Ogród
Huśtawka nastrojów to delikatne ujęcie tego, w jaki sposób Flynn przetwarzał rzeczywistość.
Pięć dni temu, kiedy przygotowywali się z Jimem do występu na Lammas, jego starszy brat otworzył mu o czy na coś ważnego, a może bardziej - nadał czemu, co od dawna czuł w środku nowego charakteru i niespodziewanej głębi. Przerażenie, jakie się w nim wiecznie tliło, okrutny i zabijający jego nastrój lęk przed byciem porzuconym, wynikał po części z tego, jak bardzo bał się tego co czuł. Szczęścia. Szczęście też mogło przerażać. Jim przypomniał mu wtedy o czymś jeszcze - o byciu jego rodziną. To wszystko napełniało go nadzieją. Byli rodziną, tak? Wszyscy byli rodziną. Nie mogli się go stąd pozbyć tak po prostu. Nawet gdyby Alexander nie chciał go już mieć przy sobie w sposób romantyczny, nawet gdyby dzielenie się nim z innym facetem było zbyt wielkim dziwactwem na jego gusta, nawet gdyby przygruchał sobie jakąś panienkę i przypomniał sobie, jak to jest wpuścić do swojego życia kogoś, kto daje ci po prostu ciepło, a nie ciepło zmieszane z niebotycznymi ilościami toksyny - wciąż byli rodziną. Ktokolwiek stałby u jego boku, musiałby do końca swojego zasranego życia znosić to, że z drugiej strony obejmowałby ręką swojego młodszego brata i słuchał tego, co mu ten cały Flynn znowu szeptał na ucho. Łączyło ich coś więcej, tak? Lata bicia kijami pokrzyw, sekretów znanych tylko sobie, żadna szmata nie wtrąci się w relację dwójki tak związanych ze sobą braci. Był bezpieczny, prawda? Mógł stracić męża, ale nigdy kurwa nie straci brata. Nadal będzie najważniejszy w jego życiu.
Wszystko będzie dobrze. Rzeczy się zmieniają, nabierają głębi, ewoluują. Czasami trzeba zrobić krok w tył.
Nie, nic nie będzie dobrze.
Przez ostatnich pięć dni bardzo dużo czuł. Jednego dnia nie spał przez całą dobę, chociaż był tak cholernie zmęczony. Sen nigdy nie nadchodził, zamiast tego w otchłań zabierały go kolejne ataki paniki i stany duszącego lęku. Jego myśli samobójcze nie miały już podłoża tej obrzydliwej zdrady, jakiej się dopuści - przychodziły znienacka, przypadkowo, czasami nie były nawet niczym uzasadnione - tak to, tu i ówdzie wplatała mu się w łeb taka niesforna myśl. Sam sobie szeptem mówił: chcę się zabić, chociaż niby powiedział już sobie ze sto razy, że wcale zabijać się nie chciał. Później to wszystko znikało, głowa robiła mu się pusta, nie przechodziły przez nią żadne myśli, ale... wciąż czuł. Trząsł się, płakał, patrząc w lustro i nie rozumiał nawet czemu. Miał dwupunktową listę osób, z którymi chciałby skontaktować się w chwili nadejścia najgorszego. Z jednym prawie w ogóle teraz nie rozmawiał, poza tym wstydził się przyznać do tego, że sam to wszystko na siebie ściągnął, a teraz go to przygniatało. Drugi zbywał go milczeniem od lipca, chociaż sprezentował mu dwukierunkowe lusterko. Oczywiście. Nieważne jak bardzo próbował wmówić sobie, że wszystko będzie dobrze, że z Alexandrem byli czymś więcej niż parą kochanków... nagle robiło się tak cicho, tak pusto, tak nago, tak zimno i tak bezosobowo - wtedy przypominał sobie, co ludzie mówili do niego pomiędzy głaskaniem go po głowie. Powinien przestać robić z siebie takiego cierpiętnika. Byliby szczęśliwsi, usunąwszy sobie wszystkie wspomnienia o nim. Nie chcieli widzieć go w tak smutnym stanie. Miał stawać się lepszy, miał nie pokazywać im swojej odrażającej wersji, tego smętnego człowieka ciągnącego ich w dół. Oczywiście. Nikt nie chciał być z kimś, kto w słoneczny dzień zasuwał żaluzje i czynił pokój możliwie jak najciemniejszym.
W ogóle nie słuchał tego Laurenta. Gdzieś tam był, w tle tej sceny, do Flynna nic nie dotarło, bo...
Ko... Ko... Co? Dokończ to, kurwa mać, dokończ to. Koniec z nami? Kocham cię? Koszmarnie się bawię na tej imprezie? Kolory? Kowadło? Koniczyna? Ko-co? Naprawdę potrzebował tej odpowiedzi, potrzebował końcówki zdania, bo nie wiedział, której połowie swojej duszy uwierzyć - tej w której tliło się jeszcze cokolwiek pozytywnego, czy ta skazująca go na kompletną porażkę i przypominająca, że nie chciała go nawet jego własna matka? Czy Alexander wypchnąłby go z tego wozu tak, jak ona wypychała go nogą z ich auta?
Był pewny, że ujadałby i ryczał tak samo mocno.
Zapowietrzył się, bo ta odpowiedź nie nadchodziła, a zamiast niej - Alexander puścił jego rękę, chociaż to trzymanie jego ręki pozwoliło mu powstrzymać napływające do oczu łzy. Mężczyzna zatrząsł się. Tańczyć? Czy on się kurwa przesłyszał...? Nie, te słowa musiały dotrzeć do uszu obojga. Wyrwał się do przodu tak szybko, jak tylko potrafił, znając własne szczęście, przypłaci to później olbrzymim bólem, ale rzucił się jak wariat do tego, żeby ten atak zablokować. W pierwszej kolejności chciał wcisnąć się pomiędzy niego i Laurenta, w drugiej załagodzić ten cios jakkolwiek, zasłaniając się.
Rzut PO 1d100 - 87
Sukces!
Sukces!
Nie, nienienienienie. Sala pełna ludzi chcących ich aresztować, przegonić, zabić. Black ostrzegł go wcześniej, jakie parszywe mordy mogły znaleźć się wśród świętujących. Nie zdążył nawet przepracować w głowie tego, co o tym wszystkim myśli, warg nie rozchylił w odpowiedzi na zadane mu pytanie.
- Al, nie... kurwa - chciał mówić tak cicho jak się da, a że on i tak mówił bardzo cicho, to jego słowa były ledwo słyszalne - to jest dziedzic Prewettów, tu jest cała jego rodzina, Aurorzy, poplecznicy... - nie dokończył, stęknął tylko. Jeżeli Bell miał być wciąż niespokojny, teleportuje ich dwójkę w okolice swojego auta.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.