszcze troszeczkę pomóc gałązce z pyszną jagódką przechylić się w stronę wstawionego kuzyna.
– Dla świeżo upieczonego męża bardziej niż maniery liczy się w końcu to, by podczas nocy poślubnej panna nie leżała pod nim niczym kłoda.
Uśmiech Lorraine nie przygasł choćby na chwilę. Nie czekała na odpowiedź. Mrugnęła dyskretnie do Ambrosii i odwróciła się w stronę Anthony'ego, rozkosznie odrzucając włosy do tyłu, zanim ujęła jego dłoń, i pozwoliła poprowadzić się na parkiet.
– Przepych wydarzenia jest doskonale odstręczający. Wystrój sali przypomina skrzyżowanie taniego lupanaru z domem pogrzebowym. Ta rozstrojona altówka – niesłychane, że ją słychać, nie uważasz? – kaleczy moje uszy. Wszyscy są doskonale znudzeni, cyniczni i zblazowani, włącznie ze mną – ale może trochę mniej z tobą, bo domyślam się, z jakim entuzjazmem podjąłeś się zabawy w odróżnianie czerni od czerni – a dopóki się nie pojawiłeś u mojego boku, nie usłyszałam żadnego szczerego komplementu. – Delikatny uśmiech Lorraine stanowił absolutne zaprzeczenie wypowiadanych przez nią słów, ale miał jedną istotną właściwość: był jak najbardziej szczery. Tylko na pozór stonowany, rozświetlał jej oczy, w których zabłysły iskierki wesołości.
– Tęsknię za takim życiem. – Twarz Lorraine tchnęła spokojem. – Ale gardzę nim zarazem. I gardzę sobą, że tak jest, bogini Matka mi świadkiem. – Czy to moja wina, że zostałam do tego stworzona?, pomyślała, z lubością poddając się znajomemu rytmowi. Ich rozmowa była niespieszna, urozmaicona najprzyjemniejszą chyba z atrakcji weselnych: tańcem w ramionach doskonałego tancerza.
– Alkohol nie musi mącić mi głowie, żebym o tobie myślała – sprzeciwiła mu się przekornie, ale i stanowczo. Tak jak jemu moc wili nie musiała mieszać w głowie, żeby myślał o niej, prawda? Lorraine uważała się za ignorantkę w wielu dziedzinach, co dobitnie uświadomiła jej przyjaźń z Anthonym, który był doskonale wykształcony i obyty: mężczyzna miał jednak tę cudowną właściwość, że potrafił każdego inspirować do odkrywania uciech oferowanych przez życie, nawet, jeżeli to było wino, za którym Lorraine zwyczajnie nie przepadała. Wiedziała przecież, że to z kim innym chciałby je pić, ale była wdzięczna, że może pozostać marnym substytutem... Kogo? Nigdy nie pytała. Mógł ją komplementować kwiatami, ale ona od dłuższego czasu przypuszczała, że wolał inny bukiet.
– Ale możesz mi powiedzieć, co to za myśli rodzą się pod jego wpływem w męskiej głowie. – Odnajdywała spokój, ale i pewną chorą satysfakcję w tym, że myśli Maeve nigdy nie mógł zmącić żaden eliksir, tylko ona, tylko Lorraine. Dobrze wiesz, że nie lubię tracić kontroli, pomyślała, oddając tę kontrolę w ręce Shafiqa, bo przecież nie musiała się martwić, że pomyli kroki.
– Odważnie zakładasz, że Perseus przeżyje noc poślubną – zauważyła z psotną iskierką czającą się na dnie oczu. Zerknęła szybko w stronę stołów, chcąc skontrolować, jak wypadł jej debiut w roli swatki.
Na przenajświętsze łono Matki.
Zaśmiała się cicho, obracając twarz tak, by to Anthony mógł widzieć jej wesołość, nie zaś reszta zaaferowanego towarzystwa. Atreus wyglądał jednakowoż bardziej uroczo pod postacią kapibary, pomyślała rozbawiona, przenosząc wzrok z cudzoziemskiej damulki z powrotem Anthony'ego. Oczami wyobraźni zobaczyła zniesmaczoną minę Elliotta, który zmaterializował się nagle przy stole z deserami: w jej głowie wyglądał tak, jakby wahał się między jak najszybszym wezwaniem usług deratyzacyjnych, a pogratulowaniem kręcącemu się gdzieś nieopodal panu młodemu, że nawet na otwarciu kanału nie było takiej frekwencji szczurów.
– Przypuśćmy, że niedługo rzeczywiście czeka nas kolejna celebracja... Zakładam, że masz już jakąś wizję. – Może skandalizujący zespół jazzowy, którego energetyczne brzmienie ożywiłoby tę kapibarową menażerię?
Lorraine wdzięcznie wygięła szyję, kiedy przyjaciel przechylił ją w tańcu.
– Urocze. Choć pozwolę sobie przypuszczać, że podobne praktyki mają zwykle większy związek z kultem życia i śmierci, z niekończącym się tańcem cykli przyrody, i celebracją płodności... Aniżeli z pospolitym moralizatorstwem – zauważyła konwersacjonalnie. Nie miotaj się tak, Jagodo, bo zaraz tryśniesz sokiem, a na razie jesteś taka śliczna, świeżutka, i gotowa do zerwania z krzaczka, pomyślała Malfoy, szczerze ubawiona całym tym pokazem "hartu ducha", decydując się jeszcze troszeczkę pomóc gałązce z pyszną jagódką przechylić się w stronę wstawionego kuzyna.
– Dla świeżo upieczonego męża bardziej niż maniery liczy się w końcu to, by podczas nocy poślubnej panna nie leżała pod nim niczym kłoda.
Uśmiech Lorraine nie przygasł choćby na chwilę. Nie czekała na odpowiedź. Mrugnęła dyskretnie do Ambrosii i odwróciła się w stronę Anthony'ego, rozkosznie odrzucając włosy do tyłu, zanim ujęła jego dłoń, i pozwoliła poprowadzić się na parkiet.
– Przepych wydarzenia jest doskonale odstręczający. Wystrój sali przypomina skrzyżowanie taniego lupanaru z domem pogrzebowym. Ta rozstrojona altówka – niesłychane, że ją słychać, nie uważasz? – kaleczy moje uszy. Wszyscy są doskonale znudzeni, cyniczni i zblazowani, włącznie ze mną – ale może trochę mniej z tobą, bo domyślam się, z jakim entuzjazmem podjąłeś się zabawy w odróżnianie czerni od czerni – a dopóki się nie pojawiłeś u mojego boku, nie usłyszałam żadnego szczerego komplementu. – Delikatny uśmiech Lorraine stanowił absolutne zaprzeczenie wypowiadanych przez nią słów, ale miał jedną istotną właściwość: był jak najbardziej szczery. Tylko na pozór stonowany, rozświetlał jej oczy, w których zabłysły iskierki wesołości.
– Tęsknię za takim życiem. – Twarz Lorraine tchnęła spokojem. – Ale gardzę nim zarazem. I gardzę sobą, że tak jest, bogini Matka mi świadkiem. – Czy to moja wina, że zostałam do tego stworzona?, pomyślała, z lubością poddając się znajomemu rytmowi. Ich rozmowa była niespieszna, urozmaicona najprzyjemniejszą chyba z atrakcji weselnych: tańcem w ramionach doskonałego tancerza.
– Alkohol nie musi mącić mi głowie, żebym o tobie myślała – sprzeciwiła mu się przekornie, ale i stanowczo. Tak jak jemu moc wili nie musiała mieszać w głowie, żeby myślał o niej, prawda? Lorraine uważała się za ignorantkę w wielu dziedzinach, co dobitnie uświadomiła jej przyjaźń z Anthonym, który był doskonale wykształcony i obyty: mężczyzna miał jednak tę cudowną właściwość, że potrafił każdego inspirować do odkrywania uciech oferowanych przez życie, nawet, jeżeli to było wino, za którym Lorraine zwyczajnie nie przepadała. Wiedziała przecież, że to z kim innym chciałby je pić, ale była wdzięczna, że może pozostać marnym substytutem... Kogo? Nigdy nie pytała. Mógł ją komplementować kwiatami, ale ona od dłuższego czasu przypuszczała, że wolał inny bukiet.
– Ale możesz mi powiedzieć, co to za myśli rodzą się pod jego wpływem w męskiej głowie. – Odnajdywała spokój, ale i pewną chorą satysfakcję w tym, że myśli Maeve nigdy nie mógł zmącić żaden eliksir, tylko ona, tylko Lorraine. Dobrze wiesz, że nie lubię tracić kontroli, pomyślała, oddając tę kontrolę w ręce Shafiqa, bo przecież nie musiała się martwić, że pomyli kroki.
– Odważnie zakładasz, że Perseus przeżyje noc poślubną – zauważyła z psotną iskierką czającą się na dnie oczu. Zerknęła szybko w stronę stołów, chcąc skontrolować, jak wypadł jej debiut w roli swatki.
Na przenajświętsze łono Matki.
Zaśmiała się cicho, obracając twarz tak, by to Anthony mógł widzieć jej wesołość, nie zaś reszta zaaferowanego towarzystwa. Atreus wyglądał jednakowoż bardziej uroczo pod postacią kapibary, pomyślała rozbawiona, przenosząc wzrok z cudzoziemskiej damulki z powrotem Anthony'ego. Oczami wyobraźni zobaczyła zniesmaczoną minę Elliotta, który zmaterializował się nagle przy stole z deserami: w jej głowie wyglądał tak, jakby wahał się między jak najszybszym wezwaniem usług deratyzacyjnych, a pogratulowaniem kręcącemu się gdzieś nieopodal panu młodemu, że nawet na otwarciu kanału nie było takiej frekwencji szczurów.
– Przypuśćmy, że niedługo rzeczywiście czeka nas kolejna celebracja... Zakładam, że masz już jakąś wizję. – Może skandalizujący zespół jazzowy, którego energetyczne brzmienie ożywiłoby tę kapibarową menażerię?
Lorraine wdzięcznie wygięła szyję, kiedy przyjaciel przechylił ją w tańcu.