- S-spokojnie wystarczy. - Był poddenerwowany, spięty, a chociaż w takich chwilach zawsze był nastawiony na działanie to wcale nie przeszkadzało to mieć rozkołatanych myśli, które nagle biegały w 50 kierunkach i niekoniecznie wiedziały, gdzie skupić się najpierw. I oddech. Zawsze miewał przy tym problemy z oddechem, chociaż w ostatnim czasie było o wiele lepiej. Między innymi dzięki Victorii i jej wsparciu. Dzięki Florence. Nawet dzięki Perseusowi. Lepiej sobie radził z kontrolą tego oddechu. Dlatego teraz oddychał - ciężej, ale oddychał. - Och? Jasne, aniołku ty mój... - Ucałował ją w usteczka, ale to było takie muśnięcie, takie jak brat może obdarzyć swoją najukochańszą siostrę. Biorąc pod uwagę ich przeszłość mogło to być co najmniej kontrowersyjne, ale na tym etapie powiedzenie, że kocha ją jak siostrę byłoby bardzo trafne. I jednocześnie szło to w innym kierunku. Bo z nikim innym nie poszedłby przypiąć kłódki na moście (chyba że faktycznie z tym księciem z bajki...) a właśnie z nią. To była jego aktywna i pełna aprobaty reakcja na jej zaoferowanie, że mogłaby go zabrać. - Wyprzedzam bardzo fakty, a może naprawdę nic się nie będzie działo... - I tylko on tutaj wariował na zapas. Tyle złego się ostatnio stało, że jakoś nie potrafił do tego podejść zupełnie spokojnie. Szczególnie, że z feniksem w tym stanie spotkał się pierwszy raz. I pewnie zoolog, do którego go zabiorą, również. Victoria miała w mieszkaniu rzeczywiście takie warunki, że chhyba Fuego by nie narzekał. Udało się go już namówić, żeby z nim został na dzień i drugi u Florence, gdzie największym problemem kuzynki było to, żeby nie nasrał do doniczek. Przecież oskubany feniks... kurczak. Oskubany kurczak, jak sam czasami Laurent żartował, byłby wspaniałym dodatkiem do mieszkania! Lecz tak, Victoria rzeczywiście miała w domu zielono, to po pierwsze, po drugie - miała sporo egzotycznych roślin.
- Może być ich więcej niż chciałbym sam się domyślić ze Śmierciożercami na czele. - Rzucił w trakcie swojej bieganiny po domu. Skoordynowanej bieganiny przy tym, chociaż Laurent i bieganie... się raczej wykluczały ze sobą. Psuło to fryzurę, trzeba było potem poprawić naszyjnik, ułożenie koszuli, wszystko mogło się spocić - straszne rzeczy generalnie. - Ostatnio pokłóciłem się z jedną Blackówną, bo jej córka dwa razy złamała już skrzydło abraksanowi i za trzecim razem uszkodziła mu nogę. Trzy razy przestaje być przypadkiem. Poszczułem je Dumą. - Laurent był wyrozumiały, ale skurwieli, którzy krzywdzili zwierzęta, przepędzał bez względu na to, ile pieniędzy mu oferowali i wkładali w to miejsce. Nie było takiej ceny, która kupowała w jego oczach przemoc i krzywdę. - Kawał? - Nieco pobladł, bo w ogóle nie mieściło mu się to w głowie. Było zupełnie abstrakcyjne. Dokładnie tego nie ułożył pod kopułą platynowych włosów, ale patrząc na tę karteczkę to rzeczywiście brzmiało na kawał. - Ktoś się bardzo na tym kawale wzbogacił. - Co za tragedia, że to była osoba, która pewnie nawet nie znała wartości piór, które ukradła.
- Aaach... tak, teleportacja... przyzwyczaiłem się, że... - Nie dokończył, pokręcił głową i podał jej adres. Nie było za co przepraszać. A jednak czuł się winny, że jej zepsuł nieco wieczór. Nawet nie on, ale gdyby jej tu nie było, to wieczór byłby przyjemniejszy? Choć czy na pewno? Możliwość niesienia pomocy komuś bliskiemu... czasami to było wynagrodzenie samo w sobie. - Dziękuję. - Uśmiechnął się do niej ciepło.
Feniks rzeczywiście był całkowicie zdrowy i nic mu nie było - był tylko zmęczony walką z tym, co go złapało i pozbawiło piór i obolały. Powinien się odrodzić w płomieniach tej nocy i nic mu nie będzie. Ulga usłyszenia tego była ogromna.