Zaśmiał się z reakcji Neila na możliwość wyrośnięcia na jego głowie następcy szamponowego kaktusa. Sam nie chciałby przeżyć takiej "przygody", bo raczej nie wyglądałby dobrze z kaktusem we włosach, ale sama historia była dość ciekawa.
-A jesteś pewien, że tamte nie sprawią, że na głowie wyrośnie ci jakiś mak? Albo chaber? - tak, znowu żartował.
Na swoją obronę mógł powiedzieć tylko tyle, że nie spodziewał się przyjmować gości, więc nie przejmował się aż tak bardzo sprzątaniem. Nie robił z pokoju burdelu i to mu wystarczyło - nie czuł się, jak jedyny w pomieszczeniu śmieć, ale nie mieszkał w chlewie.
To nie tak, że laleczka wywołała u niego jakiś uraz z powodu klątwy i dlatego nie chciał na nią patrzeć. Nie chodziło o klątwę, bo ta nie była w sumie niczym złym - w odpowiednich warunkach i z odpowiednim towarzystwem mogłaby z tego powstać całkiem przednia zabawa. Chodziło raczej o wspomnienie jej twarzy, gdy klątwa jeszcze działała. Te wytrzeszczone oczy. Ten szeroki, niepokojący uśmiech, od którego popękałyby już wargi, gdyby to była prawdziwa skóra.
-Hm? - mruknął, unosząc brew. -Och, to... Trochę - wyciągnął dłonie i zdjął skrzypce z haków, które wkręcił w ścianę już drugiego dnia swojego pobytu w Angli. -Dostałem je od mojej mamy, kiedy miałem osiem lat i to na nich nauczyła mnie grać. Nie mieliśmy ku temu często okazji, ale lubiłem tamte chwile. Lubiłem, jak się wtedy uśmiechała.
Po co to mówił? A czy było to ważne? Niewielki ciężar skrzypiec, gdy ważył je w dłoniach, gładkie drewno pod palcami i ciche dźwięki, gdy przypadkiem nacisnął na strunę, wywoływały przyjemne wspomnienia, przez które uśmiech sam cisnął się na usta.
-Przepraszam - zaśmiał się nerwowo. -Niepotrzebnie gadam.