06.06.2024, 01:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.06.2024, 02:34 przez Atreus Bulstrode.)
Kiedy ona uniosła gniewnie swoje brwi na wspomnienie Maeve, on nawet nie drgnął. W swojej głowie Atreus już dawno zdążył poukładać sobie pewne rzeczy i dla niego Chang znajdowała się dla Malfoy na pierwszym miejscu. A przynajmniej powinna. To nie jego rolą było całowanie jej ust, bo obie kobiety w swojej obecności wręcz błyszczały od miłości. Może ta sama w sobie jako emocja nie istniała, ale charakterystyczne kłębowisko kolorów w ich aurach jasno potrafił dać do zrozumienia, co do siebie czuły. A on nie był ślepy, tak samo jak nigdy nie próbował porównywać swojej relacji z nimi do tego, co teraz miały między sobą.
Miał wrażenie, że Lorraine zawsze tkwiła gdzieś pomiędzy. Za jej prawdą zawsze kryło się kłamstwo, a za kłamstwami ukryta była prawda. Wszystko oblekała w nieznośne maniery, które wmówiła sobie że od niej wymagał. A on z kolei uważał, ze tworzona przez nią fasada była czymś, czego potrzebowała.
Kiedyś o wiele bardziej się nią przejmował. Kiedyś o nią dbał. Kiedyś pytał, martwił się, chciał jej bezpieczeństwa. Ale ona skutecznie go zbywała, powtarzając sobie że nie był w stanie znieść prawdziwej jej. Szkoda tylko, że nigdy nie dała mu nawet szansy zmierzyć się z tym twarzą w twarz.
Ale jak długo można próbować przebić się przez coś, co druga osoba stale nadbudowywała i podtrzymywała. Atreus może i miał tendencje do walenia głową w mur, jakby czasem spodziewał się innego efektu po tych samych akcjach, ale nawet on miał swoje limity.
Dlatego przestał.
I jakimś cudem to on był wszystkiemu winny.
Nigdy jej tego nie powiedział, tak samo jak i nigdy nie dopuścił ją do wspomnień tego kiedy dowiedział się o Otto. To było już po tym kiedy przestali ze sobą być. Kiedy szkolna miłostka wygasła pod wpływem jego pracy i pragnień o spełnieniu oczekiwań wobec ojca. W końcu zawsze chciał być taki jak on, dlaczego miał nie wskoczyć w to z pełną swoją ambicją? A mimo to fakt, że znikała w objęciach Degenhardta kiedy jeszcze z nim była, uderzył w niego niczym młot, niemal zmiatając z nóg.
Nigdy nie chciał patrzeć na nią w sposób, w który ona patrzyła na siebie. Nie chciał dostrzegać w niej tylko wili, która swoim urokiem oplatała sobie ludzi wokół palca, kusząc swoim ciałem i w cielesności też odnajdując jakieś spełnienie. Z przyjemnością spoglądał w jej roziskrzoną aurę, widząc jak faktycznie na niego reaguje i dopatrując się w tym nie magicznej manipulacji, a szczerych uczuć. Ale Otto? Otto wydawał się zaprzeczeniem wszystkiego co o niej wcześniej myślał. Otto był wszystkim tym, czego nienawidziła w sobie Lorraine.
Doskonale wiedział, że potem nic nie mogło być takie samo, ale wciąż go kochała. Widział to przecież jak na dłoni i odpowiadał na to z właściwą dla siebie manierą blagiera, który chciał ugrać jak najwięcej. Ale przede wszystkim, nie chciał jej złamać serca. Jak na kogoś kto z łatwością żerował na ludzkich uczuciach i wykorzystywał fakt, że je dostrzega, jednocześnie z uporem próbował w niektórych sytuacjach zachowywać się aż nadto zapobiegawczo. Dbać o odczucia innych, podtrzymywać ich złudzenia czy manewrować meandrami ich emocji tak, by poczuli się lepiej.
Ale ona? Ona była teraz zwyczajnie niewdzięczna.
Atreus mimowolnie wyprostował się, kiedy zaczęła swój pusty monolog. Odsuwała się, osuwając w otchłań swoich złudzeń, najwyraźniej nie dostrzegając czegokolwiek co działo się dookoła. Nie tylko teraz, ale od samego początku. A on był tak cholernie zmęczony.
- Każę ci? - zapytał, nawet nie będąc specjalnie złym. Jego ton był szorstki, owszem, ale oprócz tego wyzuty z innych emocji. - No zmuszam cię po prostu. A powiedz ty mi Lorraine, kiedy ty byłaś ze mną ostatni raz faktycznie szczera. Kiedy przestałaś chować się za swoimi dwuznacznymi manieryzmami? - dla niego ich biznesowe spotkania były wbrew pozorom przykładem szczerości, bo może i z wyczuciem chował się za faktem, że to ona wchodziła mu do głowy, ale odkrywał przed nią te karty dość chętnie. Tam, w jego głowie, mogła z łatwością posmakować prawdy i doświadczyć razem z nim tego, co wydarzyło się w jego życiu. Nie lubił mówić o swoich problemach, ale był w stanie je pokazywać - tak było łatwiej. A ona...? - Mówisz tak, jakbyś mnie w ogóle nie znała. Teraz. Kiedyś. Jakbyś mówiła o jakieś wyśnionej wersji, która ledwo co stała obok. I po co niby gryziesz się w język, po co próbujesz dostosować się do moich oczekiwań, które ewidentnie są głównie twoimi potrzebami? Chcesz kłamać - fantastycznie, jeśli tego potrzebujesz, droga wolna, ale nie wmawiaj mi że robisz to dla mnie. Nie wmawiaj tego sobie. - skrzywił się lekko, przyglądając jak bawi się swoim naszyjnikiem. Sam jej go z resztą dał i nagle, kiedy tak na nią patrzył, zwyczajnie drażniło go to, jak odstawiona była w prezenty od niego. Nie potrzebował tego. Nie musiał jej oglądać za każdym razem w czymś, co od niego dostała. A mimo tego za każdym razem to robiła, jakby chciała mu udowodnić, że te drobne upominki miały rację bytu i były czymś czego faktycznie chciała.
Ale było coś jeszcze, powoli rozpychające się w jego świadomości. Obraz, który początkowo był przemykającą między palcami monetą. Metal przesuwał się po skórze, ale od powtarzanej nieustannie sztuczki nie był aż tak chłodny w dotyku. Przylegał do do dłoni matki z łatwością, aż wreszcie podrzuciła przedmiot i złapała go zgrabnie.
- Teraz twoja kolej. Jeszcze raz - rzuciła z zaczepnym uśmiechem, jakby rzucała synowi wyzwanie. Lubiła uczyć go grać w te wszystkie swoje gry, ale też pokazywać mu jarmarczne sztuczki, które wydawały się jej zwyczajnie zabawne. Gładko przemykająca między palcami moneta, w jedną i drugą stronę, była sztuczką stosunkowo łatwą, ale młodemu chłopcu sprawiała pewne trudności. Nie był aż tak skoordynowany, a moneta wydawała się nieco za duża na jego drobne palce, ale mimo to podniósł przedmiot z dłoni matki z zaciętą miną. Był uparty, jak zawsze z resztą. Enida powtarzała, że tę cechę odziedziczył akurat po ojcu, ale miał wrażenie że zawsze robiła tym mężowi grzeczność.
Moneta poruszyła się, nieco może niezgrabnie, ale o wiele sprawniej niż przy poprzednich próbach. Z każdą kolejną szło mu coraz lepiej i za każdym razem widział tak samo zachęcające, jak i bardziej zadowolone spojrzenie matki. Przedmiot przesunął się po palcach w jedną i drugą stronę parę razy, tym razem nie lądując na podłodze.
- Ha! Wygrałam, Percivalu! - pani Bulstrode rzuciła radośnie przez salon w stronę swojego męża, który westchnął zrezygnowany. - Zdolny chłopiec - pochyliła się jeszcze nad synem, całując go w czoło.
Jak mógł o tym zapomnieć? Wspomnienie wydawało się tak żywe i dokładne, że pamiętał dokładnie wyraz twarzy matki czy nawet ojca, który siedział w fotelu w drugim końcu pokoju. Czuł temperaturę monety, kiedy ta przesuwała się po jego skórze, a jednocześnie to było tak, jakby wcześniej nie istniało. Zapomniał? Ale przecież doskonale wiedział z jaką wytrwałością ćwiczyli tę sztuczkę raz za razem.
Mrugnął, odnajdując się w ciszy, którą otoczyła ich Lorraine, wytrącona z równowagi zbyt pochopnie rzuconymi przez niego słowami. Uniósł dłoń, na moment ściskając nasadę nosa, trochę zbity z tropu własnym doświadczeniem sprzed chwili, a trochę zwyczajnie spodziewając się co zwiastowała ta pauza.
Kolejne bezsensowne pretensje. I chłód.
Doświadczyć ją w takim wydaniu zawsze było cholernie dziwnie, a mimo tego nie oponował.
- Widzę, że jeśli nie porównasz się do kurwy w burdelu to rozmowa stracona - rzucił pusto, dokładnie tak samo jak ona obdzierała swój ton z emocji. - Co ty właściwie chciałabyś ode mnie usłyszeć? Prawie mnie zabili i źle się z tym czuję? Jest mi tak cholernie zimno i z tego też powodu zajebałem parę dni temu kuzynowi, bo też chciał zrozumieć? Domyślanie się rzeczy i dopowiadanie sobie tego czego brakuje zawsze wychodziło ci tak dobrze, a teraz nagle ci się to nie podoba. Nie podoba ci się, kiedy ktoś traktuje cię jak wyciągniętą z zamtuza wilę, ale kiedy ktoś nie chce żeby go dotknąć to dla ciebie największa obraza. Nie jestem cholerną Matką, Staruchą czy Dziewicą, żeby o cokolwiek prosić na kolanach - stał przed nią, tak samo wyprostowany jak wcześniej. Tak samo sztywny, z rękoma spuszczonymi wzdłuż ciała, niby to spięty, ale jednocześnie daleko mu było do gniewnego, wściekłego Atreusa. Daleko mu było do trzaskania drzwiami, tylko kciuk prawej dłoni przeskakiwał po wnętrzu dłoni, jakby licząc palce dla spokoju.
Nie pierwszy raz się od niej odsuwał. Robił to za każdym razem, kiedy pojawiała się w jego życiu nowa kobieta, zwykle jednak robił to o wiele subtelniej, ale też tłumaczył jej dlaczego to robił. Bo wbrew pozorom, wbrew manieryzmowi podrywacza, daleko mu było do kogoś kto bawił się w zdrady. Teraz jednak wszystko było nie tak. Na związanie rytuałem Beltane w ogóle nie był gotowy. Tak samo jak na to, jak bardzo zaburzy to jego relację z Elaine, która rozpadła się i przeleciała przez palce. Emocje piętrzyły się, sprzeczając ze sobą i pozostawiając w impasie, bo z jednej strony zżerał go żal; wbrew pozorom jakaś jego część wierzyła w to, że to mogło się udać, ale z drugiej? Z drugiej był zadowolony, bo przecież pojawiła się Brenna.
Trochę go ciekawiło co właściwie ona na to, że był z nią teraz tylko połowicznie. Że nawet jeśli stał przed nią i z nią rozmawiał, w głowie miał inną kobietę i rozmowę, którą odbył z nią poprzedniego wieczoru. Wiele nadziei, które mimo wszystko Brenna w nim zasiała, bo nawet jeśli magia połączyła ich na siłę, było coś pocieszającego w tym że nie odpychała go raz za razem. Że mogli porozmawiać. Że mógł uwierzyć, że nawet jeśli odpowiedzi dla zimnych nie szuka specjalnie dla niego, to jeśli tylko coś odkryje zamierzała się tym z nim podzielić.
Miał wrażenie, że Lorraine zawsze tkwiła gdzieś pomiędzy. Za jej prawdą zawsze kryło się kłamstwo, a za kłamstwami ukryta była prawda. Wszystko oblekała w nieznośne maniery, które wmówiła sobie że od niej wymagał. A on z kolei uważał, ze tworzona przez nią fasada była czymś, czego potrzebowała.
Kiedyś o wiele bardziej się nią przejmował. Kiedyś o nią dbał. Kiedyś pytał, martwił się, chciał jej bezpieczeństwa. Ale ona skutecznie go zbywała, powtarzając sobie że nie był w stanie znieść prawdziwej jej. Szkoda tylko, że nigdy nie dała mu nawet szansy zmierzyć się z tym twarzą w twarz.
Ale jak długo można próbować przebić się przez coś, co druga osoba stale nadbudowywała i podtrzymywała. Atreus może i miał tendencje do walenia głową w mur, jakby czasem spodziewał się innego efektu po tych samych akcjach, ale nawet on miał swoje limity.
Dlatego przestał.
I jakimś cudem to on był wszystkiemu winny.
Nigdy jej tego nie powiedział, tak samo jak i nigdy nie dopuścił ją do wspomnień tego kiedy dowiedział się o Otto. To było już po tym kiedy przestali ze sobą być. Kiedy szkolna miłostka wygasła pod wpływem jego pracy i pragnień o spełnieniu oczekiwań wobec ojca. W końcu zawsze chciał być taki jak on, dlaczego miał nie wskoczyć w to z pełną swoją ambicją? A mimo to fakt, że znikała w objęciach Degenhardta kiedy jeszcze z nim była, uderzył w niego niczym młot, niemal zmiatając z nóg.
Nigdy nie chciał patrzeć na nią w sposób, w który ona patrzyła na siebie. Nie chciał dostrzegać w niej tylko wili, która swoim urokiem oplatała sobie ludzi wokół palca, kusząc swoim ciałem i w cielesności też odnajdując jakieś spełnienie. Z przyjemnością spoglądał w jej roziskrzoną aurę, widząc jak faktycznie na niego reaguje i dopatrując się w tym nie magicznej manipulacji, a szczerych uczuć. Ale Otto? Otto wydawał się zaprzeczeniem wszystkiego co o niej wcześniej myślał. Otto był wszystkim tym, czego nienawidziła w sobie Lorraine.
Doskonale wiedział, że potem nic nie mogło być takie samo, ale wciąż go kochała. Widział to przecież jak na dłoni i odpowiadał na to z właściwą dla siebie manierą blagiera, który chciał ugrać jak najwięcej. Ale przede wszystkim, nie chciał jej złamać serca. Jak na kogoś kto z łatwością żerował na ludzkich uczuciach i wykorzystywał fakt, że je dostrzega, jednocześnie z uporem próbował w niektórych sytuacjach zachowywać się aż nadto zapobiegawczo. Dbać o odczucia innych, podtrzymywać ich złudzenia czy manewrować meandrami ich emocji tak, by poczuli się lepiej.
Ale ona? Ona była teraz zwyczajnie niewdzięczna.
Atreus mimowolnie wyprostował się, kiedy zaczęła swój pusty monolog. Odsuwała się, osuwając w otchłań swoich złudzeń, najwyraźniej nie dostrzegając czegokolwiek co działo się dookoła. Nie tylko teraz, ale od samego początku. A on był tak cholernie zmęczony.
- Każę ci? - zapytał, nawet nie będąc specjalnie złym. Jego ton był szorstki, owszem, ale oprócz tego wyzuty z innych emocji. - No zmuszam cię po prostu. A powiedz ty mi Lorraine, kiedy ty byłaś ze mną ostatni raz faktycznie szczera. Kiedy przestałaś chować się za swoimi dwuznacznymi manieryzmami? - dla niego ich biznesowe spotkania były wbrew pozorom przykładem szczerości, bo może i z wyczuciem chował się za faktem, że to ona wchodziła mu do głowy, ale odkrywał przed nią te karty dość chętnie. Tam, w jego głowie, mogła z łatwością posmakować prawdy i doświadczyć razem z nim tego, co wydarzyło się w jego życiu. Nie lubił mówić o swoich problemach, ale był w stanie je pokazywać - tak było łatwiej. A ona...? - Mówisz tak, jakbyś mnie w ogóle nie znała. Teraz. Kiedyś. Jakbyś mówiła o jakieś wyśnionej wersji, która ledwo co stała obok. I po co niby gryziesz się w język, po co próbujesz dostosować się do moich oczekiwań, które ewidentnie są głównie twoimi potrzebami? Chcesz kłamać - fantastycznie, jeśli tego potrzebujesz, droga wolna, ale nie wmawiaj mi że robisz to dla mnie. Nie wmawiaj tego sobie. - skrzywił się lekko, przyglądając jak bawi się swoim naszyjnikiem. Sam jej go z resztą dał i nagle, kiedy tak na nią patrzył, zwyczajnie drażniło go to, jak odstawiona była w prezenty od niego. Nie potrzebował tego. Nie musiał jej oglądać za każdym razem w czymś, co od niego dostała. A mimo tego za każdym razem to robiła, jakby chciała mu udowodnić, że te drobne upominki miały rację bytu i były czymś czego faktycznie chciała.
Ale było coś jeszcze, powoli rozpychające się w jego świadomości. Obraz, który początkowo był przemykającą między palcami monetą. Metal przesuwał się po skórze, ale od powtarzanej nieustannie sztuczki nie był aż tak chłodny w dotyku. Przylegał do do dłoni matki z łatwością, aż wreszcie podrzuciła przedmiot i złapała go zgrabnie.
- Teraz twoja kolej. Jeszcze raz - rzuciła z zaczepnym uśmiechem, jakby rzucała synowi wyzwanie. Lubiła uczyć go grać w te wszystkie swoje gry, ale też pokazywać mu jarmarczne sztuczki, które wydawały się jej zwyczajnie zabawne. Gładko przemykająca między palcami moneta, w jedną i drugą stronę, była sztuczką stosunkowo łatwą, ale młodemu chłopcu sprawiała pewne trudności. Nie był aż tak skoordynowany, a moneta wydawała się nieco za duża na jego drobne palce, ale mimo to podniósł przedmiot z dłoni matki z zaciętą miną. Był uparty, jak zawsze z resztą. Enida powtarzała, że tę cechę odziedziczył akurat po ojcu, ale miał wrażenie że zawsze robiła tym mężowi grzeczność.
Moneta poruszyła się, nieco może niezgrabnie, ale o wiele sprawniej niż przy poprzednich próbach. Z każdą kolejną szło mu coraz lepiej i za każdym razem widział tak samo zachęcające, jak i bardziej zadowolone spojrzenie matki. Przedmiot przesunął się po palcach w jedną i drugą stronę parę razy, tym razem nie lądując na podłodze.
- Ha! Wygrałam, Percivalu! - pani Bulstrode rzuciła radośnie przez salon w stronę swojego męża, który westchnął zrezygnowany. - Zdolny chłopiec - pochyliła się jeszcze nad synem, całując go w czoło.
Jak mógł o tym zapomnieć? Wspomnienie wydawało się tak żywe i dokładne, że pamiętał dokładnie wyraz twarzy matki czy nawet ojca, który siedział w fotelu w drugim końcu pokoju. Czuł temperaturę monety, kiedy ta przesuwała się po jego skórze, a jednocześnie to było tak, jakby wcześniej nie istniało. Zapomniał? Ale przecież doskonale wiedział z jaką wytrwałością ćwiczyli tę sztuczkę raz za razem.
Mrugnął, odnajdując się w ciszy, którą otoczyła ich Lorraine, wytrącona z równowagi zbyt pochopnie rzuconymi przez niego słowami. Uniósł dłoń, na moment ściskając nasadę nosa, trochę zbity z tropu własnym doświadczeniem sprzed chwili, a trochę zwyczajnie spodziewając się co zwiastowała ta pauza.
Kolejne bezsensowne pretensje. I chłód.
Doświadczyć ją w takim wydaniu zawsze było cholernie dziwnie, a mimo tego nie oponował.
- Widzę, że jeśli nie porównasz się do kurwy w burdelu to rozmowa stracona - rzucił pusto, dokładnie tak samo jak ona obdzierała swój ton z emocji. - Co ty właściwie chciałabyś ode mnie usłyszeć? Prawie mnie zabili i źle się z tym czuję? Jest mi tak cholernie zimno i z tego też powodu zajebałem parę dni temu kuzynowi, bo też chciał zrozumieć? Domyślanie się rzeczy i dopowiadanie sobie tego czego brakuje zawsze wychodziło ci tak dobrze, a teraz nagle ci się to nie podoba. Nie podoba ci się, kiedy ktoś traktuje cię jak wyciągniętą z zamtuza wilę, ale kiedy ktoś nie chce żeby go dotknąć to dla ciebie największa obraza. Nie jestem cholerną Matką, Staruchą czy Dziewicą, żeby o cokolwiek prosić na kolanach - stał przed nią, tak samo wyprostowany jak wcześniej. Tak samo sztywny, z rękoma spuszczonymi wzdłuż ciała, niby to spięty, ale jednocześnie daleko mu było do gniewnego, wściekłego Atreusa. Daleko mu było do trzaskania drzwiami, tylko kciuk prawej dłoni przeskakiwał po wnętrzu dłoni, jakby licząc palce dla spokoju.
Nie pierwszy raz się od niej odsuwał. Robił to za każdym razem, kiedy pojawiała się w jego życiu nowa kobieta, zwykle jednak robił to o wiele subtelniej, ale też tłumaczył jej dlaczego to robił. Bo wbrew pozorom, wbrew manieryzmowi podrywacza, daleko mu było do kogoś kto bawił się w zdrady. Teraz jednak wszystko było nie tak. Na związanie rytuałem Beltane w ogóle nie był gotowy. Tak samo jak na to, jak bardzo zaburzy to jego relację z Elaine, która rozpadła się i przeleciała przez palce. Emocje piętrzyły się, sprzeczając ze sobą i pozostawiając w impasie, bo z jednej strony zżerał go żal; wbrew pozorom jakaś jego część wierzyła w to, że to mogło się udać, ale z drugiej? Z drugiej był zadowolony, bo przecież pojawiła się Brenna.
Trochę go ciekawiło co właściwie ona na to, że był z nią teraz tylko połowicznie. Że nawet jeśli stał przed nią i z nią rozmawiał, w głowie miał inną kobietę i rozmowę, którą odbył z nią poprzedniego wieczoru. Wiele nadziei, które mimo wszystko Brenna w nim zasiała, bo nawet jeśli magia połączyła ich na siłę, było coś pocieszającego w tym że nie odpychała go raz za razem. Że mogli porozmawiać. Że mógł uwierzyć, że nawet jeśli odpowiedzi dla zimnych nie szuka specjalnie dla niego, to jeśli tylko coś odkryje zamierzała się tym z nim podzielić.