Miłość zaślepiała człowieka. Sprawiała, że przestawało się dostrzegać pewne rzeczy. Nie zauważało się wad, które mogły przyćmiewać cały majestat danej osoby. To było trochę niczym filtr, który ograniczał widoczność i oszukiwał mózg. Tylko czy to było złe? Czy w każdym przypadku należało zrzucić tę przewiązkę z oczu, aby móc ponownie zobaczyć prawdziwe barwy świata?
Bo według Stanleya, nie. Nie warto było robić nic w takim momentach, ale tylko pod jednym warunkiem - że było to uzasadnione. Prawdę mówiąc to o Saurielu mógł powiedzieć bardzo wiele rzeczy - tych pozytywnych i tych pozytywnych. W życiu nie powiedziałby o nim złego słowa. Nawet wtedy, kiedy Rookwood łamał to jego Borginowe serduszko, robiąc sobie podśmiechujki z jego jakże zaskakujących umiejętności przyrodniczych. Albo wtedy kiedy czepiał się o to jak ten mu świeci. W końcu to nie była jego wina, że wychowywał się bez ojca i nie miał w tym wprawy!
Nie mniej jednak mógł przyznać, że pałał do Sauriela jedną rzeczą - miłością. W życiu nie romantyczną! Bo po pierwsze z Rookwooda była taka piękna blondyneczka jak z Borgina biolog. Po drugie miał swoją wspaniałą narzeczoną Victorię i w życiu by im nie przeszkodził. To jednak była dużo silniejsza miłość, ponieważ braterska. Tak, Stanley widział w nim swojego duchowego odpowiednika, swojego brata z innej matki. Na upartego przecież to ich matki nie miały od siebie tak daleko - obie Anne, obie interesowały się roślinkami, obie miały takich wspaniałych synów jak ich dwójki. Czy można było chcieć czegoś więcej?
Czy kiedy pozostawali we dwójkę to bywał zaślepiony jego blaskiem? Oczywiście, wszak zawsze był jego pierwszym i najbardziej oddanym kibicem. Zawsze mu pomagał kiedy mógł, a Sauriel odwdzięczał się tym samym i nawet nie trzeba było wymieniać przykładów, ponieważ było ich po prostu za dużo. Czy w takim razie nie warto było ślepo podążać za nim, a nawet dać się prowadzić? Warto było - po tysiąc kroć warto.
- Hahaaa... - zaśmiał się nerwowo, kiedy jego starania zostały docenione przez (jeszcze) trzeźwego Mistrza. Borgin może i był średnim uczniem, a jeszcze gorszym wojownikiem, ale dał z siebie wszystko. Pomyśleć, że osiągnął to wszystko w dwie rundy? No chyba, że pierwszą uznaliby za rozgrzewkę to mieli pełen sukces - znokautował przeciwnika w przeciągu jednej tury! Powoli rósł tutaj nowy mistrz wagi Ogórkowej.
- Słyszałeś kiedyś o Ananasie? - zapytał w kilka chwil po tym jak Sauriel się wzruszył i położył dłonie na barkach Stanleya. Przez dobrych parę sekund zastanawiał się nad sensem swoich słów, ponieważ ewidentnie coś popierdolił. Bo tak było?
- Eee... W sensie kurwa mać - zreflektował się, a przynajmniej spróbował. Stanley myśl, o co ci chodziło... - No... - podrapał się zaraz po podbródku - O, wiem! Nie o ananasie, a o Anam Cara - rozłożył ręcę rozradowany, ponieważ udało mu się wypowiedzieć to trudne słowo. I nawet się nie pomylił! Ot, jego geniusz był tak wielki, że to szok.
- To tam taki no... Duchowy odpowiednik? Kurwa nie wiem. Zaraz możemy znaleźć definicję tego w jakimś mądrym książku - zakomunikował - Jestem pewny Sauriel, że to Ty. I to jak chuj - pokiwał głową - Znaczy nie to, że Ty jesteś chujem, tylko to pewne jak chuj... Rozumiesz, nie? - zapytał, unosząc brew. Trochę to niepotrzebnie komplikował, ale było warto. Z tego wszystkiego, aż zapomniał o ich pokonanym gościu, ale tamten musiał jeszcze poczekać kilka dni na Nicholasa, aż wpadnie go przesłuchać i zrobić cokolwiek innego chciał.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972