05.06.2024, 08:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.06.2024, 08:21 przez Charlotte Kelly.)
Jestem wszechobecna… znaczy się, teleportuję się to tu, to tam
Puchoni byli podobno lojalni. Pod tym względem Charlotte pasowała od nich jak ulał. Odstawała jednak pod innym: jej lojalność, raz nabyta (a nabyć ją udało się może czterem osobom pod tym słońcem), była lojalnością brutalną i pozbawioną granic. Może dobrze więc, że wypiła tego drinka. Bo gdyby nie spodobała się jej jakaś mina Morpheusa albo gest Vakela, istniało spore prawdopodobieństwo, że podeszłaby tam, zrzuciła Vakelowi na głowę tort - a potem rozpłakałaby się tłumacząc, że to wszystko te drinki, wcale nie chciała, ktoś zamienił się w kapibarę, a potem znowu zamienił się w kapibarę, ona zaczęła mówić od tyłu, a teraz nagle zapragnęła koniecznie kogoś usmarować tortem, niech ich przypadkiem nikt nie pije, i niech szybko zabiorą próbki do przeanalizowania przez jakiegoś mistrza eliksirów, bo przecież ktoś na pewno knuł, aby zniszczyć mariaż Blacka i Rookwoodówny.
Nic takiego, na szczęście dla wszystkich, nie miało jednak miejsca, bo Charlotte Kelly dostała czkawki i znikła z sali z cichym trzaskiem.
Sekundę później, z pewnym zdumieniem zorientowała się, że - wciąż ze szklanką w ręku - stoi w ogromnej wannie Blacków. Pan młody wywietrzał jej już z głowy, więc nie pomyślała o tym, by tu na niego poczekać, a zamiast tego wkurzyła się bardzo, że psują jej zabawę. Wyszła z wanny ostrożnie, nie chcąc przypadkiem się potknąć - powierzchnia była śliska, a ona oczywiście miała buty na obcasach. Gdy już znalazła się na stabilnej powierzchni, bardzo zainteresowała się bajecznie drogim olejkiem do kąpieli, ustawionym na jej brzegu.
Chyba nawet ona nie była pewna, czy chce go podkraść, czy tylko obejrzeć, ale niezależnie od chęci, nie było jej dane zdecydować. Kolejne czknięcie i Charlotte, wciąż z olejkiem w ręku, nagle wylądowała w sowiarni. Tutaj już z jej ust wyrwało się ciche „fuj”, bo chociaż to nie tak, że nie lubiła zwierząt (była może absolutną suką, niemal pozbawioną moralności, ale jednak nie zupełną psychopatką), ale na pewno nie lubiła miejsc, gdzie mieszkało tych kilka i cóż… brudziły, i odchodami, i trofeami myśliwskimi, i resztkami jedzenia. Na całe szczęście chwilę później znów znikła, mignęła gdzieś tam w okolicach tortu, a potem ponownie przepadła – by pojawić się w ogrodach, w dalekiej ich części.
Ponieważ to wszystko trwało, jakiś czas przynajmniej nie miała pojawić się w sali weselnej…
Puchoni byli podobno lojalni. Pod tym względem Charlotte pasowała od nich jak ulał. Odstawała jednak pod innym: jej lojalność, raz nabyta (a nabyć ją udało się może czterem osobom pod tym słońcem), była lojalnością brutalną i pozbawioną granic. Może dobrze więc, że wypiła tego drinka. Bo gdyby nie spodobała się jej jakaś mina Morpheusa albo gest Vakela, istniało spore prawdopodobieństwo, że podeszłaby tam, zrzuciła Vakelowi na głowę tort - a potem rozpłakałaby się tłumacząc, że to wszystko te drinki, wcale nie chciała, ktoś zamienił się w kapibarę, a potem znowu zamienił się w kapibarę, ona zaczęła mówić od tyłu, a teraz nagle zapragnęła koniecznie kogoś usmarować tortem, niech ich przypadkiem nikt nie pije, i niech szybko zabiorą próbki do przeanalizowania przez jakiegoś mistrza eliksirów, bo przecież ktoś na pewno knuł, aby zniszczyć mariaż Blacka i Rookwoodówny.
Nic takiego, na szczęście dla wszystkich, nie miało jednak miejsca, bo Charlotte Kelly dostała czkawki i znikła z sali z cichym trzaskiem.
Sekundę później, z pewnym zdumieniem zorientowała się, że - wciąż ze szklanką w ręku - stoi w ogromnej wannie Blacków. Pan młody wywietrzał jej już z głowy, więc nie pomyślała o tym, by tu na niego poczekać, a zamiast tego wkurzyła się bardzo, że psują jej zabawę. Wyszła z wanny ostrożnie, nie chcąc przypadkiem się potknąć - powierzchnia była śliska, a ona oczywiście miała buty na obcasach. Gdy już znalazła się na stabilnej powierzchni, bardzo zainteresowała się bajecznie drogim olejkiem do kąpieli, ustawionym na jej brzegu.
Chyba nawet ona nie była pewna, czy chce go podkraść, czy tylko obejrzeć, ale niezależnie od chęci, nie było jej dane zdecydować. Kolejne czknięcie i Charlotte, wciąż z olejkiem w ręku, nagle wylądowała w sowiarni. Tutaj już z jej ust wyrwało się ciche „fuj”, bo chociaż to nie tak, że nie lubiła zwierząt (była może absolutną suką, niemal pozbawioną moralności, ale jednak nie zupełną psychopatką), ale na pewno nie lubiła miejsc, gdzie mieszkało tych kilka i cóż… brudziły, i odchodami, i trofeami myśliwskimi, i resztkami jedzenia. Na całe szczęście chwilę później znów znikła, mignęła gdzieś tam w okolicach tortu, a potem ponownie przepadła – by pojawić się w ogrodach, w dalekiej ich części.
Ponieważ to wszystko trwało, jakiś czas przynajmniej nie miała pojawić się w sali weselnej…
Postać opuszcza sesję