Potrafił przepraszać kiedyś za wszystko, ostatnio starał się poprawić tę manierę. Teraz zaś nie miał ochoty przeprosić, chociaż mężczyzna rzeczywiście na przeprosiny zasługiwał. Za nieprzyjemny ton, za ten syk, za nastawienie, jakby zaraz mieli tam ze sobą walczyć. Tylko jeszcze nie wiadomo o co i dlaczego. Stroszył swoje pióra i chciał straszyć, a nie było kogo i czym. Małe to wyzwanie - zgnieść maluczkiego, kiedy już miałeś w dłoni dobytą broń, a druga strona wyglądała, jakby naprawdę potrzebowała pomocy. Jakiejkolwiek.
Jaka opowieść mogła narodzić się z łona tego spotkania? Zabrali ją domorośli bardowie, którzy nie potrafili sklecić nawet zwrotki. Pewnie ich oczy nie widziały nawet szkoły, a jeśli tak to zboczyli z drogi oświecenia, żeby swoimi pokłonami wielbić rynsztok i gnój. Nie liczysz na to, że oni w końcu samodzielnie obliczą swe szanse w tym mizernym życiu. Niech muskają swoją historię o wygranej. My będziemy dzisiaj mówili o przegranych. O rozpadających się atomach i umierającej wierze w ludzkość. Podumamy nad ostatnim promieniem słońca i zdecydujemy, czy da się z niego uszyć suknię godną najpiękniejszych. Pochylimy się nad światłem księżyca, bo zajrzy przez to okno i zagra tercetem na pięknych żyrandolach. Życie kończyło się w chwili przekroczenia progu tego domu - od tej chwili żyliśmy bajką, która tylko potrzebowała dostać lepszy start... Choć czy Kopciuszek nie wygrzebał się z brudu i popiołów, nim zachwycił wszystkich swoją urodą?
Nie dotykał niczego i trzymał się nawet z daleka od samego Anthonyego. Ta przechadzka po ulicy, chociaż było tak blisko do celu, była katorgą. Modlił się w duchu, żeby mężczyzna się nad nim zlitował i chociaż rzucił na niego zaklęcie oczyszczające, ale modlić się mógł - niebo pozostawało głuche. Niewzruszony był również Anthony Shafiq. Stąpał ostrożnie po posadzce, bo czy nie była lodem skuta? Zimno wibrowało z każdego kąta, chociaż wnętrze wcale nie było obce i obojętne - dawało wrażenie przytulnego w całej schludności i elegancji, w całym bogactwie, które nakazało skupić dłonie rzemieślników na najmniejszym szczególe każdego mebla, każdych kantów, każdego żłobienia. Skinął głową twierdząco głową, kiedy została mu pokazana droga do łazienki.
- Dziękuję... - Odchrząknął, bo ledwo dźwięk wydobył się z jego gardła, jakby było zdarte. - Dziękuję. - Powiedział już klarownie. - Wina... - Nawet mimo parszywego nastroju cień uśmiechu przetoczył się przez jego zmęczoną twarz, bo ostatnio skrytykował wino, którym został poczęstowany. Ale zarazem pochwalił, więc się zerowało, tak? Naprawdę przepadał za winem Shafiqa.
Zamknął za sobą drzwi do łazienki, starając się opanować drżenie dłoni. Źle przyjmował tę sytuację i już nie tylko dlatego, jakie to było upokarzające - skończyć tutaj, przed oczami tego człowieka będącego odzwierciedleniem złocistej klasy wyższych sfer, a który cudem nie spojrzał na niego z pogardą. Źle to znosił, bo ostatnie wspomnienie z takiego pobytu w czyjejś łazience miał wręcz... traumatyczne. To... krewny Victorii... Człowiek, który samego siebie musi w telepiącej głowie przekonywać, że jest dobrze, chociaż się trzęsie, ale podróż do domu czy gdziekolwiek indziej w tym momencie była jeszcze większą karą, niż być powinna.
Zajęło mu to chwilę, zanim wyszedł w końcu cicho z tej łazienki. Ubrany w szlafrok z bawełny egipskiej stawiał te swoje długie nogi na pięknej posadzce. Stąpał ostrożnie, przeczesując palcami wilgotne kosmyki platynowych włosów.
- Bardzo dziękuję za pomoc. Uratował mnie pan przed całkowitą kompromitacją wycieczki przez całą Pokątną, żeby dostać się do jakiegoś kominka z siecią fiuu... - Czyli kominka publicznego innymi słowy mówiąc. Nie szkodziło trochę uświadomić Anthonyego, że to było naprawdę ratowanie życia. Już widział, jakie jutro byłoby piękne artykuły w gazetach...