05.06.2024, 00:42 ✶
Uśmiechnął się znowu, ale tak samo jak wcześniej - wyraz ten nie sięgał jego oczu. Lorraine mogła go w tym momencie zaklinać, ale jej słowa i gesty nie były w stanie wiele zmienić. Od Beltane Atreus uśmiechał niezwykle rzadko w ten szczery, prawdziwy sposób. Jeśli to natomiast robił, często był to grymas smutny, zbyt zmęczony by uderzyć w jasne struny radości. Był zimny, tak samo jak jego skóra, niezdolna do podtrzymania przyjmowanego ciepła nawet na chwilę.
To był teraz prawdziwy Atreus. Prawda była taka, że tym rozwrzeszczanym szczeniakiem już nie był od dawna. Niektóre maniery pozostały z nim do dzisiaj, owszem. Wciąż potrafił być tak samo arogancki i nonszalancki, z radością sięgający po pięści, nawet jeśli równie dobrze rozwiązać konflikt bez krwi, ale coś w środku nieznośnie bolało i krwawiło. Tak jakby widok prawdziwej krwi miał nieco ulżyć temu, co działo się w środku. Ale równie dobrze mógłby się zastanawiać, czy Lorraine w ogóle była w stanie odróżnić w jego przypadku to co było prawdziwe, a co było sprawnie nasuwaną maską.
Wszystko było nie tak. To zdanie przychodziło do niego często w chwilach zawieszenia. Podróż do limbo okazała się cięższa, niż ktokolwiek mógł się tego spodziewać, a to co z nimi zostało nie chciało odpuścić. Bardzo szybko doszedł do wniosku, ze to nie minie. Nie samo i nie bez ich aktywnych starań by poznać odpowiedzi, ale im więcej pytań zadawali tym odpowiedzi zdawało się być mniej.
Starał się nie wzdrygać, kiedy czuł jej dotyk na swojej skórze. Z pewnym zdziwieniem też zauważał, jak pierwszym odruchem była chęć wycofania się, nawet jeśli po ciele rozchodziło się przyjemne ciepło, którego jego organizm tak łaknął. Jej to zimno mogło nie przeszkadzać, ale Atreus zdążył już zauważyć i nauczyć się, jak inni reagowali na tę temperaturę. Uzdrowiciele cofali się mimowolnie myśląc o ostygłych ciałach z kostnicy. Podobnie robili jego przyjaciele czy rodzina. Cholera, tak zareagowała Florence, drgając niespokojnie kiedy dotknęła go za pierwszym razem. On z jakiegoś powodu zwyczajnie nie chciał się narzucać. Jakby zmuszanie kogoś do stłumienia naturalnego odruchu to było dla niego zbyt dużo. A może zwyczajnie chodziło tutaj do jakiegoś niewerbalnego podzielenia się problemem.
Z jakiegoś powodu w samym środku tego tkwiła Brenna, której obecność zakrzywiała to co chciał i to co robił. Negowała odruch, bo kiedy chwytał ją za dłoń, chciał trzymać jej rękę jak najdłużej. Wiążąca ich więź ciągnęła ich do siebie i Bulstrode nie wątpił, że rozkwitała najsilniej w tej chęci do bycia z nią blisko. Ale dlaczego to musiała być ona. Dlaczego nie mógł upleść wianka z jakąś inną dziewczyną. Z jakąś którą znał i nawet lubił zanim to wszystko się stało. Nie miał nic do Brenny, ale teraz zwyczajnie nie był pewien co było prawdą, a co wtłaczanymi w nich przez Beltane uczuciami. Czy rodząca się między nimi sympatia była autentyczna czy może rozpłynie się kiedy tylko wiążąca ich magia zniknie.
Na listy Lorraine odpowiadał trochę niechętnie; nie chciał jej martwić tak samo jak i zwyczajnie nie miał czasu się nad nimi rozdrabniać. Ich życia zostały wyraźnie rozdzielone, kiedy on opuścił próg szkoły i nawet jeśli po latach wciąż lubili swoje towarzystwo i dzielili się wyważonymi sekretami, pewnych rzeczy nie byli w stanie nadrobić. Szanował ją, ale jakaś jego część wciąż uważała ją za dziewczynę, która nie dostrzegała swojej prawdziwej wartości i która pozwalała innym sobą pomiatać. Była kobietą, która sama siebie wtłaczała z rozmysłem w formę, którą podsuwało jej społeczeństwo i to to gorszego sortu. Nie wątpił, że ona sama uważała że kierowała się sprytem, może chciała zapewnić sobie bezpieczeństwo, ale dla niego była w połowie pusta - zwyczajnie przestała mieć pełną wartość.
- To raczej rola Maeve - rzucił w odpowiedzi, ani trochę nie zmieszany jej komentarzami. Nie ważne ile osób by się nie modliło, Atreus podejrzewał ze niewiele by to zmieniło w ich sytuacji. Ważne, że żyli, ale teraz wszystko zależało od nich, od zimnych, a nie od pustych modlitw wznoszonych do Matki. Nie był łaskawy, jeśli chodziło o podejście do religijności, traktując ją czasem jako niewygodny element, bo rządzące nią prawa wydawały się czasem zwyczajnie problematyczne. Tak samo jak problematyczni byli oddani jej ludzie.
- Nie ma niczego co mogłabyś zrobić - rzucił poważnie. Nawet gdyby przeszukała cały półświatek wzdłuż i wszerz, nie znalazłaby w nim nikogo, kto podzieliłby się z nią informacjami na ten temat. Musiałaby wbić się w kogoś w szeregach śmierciożerców, a do tego w taki sposób by trafić na osobę która najlepiej w tym Limbo była. Musiałaby znaleźć kogoś, kto rozmawiał z Czarnym Panem, bo Atreus nie wątpił, że jeśli któryś z jego podnóżków ucierpiał, to rozmowa z Voldemortem była pierwszym co zrobił by ratować skórę.
Nie mogła tego zrobić. Prawda?
Jeśli mogła, to w ogóle nie powinno go tutaj być.
- Co ty... - pierdolisz, przeszło mu przez głowę, kiedy wyrzuciła z siebie coś o alibi. Nie potrzebował niczego takiego na spotkania z nią. Ani w tym momencie, ani kiedyś, ani w przyszłości. Wyplótł swoje dłonie z jej uścisku, jakby nagle niezadowolony z tego, co właściwie mówiła.
- Co ty odpierdalasz - syknął, kiedy przed nim uklękła. Pochylił się nad nią, złapał za ramiona i praktycznie pociągnął ku górze, stawiając ją na nogi. A kiedy już była w pionie, natychmiast ją puścił. Teraz nawet bijące od niej ciepło nie było w stanie go utrzymać blisko. - Chcesz mi się odwdzięczyć dlatego coś takiego odstawiasz? Po prostu wejdź do mi do głowy, weź co chcesz i miejmy to już za sobą - warknął praktycznie, zapominając całkowicie po co właściwie tutaj przyszedł. Delikatna złość położyła się na jego twarzy, pobudzona jej bezsensownym, rzuconym jakby na pokaz poddaństwem. Nie był nikim przed kim powinna była klękać. Ba, to o co prosiła mogła zwyczajnie wziąć bez pytania, tak jak zawsze. Jedyną różnicą było teraz to, że nie chciał jej aż tak blisko siebie fizycznie. Nie na kolanach, nie w jego objęciach. Nie chciał, żeby tak czule trzymała go za rękę, ani z tą nieumierającą miłością patrzyła mu w oczy. Kochał ją, ale kiedyś i we wręcz boleśnie świadomy sposób wiedział, że ona wciąż gdzieś hołubiła to stare uczucie. I wciąż nie był pewien jak się z tym czuje. Szczególnie teraz.
To był teraz prawdziwy Atreus. Prawda była taka, że tym rozwrzeszczanym szczeniakiem już nie był od dawna. Niektóre maniery pozostały z nim do dzisiaj, owszem. Wciąż potrafił być tak samo arogancki i nonszalancki, z radością sięgający po pięści, nawet jeśli równie dobrze rozwiązać konflikt bez krwi, ale coś w środku nieznośnie bolało i krwawiło. Tak jakby widok prawdziwej krwi miał nieco ulżyć temu, co działo się w środku. Ale równie dobrze mógłby się zastanawiać, czy Lorraine w ogóle była w stanie odróżnić w jego przypadku to co było prawdziwe, a co było sprawnie nasuwaną maską.
Wszystko było nie tak. To zdanie przychodziło do niego często w chwilach zawieszenia. Podróż do limbo okazała się cięższa, niż ktokolwiek mógł się tego spodziewać, a to co z nimi zostało nie chciało odpuścić. Bardzo szybko doszedł do wniosku, ze to nie minie. Nie samo i nie bez ich aktywnych starań by poznać odpowiedzi, ale im więcej pytań zadawali tym odpowiedzi zdawało się być mniej.
Starał się nie wzdrygać, kiedy czuł jej dotyk na swojej skórze. Z pewnym zdziwieniem też zauważał, jak pierwszym odruchem była chęć wycofania się, nawet jeśli po ciele rozchodziło się przyjemne ciepło, którego jego organizm tak łaknął. Jej to zimno mogło nie przeszkadzać, ale Atreus zdążył już zauważyć i nauczyć się, jak inni reagowali na tę temperaturę. Uzdrowiciele cofali się mimowolnie myśląc o ostygłych ciałach z kostnicy. Podobnie robili jego przyjaciele czy rodzina. Cholera, tak zareagowała Florence, drgając niespokojnie kiedy dotknęła go za pierwszym razem. On z jakiegoś powodu zwyczajnie nie chciał się narzucać. Jakby zmuszanie kogoś do stłumienia naturalnego odruchu to było dla niego zbyt dużo. A może zwyczajnie chodziło tutaj do jakiegoś niewerbalnego podzielenia się problemem.
Z jakiegoś powodu w samym środku tego tkwiła Brenna, której obecność zakrzywiała to co chciał i to co robił. Negowała odruch, bo kiedy chwytał ją za dłoń, chciał trzymać jej rękę jak najdłużej. Wiążąca ich więź ciągnęła ich do siebie i Bulstrode nie wątpił, że rozkwitała najsilniej w tej chęci do bycia z nią blisko. Ale dlaczego to musiała być ona. Dlaczego nie mógł upleść wianka z jakąś inną dziewczyną. Z jakąś którą znał i nawet lubił zanim to wszystko się stało. Nie miał nic do Brenny, ale teraz zwyczajnie nie był pewien co było prawdą, a co wtłaczanymi w nich przez Beltane uczuciami. Czy rodząca się między nimi sympatia była autentyczna czy może rozpłynie się kiedy tylko wiążąca ich magia zniknie.
Na listy Lorraine odpowiadał trochę niechętnie; nie chciał jej martwić tak samo jak i zwyczajnie nie miał czasu się nad nimi rozdrabniać. Ich życia zostały wyraźnie rozdzielone, kiedy on opuścił próg szkoły i nawet jeśli po latach wciąż lubili swoje towarzystwo i dzielili się wyważonymi sekretami, pewnych rzeczy nie byli w stanie nadrobić. Szanował ją, ale jakaś jego część wciąż uważała ją za dziewczynę, która nie dostrzegała swojej prawdziwej wartości i która pozwalała innym sobą pomiatać. Była kobietą, która sama siebie wtłaczała z rozmysłem w formę, którą podsuwało jej społeczeństwo i to to gorszego sortu. Nie wątpił, że ona sama uważała że kierowała się sprytem, może chciała zapewnić sobie bezpieczeństwo, ale dla niego była w połowie pusta - zwyczajnie przestała mieć pełną wartość.
- To raczej rola Maeve - rzucił w odpowiedzi, ani trochę nie zmieszany jej komentarzami. Nie ważne ile osób by się nie modliło, Atreus podejrzewał ze niewiele by to zmieniło w ich sytuacji. Ważne, że żyli, ale teraz wszystko zależało od nich, od zimnych, a nie od pustych modlitw wznoszonych do Matki. Nie był łaskawy, jeśli chodziło o podejście do religijności, traktując ją czasem jako niewygodny element, bo rządzące nią prawa wydawały się czasem zwyczajnie problematyczne. Tak samo jak problematyczni byli oddani jej ludzie.
- Nie ma niczego co mogłabyś zrobić - rzucił poważnie. Nawet gdyby przeszukała cały półświatek wzdłuż i wszerz, nie znalazłaby w nim nikogo, kto podzieliłby się z nią informacjami na ten temat. Musiałaby wbić się w kogoś w szeregach śmierciożerców, a do tego w taki sposób by trafić na osobę która najlepiej w tym Limbo była. Musiałaby znaleźć kogoś, kto rozmawiał z Czarnym Panem, bo Atreus nie wątpił, że jeśli któryś z jego podnóżków ucierpiał, to rozmowa z Voldemortem była pierwszym co zrobił by ratować skórę.
Nie mogła tego zrobić. Prawda?
Jeśli mogła, to w ogóle nie powinno go tutaj być.
- Co ty... - pierdolisz, przeszło mu przez głowę, kiedy wyrzuciła z siebie coś o alibi. Nie potrzebował niczego takiego na spotkania z nią. Ani w tym momencie, ani kiedyś, ani w przyszłości. Wyplótł swoje dłonie z jej uścisku, jakby nagle niezadowolony z tego, co właściwie mówiła.
- Co ty odpierdalasz - syknął, kiedy przed nim uklękła. Pochylił się nad nią, złapał za ramiona i praktycznie pociągnął ku górze, stawiając ją na nogi. A kiedy już była w pionie, natychmiast ją puścił. Teraz nawet bijące od niej ciepło nie było w stanie go utrzymać blisko. - Chcesz mi się odwdzięczyć dlatego coś takiego odstawiasz? Po prostu wejdź do mi do głowy, weź co chcesz i miejmy to już za sobą - warknął praktycznie, zapominając całkowicie po co właściwie tutaj przyszedł. Delikatna złość położyła się na jego twarzy, pobudzona jej bezsensownym, rzuconym jakby na pokaz poddaństwem. Nie był nikim przed kim powinna była klękać. Ba, to o co prosiła mogła zwyczajnie wziąć bez pytania, tak jak zawsze. Jedyną różnicą było teraz to, że nie chciał jej aż tak blisko siebie fizycznie. Nie na kolanach, nie w jego objęciach. Nie chciał, żeby tak czule trzymała go za rękę, ani z tą nieumierającą miłością patrzyła mu w oczy. Kochał ją, ale kiedyś i we wręcz boleśnie świadomy sposób wiedział, że ona wciąż gdzieś hołubiła to stare uczucie. I wciąż nie był pewien jak się z tym czuje. Szczególnie teraz.