04.06.2024, 18:36 ✶
na parkiecie z Peregrinusem
Nie potrzebowała wytrawnych kroków, skomplikowanych kroków, bo sama nie była tancerką wprawną. Był czas, kiedy szlajała się po klubach, był czas kiedy puls przejmował kontrolę nad jej ciałem, znienawidzonym, nie takim, głupim, zachłannym, przeraźliwie zazdrosnym. Dzikie, agresywne ruchy nie ważne czy na zapoconej wysyconej kolorami sali, czy na zapleczu z kimś złapanym w przelocie, bezmyślnie w agresywnym pragnieniu zapomnienia o tym, jak podły był jej los i jak bardzo nie ogarniała zastanej rzeczywistości.
– Nie podoba Ci się? – pycha i zdecydowanie pierzchły wraz z przejęciem przez niego inicjatywy, nie tylko w tańcu, ale też rozmowie. Wielkie jak złociste galeony oczy utkwione były w nim tak dziwnie nienaturalnie znajomo i nieznajomo, jakby nie był to realny taniec, a irracjonalny sen który wbił Mildred w drapowaną materię koloru jej skóry i zamknął usta na wszelkie "kurwy", których w tej rozmowie powinno pojawić się już sześć co najmniej.
– Christopher powiedział, że nie potrzebuję nic więcej poza sobą, aby wzbudzić zachwyt, więc suknia, którą dla mnie zaprojektował... – urwała, pierwszy raz ześlizgując się wzrokiem z jego twarzy, na złączone dłonie, skupiając się moment na krokach, dając wybrzmieć między nimi muzyce, miarowemu raz, dwa trzy, które zdawały się być rozmyte poszumem krwi tak prędko krążącej w żyłach. – Nie podoba Ci się – odpowiedziała przełykając żal, pewna surowości jego opinii, z głową skierowaną wciąż w bok, by nie widzieć tego momentu, gdy zacznie jej kłamać. Nagle to się okazało tak bardzo ważne, co sądzi o tym, nie przypuszczała, że jego opinia nabrzmi gwałtownym crescendem zaciskając drobną klatkę piersiową. Czy to właśnie to oznaczało bycie kobietą? Trwanie w wiecznej niepewności, w pytaniu o to jak pięknym się jest? Skąd te myśli w ogóle się brały, czy wbijał je w głowę stukot obcasów, czy szelest rozkloszowanej ku ziemi sukni? A może to wrażenie nagości, choć gdyby przyszła tutaj pozbawiona ubrania, czułaby się bardziej osłonięta swoim szaleństwem i buntem, który teraz jej odebrano.
Nie potrzebowała wytrawnych kroków, skomplikowanych kroków, bo sama nie była tancerką wprawną. Był czas, kiedy szlajała się po klubach, był czas kiedy puls przejmował kontrolę nad jej ciałem, znienawidzonym, nie takim, głupim, zachłannym, przeraźliwie zazdrosnym. Dzikie, agresywne ruchy nie ważne czy na zapoconej wysyconej kolorami sali, czy na zapleczu z kimś złapanym w przelocie, bezmyślnie w agresywnym pragnieniu zapomnienia o tym, jak podły był jej los i jak bardzo nie ogarniała zastanej rzeczywistości.
– Nie podoba Ci się? – pycha i zdecydowanie pierzchły wraz z przejęciem przez niego inicjatywy, nie tylko w tańcu, ale też rozmowie. Wielkie jak złociste galeony oczy utkwione były w nim tak dziwnie nienaturalnie znajomo i nieznajomo, jakby nie był to realny taniec, a irracjonalny sen który wbił Mildred w drapowaną materię koloru jej skóry i zamknął usta na wszelkie "kurwy", których w tej rozmowie powinno pojawić się już sześć co najmniej.
– Christopher powiedział, że nie potrzebuję nic więcej poza sobą, aby wzbudzić zachwyt, więc suknia, którą dla mnie zaprojektował... – urwała, pierwszy raz ześlizgując się wzrokiem z jego twarzy, na złączone dłonie, skupiając się moment na krokach, dając wybrzmieć między nimi muzyce, miarowemu raz, dwa trzy, które zdawały się być rozmyte poszumem krwi tak prędko krążącej w żyłach. – Nie podoba Ci się – odpowiedziała przełykając żal, pewna surowości jego opinii, z głową skierowaną wciąż w bok, by nie widzieć tego momentu, gdy zacznie jej kłamać. Nagle to się okazało tak bardzo ważne, co sądzi o tym, nie przypuszczała, że jego opinia nabrzmi gwałtownym crescendem zaciskając drobną klatkę piersiową. Czy to właśnie to oznaczało bycie kobietą? Trwanie w wiecznej niepewności, w pytaniu o to jak pięknym się jest? Skąd te myśli w ogóle się brały, czy wbijał je w głowę stukot obcasów, czy szelest rozkloszowanej ku ziemi sukni? A może to wrażenie nagości, choć gdyby przyszła tutaj pozbawiona ubrania, czułaby się bardziej osłonięta swoim szaleństwem i buntem, który teraz jej odebrano.