Wypadł zdecydowanie za szybko z tego kominka, z holu, wpadł szybkim krokiem długich nóg na alejkę ogrodu. Minął Rosiera mówiącego coś o amortencii, przeprosił go przechodząc obok, bo przecież to nawet nie jego temat dotyczył. Fryzura? Ach, zapomnij, trzeba będzie ją poprawić, bo teraz rozwiane platynowe kosmyki splatały się z wieczornym, letnim podmuchem wiatru. Albo to tylko tempo tej wędrówki je tak rozdmuchiwała. Zarumienione policzki, drżące ręce, a chód miękki, bo jeden drink, nawet jeśli słabszy, w pełni wystarczył selkie do tego, żeby stracić trzeźwość. Pochłaniała delikatność i wyostrzała rysy. Dodawała animuszu, jak to tylko alkohol potrafił czynić. Słodycz na ustach, a w żyłach kilka procentów. Zatruty umysł i zatrute reakcje.
Gdzie była Victoria? Nie, chyba nie powinien zajmować jej tym... rozedrgane myśli kołatały się pod czaszką, a w gardle podchodziła do góry gula. Za chwilę wszystko się uspokoi, jak każda emocja pompująca ciśnienie we krwi. Crow? Gdzie on jest, proszę, proszę, proszę... O ile w ogóle miał prawo jeszcze przed nim stawać we wszystkich zebranych niepewnych. We wszystkich tych pytajnikach, jakie się rodziły. Te wątpliwości zrodziły się w głowie, kiedy zatrzymał się i zobaczył palącego Edga w towarzystwie osoby, która... cóż, chyba to była właśnie ta osoba, z którą dzielił swoje dotychczasowe życie. Odszedłby. Zrobił cierpiętniczą, nieszczęśliwą minę i zostawił tę dwójkę samym sobie, gdyby wszystko stało na równych nogach. Gdyby tercetu jego serca nie grał teraz alkohol i nie miał tak przyśpieszonego pulsu, nie mieszało mu się gorąco z przyjemnym chłodem sierpnia okolonego księżycowym blaskiem. Człowiek, który został tutaj zaproszony, żeby usługiwał ludziom, wobec których czuł taką grubą linię... i nic dziwnego. Przecież dla tych wszystkich czystokrwistych czarodziei był rynsztokiem, który nie zasłużył nawet na spojrzenie na nich. Przez moment więc stał na trawie, zanim w końcu ruszył w ich kierunku - równie sprężystym krokiem, zupełnie innym od tych gładkich, wolnych, jakie zwykł stawiać, jakby każde postawienie stopy było przez niego przemyślane i wykalkulowane. Teraz był z tego obdarty.
- C... - Chciał wypowiedzieć magiczne "Crow", ale na szczęście nie był aż tak pijany, żeby cierpieć na zupełny niedowład myśli, więc to "k", jakie miało wybrzmieć z jego ust, z lekkim poślizgiem przerodziło się w: - ...kkkuurczę ale ładna noc. - Nie, nic mądrzejszego mu do głowy nie przyszło, ale ta głowa była teraz nieskażona mądrymi myślami. - Dobry wieczór. - Zwrócił się tutaj do Alexandra, spoglądając na niego błyszczącymi oczami, z lekko przyśpieszonym oddechem, ale zaraz odwrócił od niego spojrzenie, bo prawda była taka, że ten człowiek go nic nie obchodził po tym jakże przemiłym przedstawieniu, jakie mu urządził na Lammas. Obchodził go tylko o tyle, o ile był powiązany z Crowem. - Zatańczysz ze mną? - Zapytał całkowicie poważnie, spoglądając na Edga. Albo zrób cokolwiek. To napięcie było tak nieznośne, że Laurent się powstrzymywał, żeby nie wyleźć z tej marynarki i nie zrzucić krawatu z szyi. I rzeczywiście chciał z nim zatańczyć. Gdyby nie to, jaki koszmar by przeżył sam Edge, to nawet i w głównej sali, bo czemu nie? Ale teraz, po tej krótkiej przechadzce z Perseusem, już chciał... czegokolwiek. Cokolwiek, co oderwie jego myśli i emocje od tego, jak nieszczęśliwie się tu czuł i jak brudny.