06.06.2024, 08:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.06.2024, 08:02 przez Charlotte Kelly.)
- Nasza krawcowa płakała w kącie, bo tak wybrzydzałeś, skarbie. Podobno doznała przez ciebie załamania nerwowego, rzuciła potem zawód i założyła księgarnię - powiedziała Charlotte, wygodniej rozsiadając się w fotelu. Prawda czy fałsz? Charlotte usta miała pełne kłamstw i nawet oni, znający ją tak dobrze, nie zawsze mogli być pewni, kiedy zmyśla: dla zysku, efektu czy czystej rozrywki.
Ale ich przynajmniej oszukiwała tylko w błachych sprawach, głupich opowiastkach, jakby bawiła się tym, czy odgadną, która niewiarygodna historia jest prawdziwa i gdzie zaczyna się wiarygodne kłamstwo.
- A może to było z rozpaczy, że nie założyłam ślubnej sukni? - zastanowiła się, a po jej ustach przemknął leniwy uśmiech.
Miała nadzieję, że nie sprowadzą mantikory, ale, pechowo, wcale nie była tego pewna. Jej letni chłopcy wyobraźnię miewali bujną, za to żyć lubili z rozmachem i nie zdziwiłaby jej chyba nawet prawdziwa mantikora, pojawiająca się na tym polowaniu. Mającym uczynić Morpheusa ziemianinem z pięknego Yorkshire. A dokładnie tych jego rejonów, gdzie stała czarna magia, a w lesie natykało się na trupy.
Ach, te ich gusta.
- Obawiam się, że świat nie jest jeszcze gotowy na twój geniusz reżyserski, Johny - powiedziała z poważną miną. Wiele lat temu miała nawet wyrzuty sumienia, że przez nią Selwyn zarzucił pracę w teatrze: nigdy nie widziała go w innym zawodzie niż aktor albo reżyser właśnie. Ostatecznie jednak być może lepiej wyszło, czy to dla niego, czy dla Teatru Selwynów.
Jej nie było stać na zatrudnianie trup aktorskich. Już nie. Nie była biedna, zarabiała dobrze, ale nie była też tak bogata, by rzucać pieniędzmi na prawo i lewo. Doskwierało jej to jedynie z rzadka, bo przywykła, a i chociaż chciała być niezależna, i nie zamierzała na nich żerować, nigdy nie pozwalała, by jakieś głupie duma czy złość zabarwiły ich relację czernią. Och, gdyby choć raz spojrzeli na nią z góry z tego powodu, trzasnęlaby drzwiami, wypadając z pomieszczenia i z ich życia. Nie robili tego, więc i ona nie zamierzała pielęgnować goryczy i bez oporów raczyła się drogim winem i przyjmowała czasem drogie prezenty.
Oświadczenie Morpheusa nie wstrząsnęło Charlotte, bo list od Jonathana już dawno uświadomił ją, że coś jest nie tak. Zwróciła spojrzenie na profetę, ale wyraz jej twarzy nie zmienił się ani o jotę. Oczywiście, że się zakochał, pechowo ludziom czasem się to zdarzało. Miała ochotę powiedzieć, że to paskudna choroba, której trzeba pozbyć się jak najprędzej, ale zmilczała ten jeden raz. Bo Anthony mógł wydawać się najbardziej z nich oschłym, surowym, zdystansowanym, a zawsze to jego miała za tego najbardziej miękkiego. Morpheus bywał emocjonalny i wrażliwy, Jonathan ekspresyjny, a jednak gdyby miała wskazać, kogo z nich najłatwiej zranić, wyliczyłaby beż wahania: Tony, Morphy, Johny i Lottie.
Domyślała się, że chodziło o mężczyznę i to wszystko komplikowało, bo nie było szans, aby ten związek wyszedł na światło dzienne. Wyłączyłby Anthonyego z socjety, sprawiłby, że straciłby pracę pod byle pretekstem. Nigdy nie rzucała w tym względzie komentarzy, hipokrytka jakich mało, wychowana w pogardzie do takich skłonności, ale zbyt lojalna wobec swoich trzech przyjaciół, by choćby mrugnąć.
Wolałaby jednak, aby Tony się nie zakochiwał.
Miłość przynosiła same problemy. Kto jeśli nie ona wiedział o tym najlepiej?
Z ust Charlotte wydobyło się westchnienie, nim się podniosła, ruszając za Shafiqiem, ku podziemnej części posiadłości.
- No już, nie dąsaj się, Tony, jeśli koniecznie chcesz, przewiążemy go wstążeczką i dostarczymy na twój próg.
Prawdopodobnie tylko żartowała.
Prawdopodobnie.
Ale ich przynajmniej oszukiwała tylko w błachych sprawach, głupich opowiastkach, jakby bawiła się tym, czy odgadną, która niewiarygodna historia jest prawdziwa i gdzie zaczyna się wiarygodne kłamstwo.
- A może to było z rozpaczy, że nie założyłam ślubnej sukni? - zastanowiła się, a po jej ustach przemknął leniwy uśmiech.
Miała nadzieję, że nie sprowadzą mantikory, ale, pechowo, wcale nie była tego pewna. Jej letni chłopcy wyobraźnię miewali bujną, za to żyć lubili z rozmachem i nie zdziwiłaby jej chyba nawet prawdziwa mantikora, pojawiająca się na tym polowaniu. Mającym uczynić Morpheusa ziemianinem z pięknego Yorkshire. A dokładnie tych jego rejonów, gdzie stała czarna magia, a w lesie natykało się na trupy.
Ach, te ich gusta.
- Obawiam się, że świat nie jest jeszcze gotowy na twój geniusz reżyserski, Johny - powiedziała z poważną miną. Wiele lat temu miała nawet wyrzuty sumienia, że przez nią Selwyn zarzucił pracę w teatrze: nigdy nie widziała go w innym zawodzie niż aktor albo reżyser właśnie. Ostatecznie jednak być może lepiej wyszło, czy to dla niego, czy dla Teatru Selwynów.
Jej nie było stać na zatrudnianie trup aktorskich. Już nie. Nie była biedna, zarabiała dobrze, ale nie była też tak bogata, by rzucać pieniędzmi na prawo i lewo. Doskwierało jej to jedynie z rzadka, bo przywykła, a i chociaż chciała być niezależna, i nie zamierzała na nich żerować, nigdy nie pozwalała, by jakieś głupie duma czy złość zabarwiły ich relację czernią. Och, gdyby choć raz spojrzeli na nią z góry z tego powodu, trzasnęlaby drzwiami, wypadając z pomieszczenia i z ich życia. Nie robili tego, więc i ona nie zamierzała pielęgnować goryczy i bez oporów raczyła się drogim winem i przyjmowała czasem drogie prezenty.
Oświadczenie Morpheusa nie wstrząsnęło Charlotte, bo list od Jonathana już dawno uświadomił ją, że coś jest nie tak. Zwróciła spojrzenie na profetę, ale wyraz jej twarzy nie zmienił się ani o jotę. Oczywiście, że się zakochał, pechowo ludziom czasem się to zdarzało. Miała ochotę powiedzieć, że to paskudna choroba, której trzeba pozbyć się jak najprędzej, ale zmilczała ten jeden raz. Bo Anthony mógł wydawać się najbardziej z nich oschłym, surowym, zdystansowanym, a zawsze to jego miała za tego najbardziej miękkiego. Morpheus bywał emocjonalny i wrażliwy, Jonathan ekspresyjny, a jednak gdyby miała wskazać, kogo z nich najłatwiej zranić, wyliczyłaby beż wahania: Tony, Morphy, Johny i Lottie.
Domyślała się, że chodziło o mężczyznę i to wszystko komplikowało, bo nie było szans, aby ten związek wyszedł na światło dzienne. Wyłączyłby Anthonyego z socjety, sprawiłby, że straciłby pracę pod byle pretekstem. Nigdy nie rzucała w tym względzie komentarzy, hipokrytka jakich mało, wychowana w pogardzie do takich skłonności, ale zbyt lojalna wobec swoich trzech przyjaciół, by choćby mrugnąć.
Wolałaby jednak, aby Tony się nie zakochiwał.
Miłość przynosiła same problemy. Kto jeśli nie ona wiedział o tym najlepiej?
Z ust Charlotte wydobyło się westchnienie, nim się podniosła, ruszając za Shafiqiem, ku podziemnej części posiadłości.
- No już, nie dąsaj się, Tony, jeśli koniecznie chcesz, przewiążemy go wstążeczką i dostarczymy na twój próg.
Prawdopodobnie tylko żartowała.
Prawdopodobnie.