04.06.2024, 20:28 ✶
Thomas dobrze wiedział, jak to jest klepać głupoty, zanim w ogóle się przemyślało, jaki mogą przynieść skutek, jeszcze gorzej bywało w momentach, gdy robił głupoty, o czym najlepiej pewnie wiedział Erik, taki już po prostu był i wiedział, że walka jest z tym stracona na starcie. Rozumiał to.
- Ale poza moją służbą mam ci dać już pozwolenie? - zaśmiał się, nie bardzo wierząc, że mógłby być buforem, który powstrzymałby Gerry. Nie wtedy, gdy była zdeterminowana. Pewnie i jego mało co zatrzymywało w takich chwilach.
Thomas czasem bał się bycia innym. Posiadał tą łatkę gdziekolwiek się nie obejrzał tylko przez to, że urodził się tym, kim był, na ile głupio to brzmi. A jednak z czasem nauczył się, że wcale nie oznacza to czegoś złego. Inność była ciekawa, intrygująca i pasjonująca. Jak Geraldine. Wyróżniała się, przykuwała wzrok, sprawiał, że inni czuli się ze sobą lepiej.
Thomas miał wiele odwagi, także do robienia rzeczy głupich, lub zabawnych, często jednak jedynie odciągał uwagę od tego, jak często był niepewny w sytuacjach, dla innych normalnych, a które go przerastały.
Jej potwierdzenie o zdobyciu władzy raczej siłą wprawiło go w śmiech. Nie chciał mówić - a nie mówiłem - ale widać zdążył ją na tyle poznać, by zdawać sobie z pewnych kwestii sprawę.
- Ważne by być lepszym niż poprzednicy, z ewentualnymi rebeliami pomoże ci twój pomagier, skoro obiecujesz go doceniać - zażartował, wiedząc, że gadali kompletne głupoty, bo w momencie, gdyby Brenna albo Erik dowiedzieli się, że właśnie objęli władzę nad czymkolwiek, poza własnymi życiami, prawdopodobnie zareagowaliby szybciej, niżby nacieszyli się władzą. Trochę się im nie dziwił.
Nie wiedział, gdzie dzisiejszy dzień miał ich zaprowadzić. Wszystko wydarzyło się szybko, przyznanie się do winy, przebaczenie, a następnie prosta i przyjemna rozmowa prowadząca do kolejnych pocałunków, od których Thomas chyba powoli się uzależniał.
Nie mówił nic więcej. Nie chciał psuć tego, co zbudowali, na tej polanie, która zdecydowanie zdobyła dla niego jeszcze więcej znaczenia, niż miała wcześniej.
Nie spieszyli się z niczym. Ani z jedzeniem, ani z alkoholem, ani z kolejnymi zetknięcia ich warg, tak częstych, jakby nie mogli się nimi nacieszyć.
I choć czas leciał, a słońce chyliło się ku zachodowi, nie potrafili przerwać tej magicznej chwili, która otuliła ich bezpiecznym woalem radości, którą czuli.
Nawet jeśli następny dzień miał być już zupełnie inny.
- Ale poza moją służbą mam ci dać już pozwolenie? - zaśmiał się, nie bardzo wierząc, że mógłby być buforem, który powstrzymałby Gerry. Nie wtedy, gdy była zdeterminowana. Pewnie i jego mało co zatrzymywało w takich chwilach.
Thomas czasem bał się bycia innym. Posiadał tą łatkę gdziekolwiek się nie obejrzał tylko przez to, że urodził się tym, kim był, na ile głupio to brzmi. A jednak z czasem nauczył się, że wcale nie oznacza to czegoś złego. Inność była ciekawa, intrygująca i pasjonująca. Jak Geraldine. Wyróżniała się, przykuwała wzrok, sprawiał, że inni czuli się ze sobą lepiej.
Thomas miał wiele odwagi, także do robienia rzeczy głupich, lub zabawnych, często jednak jedynie odciągał uwagę od tego, jak często był niepewny w sytuacjach, dla innych normalnych, a które go przerastały.
Jej potwierdzenie o zdobyciu władzy raczej siłą wprawiło go w śmiech. Nie chciał mówić - a nie mówiłem - ale widać zdążył ją na tyle poznać, by zdawać sobie z pewnych kwestii sprawę.
- Ważne by być lepszym niż poprzednicy, z ewentualnymi rebeliami pomoże ci twój pomagier, skoro obiecujesz go doceniać - zażartował, wiedząc, że gadali kompletne głupoty, bo w momencie, gdyby Brenna albo Erik dowiedzieli się, że właśnie objęli władzę nad czymkolwiek, poza własnymi życiami, prawdopodobnie zareagowaliby szybciej, niżby nacieszyli się władzą. Trochę się im nie dziwił.
Nie wiedział, gdzie dzisiejszy dzień miał ich zaprowadzić. Wszystko wydarzyło się szybko, przyznanie się do winy, przebaczenie, a następnie prosta i przyjemna rozmowa prowadząca do kolejnych pocałunków, od których Thomas chyba powoli się uzależniał.
Nie mówił nic więcej. Nie chciał psuć tego, co zbudowali, na tej polanie, która zdecydowanie zdobyła dla niego jeszcze więcej znaczenia, niż miała wcześniej.
Nie spieszyli się z niczym. Ani z jedzeniem, ani z alkoholem, ani z kolejnymi zetknięcia ich warg, tak częstych, jakby nie mogli się nimi nacieszyć.
I choć czas leciał, a słońce chyliło się ku zachodowi, nie potrafili przerwać tej magicznej chwili, która otuliła ich bezpiecznym woalem radości, którą czuli.
Nawet jeśli następny dzień miał być już zupełnie inny.
Koniec sesji