Ach, prawda! Kochajmy ją i czcijmy, przecież nas ozłacała! Była jak mowa, którą ludzie tak ukochali! I zapominali, że cisza była platyną. Diamentami wyciąganymi na koniuszkach palców, żeby się nimi uraczyć, ale wielu potnie delikatną skórę. Nie nawykli do milczenia, kiedy chcieli pożerać ciekłe złoto, które miodem koiło wszystkie ich problemy. A ta prawda? Niekochana i niedoceniona... a jednak ją kochamy. Paradoks? Drogą paradoksu kroczył Perseus - i czy wiedział, że miał przed sobą Słodkie Kłamstwo? Tak, dokładnie tak. Bo Laurent kochał Kłamstwo. Bo był kłamstwem. Cała ta ułuda anielskości - przecież to tylko puch, przecież te pióra, z łaski Bożej, Lucyfer też je posiadał i ukradł ze sobą z Nieba. Z całym tym blaskiem Jutrzenki w swoich dłoniach, w złoconej zbroi, olśniewający... Diabeł jak Piekło - musiał kusić pięknem, żeby kilka szeptów móc sprzedać na uszko. Lecz ciii... nie poznamy Prawdy, kiedy ta wpatrywała się w krzywe zwierciadło swoich przekonań.
- Nie uważam. - Miał lekki problem z jednostajnością i gładkością oddechu, ale tym razem to nie była panika. Napięcie iskrzyło jak te diamenty od matki Prawdy wydawane na otwartej ręce. Nie czuł się zraniony, czuł się tym Diabłem, który wpatrywał się w mężczyznę o zbyt dużym sercu, zbyt wielkich pragnieniach i zbyt delikatnej psychice, żeby unieść to wszystko. Mógłbym go zniszczyć. Patrzył swoimi rozgorzałymi oczami w tę piękną czerń i pomyślał, że zniszczenie mu życia było tylko formalnością. Jednym jego gestem. Wyciągnięcie jego pocałunków i... już. Dalej niszczyłby się sam. Czy tego dla niego chciał? Oczywiście, że nie. Równie gorąca wizja tego, jak jego plecy opierają się na tych gobelinach, a ciało Perseusa przyciska go do ściany, pochłaniała ognistość alkoholu w żyłach. Co to było w ogóle, gin? Coś innego? - Usprawiedliwiasz swój brak odwagi fałszywym poczuciem dobrego uczynku. - Przejął ten taniec. Czując, jak Perseus gubi ten rytm nacisnął palcami pewniej na jego dłoń i naparł na niego, żeby poddał się prowadzeniu. Żeby dopasował siebie do jego kroków, a w zasadzie nawet nie pozostawił mu pola do kroków innych, bo ruchy miał pewne. - Ach. Kolejne kłamstwo. - Uśmiechnął się w enigmatyczny sposób z tym błyskiem w oczach. Niektóre spojrzenia potrafiły zostawiać na człowieku ślad bez dotykania go. Taki ślad czuł na sobie teraz Laurent, a dotykany przecież był. Ciało przy ciele w grzesznym tańcu przed oczami przodków Perseusa.
- Nie lubię Beltane. I żadnych innych temu podobnych świąt.